"To była ostatnia ofiara. Nie złapiecie mnie". Zabił żonę, dzieci i siebie. Kto naprawdę był "wampirem"?

W latach 60. na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim panowała psychoza strachu. Kobiety przez kilka lat bały się same wracać wieczorami do domów, by nie paść ofiarą seryjnego mordercy, który zyskał przydomek "wampira z Zagłębia". Gdy złapano podejrzanego, od razu zdecydowano się wymierzyć mu najwyższy wymiar kary - karę śmierci. Stało się tak mimo poważnych wątpliwości, czy na ławie oskarżonych zasiada właściwa osoba.

Zdzisław Marchwicki, bo to on został oskarżony o popełnione zbrodnie, urodził się 18 października 1927 roku w Dąbrowie Górniczej. O jego życiu nie wiadomo zbyt wiele. Morderstwa, za które został skazany, zaczęły się 7 listopada 1964 roku. Wtedy to właśnie zginęła pierwsza ofiara, 58-letnia Anna Mycek, która wracała z tzw. Szynerki (z pracy w zakładach przeróbki chemicznej w Siemianowicach Śląskich) do domu w Katowicach.

Tajemnicze morderstwa kobiet na Śląsku. Sprawie nadano kryptonim "Anna"

Anna została zaatakowana przez napastnika niedaleko nasypu kolejowego. Mężczyzna zadał jej siedem ciosów tępym narzędziem. Kobieta zginęła na miejscu. Następne dwa morderstwa (Ewy Pakan i Lidii Nowackiej) sprawiły, że służby zaczęły uświadamiać sobie, że w okolicy grasuje seryjny morderca. Wówczas powołano specjalną grupę roboczą, której nadano kryptonim "Anna".

Scenariusz ataków "wampira" wyglądał podobnie przy każdej z ofiar. Sprawca zakradał się do upatrzonych kobiet od tyłu, a następnie bił je narzędziem tak długo, aż zabił. Wbrew plotkom, zbrodniarz nie gwałcił swoich ofiar - ale gdy myślał, że ofiara nie żyje, wówczas zdejmował jej bieliznę i okaleczał narządy rodne, a następnie odchodził. Śledczym trudno było znaleźć logikę lub motyw, na podstawie którego sprawca wybierał kobiety, które atakował. Jedyne, co je łączyło to to, że mieszkały na terenie Górnego Śląska lub Zagłębia Dąbrowskiego. Różniły się jednak wiekiem i wyglądem.

Sprawca uderzał swoje ofiary z lewej strony, co sugerowało, że jest leworęczny. Opuszczał miejsce zdarzenia bardzo szybko wskazywało na to, że porusza się samochodem.

Współczesnym badaczom bardzo trudno jest odnaleźć artykuły z tamtego czasu, ponieważ władze PRL nie chciały "szczycić się" doniesieniami o psychopatycznych przestępcach. Sprawy nie udało się jednak zamieść pod dywan, a to z powodu psychozy strachu jaka zapanowała w tej okolicy. Kobiety dowiadywały się o kolejnych atakach "pocztą pantoflową". Nie wychodziły same po zmroku na ulice, a ojcowie eskortowali swoje córki do szkół czy na uczelnie. Zakłady pracy wynajmowały całe busy, które odwoziły pracownice prosto pod dom. Milicja Obywatelska zwiększyła liczbę patroli, a milicjantki w cywilu były "wystawiane" jako przynęty dla mordercy.

Zbrodnia Połaniecka. Zabójstwo Mieczysława Kality przy użyciu samochodu próbowano odtworzyć w czasie wizji lokalnejZbrodnia w wigilię i przysięga na krzyż. Zabójca zmusił całą wieś do milczenia

Mimo ostrożności mieszkańców i zwiększonych starań służb, dochodziło do kolejnych ataków. Z czasem o "wampirze z Zagłębia" usłyszał już cały kraj. Stało się to za sprawą 17. ofiary, którą była Jolanta Gierek - 18-letnia bratanica Edwarda Gierka, która zginęła w październiku 1966 roku. Zabójstwo krewnej I Sekretarza PZPR sprawiło, że milicja nie tylko chciała, ale musiała znaleźć sprawcę. Po zabójstwie Jolanty Gierek do Polski ze Stanów Zjednoczonych przyleciał doktor James Brussel, który sporządził portret psychologiczny seryjnego zabójcy. W jego znalezieniu miała więc pomóc ogromna nagroda aż miliona złotych.

W 1968 roku na terenie Zagłębia pojawiły się obwieszczenia: "Uchwałą Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach z dnia 9 XII 1968 r. przyznano nagrodę w wysokości jednego miliona złotych dla osoby, której informacje przyczynią się pośrednio lub bezpośrednio do wykrycia działającego w rejonie Zagłębia Dąbrowskiego mordercy kobiet. (…) Organa ścigania gwarantują bezwzględną dyskrecję osobom udzielającym stosownych informacji". Po ustaleniu nagrody zabójstwa ustały. Zamiast tego na milicję dzwoniły kobiety, które uznawały, że to ich mężowie są poszukiwanym mordercą.

Ostatnie zabójstwo i list "nigdy mnie nie złapiecie". Czy to Piotr Olszowy był prawdziwym "wampirem z Zagłębia?"

W 1970 roku doszło do kolejnego zabójstwa. 45-letnia Jadwiga Kucianka została zamordowana niedaleko ośrodka Telewizji Katowice. Kobieta była docentką Uniwersytetu Śląskiego. Miała obrażenia głowy, jednak w odróżnieniu do poprzednich ofiar - została zgwałcona. Obok ciała znaleziono odciski stóp dwóch napastników, co wskazywało, że mord został upozorowany, by zrzucić winę na seryjnego mordercę.

Po zabójstwie milicja przesłuchała Piotra Olszowego, który był znany ze znęcania się nad rodziną, a ponadto miał schizofrenię i leczył się psychiatrycznie. Mężczyzna miał prawo jazdy i samochód, więc pasował do dotychczasowych ustaleń - ale nie to jest najbardziej istotne. Olszowy przyznał się, że jest "wampirem". Policjanci mu nie uwierzyli i nawet nie pobrali od niego odcisków palców. W tamtym czasie bowiem bardzo wielu mężczyzn zgłaszało się na komendę podając się za mordercę. 

 

Po śmierci Kucianki na milicję przyszedł list o treści:

To było już ostatnie morderstwo, więcej już nie będzie i nigdy mnie nie złapiecie.

Kilka dni później, w nocy z 14 na 15 marca 1970 roku w Sosnowcu, samobójstwo popełnił właśnie Piotr Olszowy. Mężczyzna, jak zapowiedział w dalszej części listu, wcześniej zamordował żonę i dwójkę dzieci, po czym oblał się benzyną i podpalił dom.

Jego zwłoki były zbyt zwęglone, by pobrać odciski palców i porównać je z tymi znalezionymi na miejscu zbrodni. Mógł być on jednak zamieszany w śmierć Jadwigi - tego dnia był na imieninach w mieszkaniu oddalonym o trzy kilometry od miejsca zbrodni. Świadkowie zeznali, że wyszedł na chwilę z imprezy.

Po śmierci Kucianki w komendzie w Katowicach zorganizowano naradę z udziałem oficerów ze stolicy oraz szanowanych naukowców - specjalistów z zakresu psychiatrii, psychologii i medycyny sądowej. Ostatecznie wyznaczono 483 cechy fizyczne i psychiczne potencjalnego sprawcy (często przeczące sobie), że pod profil mordercy pasowały tysiące mężczyzn. Dla poprawienia renomy milicji zaczęto informować o rzekomym "wielkim komputerze", który po przeanalizowaniu ogromnej ilości danych "wskazał" precyzyjnie na Zdzisława Marchwickiego. Prawda była jednak mniej widowiskowa, niż chcieli tego śledczy.

Superkomputer miał wskazać seryjnego mordercę. A naprawdę podejrzenia na Marchwickiego rzuciła jego żona

W grudniu 1971 roku na komendę zgłosiła się żona Zdzisława Marchwickiego - Maria, która twierdziła, że to jej mąż jest poszukiwanym "wampirem". Wiele lat później przyznała, że zrobiła to, ponieważ uważała, że jej mąż "jest do niczego". Wielokrotnie też zmieniała zeznania - raz mąż był agresywny, raz nie odważyłby się podnieść na nią ręki. Maria skłoniła jednak dzieci do zeznawania przeciwko ojcu. Dopiero po latach przyznały, że nie mówiły prawdy, a do wszystkiego zmusiła ich matka. Z kolei rodzice Marii wstawiali się za jej mężem, mówiąc, że to ona się nad nim znęcała i często zachęcali mężczyznę, by wreszcie się z nią rozwiódł. Chociaż za wskazanie wampira obiecywano milion złotych, to kobieta nigdy takich pieniędzy nie otrzymała.

Na jego niekorzyść miał przemawiać jego wiek oraz to, że pierwsza ofiara mieszkała niedaleko teściowej Marchwickiego. Wielu doświadczonych ekspertów uważało, że Zdzisław jest niewinny. Wtedy jednak nagle sami zaczęli rezygnować ze śledztwa, najprawdopodobniej dostając taki przykaz "z góry".

Te dwie poszlaki wystarczyły milicji na to, by w styczniu 1972 roku aresztować Marchwickiego. - Dwa samochody marki Wołga po takiego jednego człowieka jak ja? I ile was tu jest, jakbyście co najmniej tego wampira ujęli - powiedział zatrzymany. Następnie mężczyzna został oskarżony o zamordowanie 14 kobiet i usiłowanie zabójstwa siedmiu kolejnych. Dla 37-latka zaczął się długoletni proces, podczas którego był trzymany w celi i często przesłuchiwany.

Zdzisław Marchwicki (screen z TVP Kultura / Youtube.com)Zdzisław Marchwicki (screen z TVP Kultura / Youtube.com) Zdzisław Marchwicki (screen z TVP Kultura / Youtube.com)

Razem z nim do więzienia trafili także jego bracia Jan i Henryk, siostra Henryka Flak i jej syn Zdzisław oraz Józef K., który był partnerem Jana Marchwickiego. Śledczy uznali, że skoro Jan pracował na tej samej uczelni co ofiara, to pewnie Jadwiga odkryła jego "aferę łapówkarską", a on w zemście postanowił usunąć kobietę. Jan miał zlecić jej zamordowanie Zdzisławowi i Henrykowi. Jana obciążył też jego partner, któremu obiecano krótszy wyrok. Siostra Marchwickich została oskarżona o handel przedmiotami, które miały być zabrane ofiarom, a jej syn za to, że o wszystkim wiedział i nie doniósł na nich na milicję.

Późniejsi badacze tej sprawy twierdzą, że Zdzisław Marchwicki był tylko kozłem ofiarnym, a władzom chodziło głównie o jego brata Jana, który był znany z kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa oraz prowadzenia procederu korupcyjnego na Uniwersytecie Śląskim.

Jedna z niedoszłych ofiar Na kobiety polował w mroku i we mgle. "Skorpion" zabił 9 osób

Zdzisław Marchwicki pisał pod zeznaniami "To nieprawda"

Na początku Zdzisław Marchwicki nie przyznawał się do winy. Autor "Wampira z Zagłębia" Przemysław Semczuk uważa, że więzienie złamało Marchwickiego - do aresztu przychodziły wycieczki, które oglądały go jak zwierzę w zoo, proszono go o autografy, wymuszano zeznania. W końcu przyznał się do winy, chociaż "fakty" które opisywał, nie zgadzały się z rzeczywistością. Ponadto podpisywał się na protokołach z zeznań, ale obok dopisywał "To nieprawda". Próbował też niszczyć podtykane mu dokumenty.

Henryka próbowali łamać rodziną - mówiono, że żona go zdradza, ich dom okradziono, a dzieci trafiły do domu dziecka. W zamian za zeznania miał otrzymać łagodniejszy wyrok. Podczas 80 przesłuchań, Henryk w końcu się "przyznał". Przedstawił jednak aż 20 różnych wersji zamordowania Kucianki, aż w końcu śledczy dopasowali jego słowa do możliwego scenariusza zabójstwa.

Proces Zdzisława Marchwickiego śledziło na sali obrad około 800 osób. Publiczność wręcz biła się o wejściówki, ponieważ każdy chciał chociaż zobaczyć oskarżonego. Rozprawa została przeniesiona do Sali reprezentacyjnej Huty Silesia.

Niesprawiedliwy proces jak z telewizyjnego show. Prawnicy mieli tylko stwarzać pozory

Nikomu nie przeszkadzało, że w sprawie nie zgadzały się kluczowe poszlaki. Marchwicki był bowiem praworęczny, a morderca miał być leworęczny. Odciski palców znalezione na miejscu zbrodni nie odpowiadały odciskom palców Marchwickiego. Za narzędzie zbrodni uznano pejcz z domu dziadków Marchwickiego, chociaż autopsje wskazywały jednoznacznie, że kobiety były zabijane tępym i twardym narzędziem. Profil sprawcy określał go jako impotenta, czego nie można było powiedzieć o oskarżonym, który miał czwórkę dzieci (pomagał też wychowywać trójkę najmłodszych dzieci Marii, które miała z kochankiem).

Ponadto naruszono prawo Marchwickiego do obrony. Chociaż poprosił o obrońcę zaraz po postawieniu zarzutów, to sędzia odmówił mu przydzielenia adwokata (ten sam sędzia, który później wydał wyrok). Obrońców, nawet trzech, dostał dopiero po dwóch latach śledztwa i na miesiąc przed pierwszą rozprawą. Adwokaci nie mieli jednak dostępu do akt, a mieli jedynie stwarzać pozory, że proces jest uczciwy. Nie powołali ani jednego świadka, gdy zadawali pytania, to prokurator zarzucał im, że przedłużają postępowania. Wątpliwe zeznania świadków, które próbowali podważyć obrońcy, sędzia przyjmował jako wiarygodne. Zeznania, które wykluczały Marchwickiego z kręgu podejrzanych, były pomijane w protokołach.

Na koniec procesu sędzia zapytał Zdzisława, czy jest mordercą. - No, z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak - odpowiedział wykończony psychicznie i fizycznie Marchwicki, który kilkukrotnie mdlał podczas procesu. "Chyba tak" zostało potraktowane jako przyznanie się do 14 zabójstw. 28 lipca 1975 roku Zdzisław i jego brat Jan zostali skazani na śmierć. Henryka skazano na 25 lat więzienia. Pozostali - siostra Henryka, jej syn Zdzisław i Józef K. zostali skazani na cztery-pięć lat pozbawienia wolności.

Zdzisław Marchwicki oczekiwał na wyrok, gdy jego kolega z celi nakłonił go do napisania pamiętnika. Miał tam przedstawić wszystkie swoje zbrodnie, a jednocześnie być potwierdzeniem rzetelności procesu. W oczy rzuca się jednak dobór słownictwa jak z policyjnych protokołów, o które ciężko podejrzewać kogoś, kto ukończył zaledwie cztery klasy podstawówki i był niemal niepiśmienny.

Kara śmierci zostaje wykonana w kwietniu 1977 roku w areszcie w Katowicach. Marchwicki został pochowany jako NN na cmentarzu w Katowicach-Panewnikach. Po egzekucji wykonano kilka odlewów jego twarzy, które trafiły m.in. do gmachu sądu, który wydał wyrok czy do gabinetu Edwarda Gierka.

Natomiast Henryk przez cały pobyt w więzieniu próbował dowieść niewinności swojej, braci, siostry oraz siostrzeńca. Henryk nie mógł jednak liczyć na pomoc władz, które uznały sprawę za zamkniętą. Ponadto z szykanami musiała mierzyć się także jego żona, którą zmuszano do zmiany nazwiska, rozwodu czy straszono odebraniem dzieci. W 1985 roku poinformowano ją nawet, że jej mąż zmarł. Dopiero pięć lat później z prasy dowiedziała się, że Henryk żyje. Mężczyzna wyszedł na wolność w 1992 roku i cały czas domagał się sprawiedliwości. Sześć lat później zginął jednak w niewyjaśnionych okolicznościach. Według biegłych Henryk spadł pijany ze schodów i złamał kręgosłup, po czym wszedł na pierwsze piętro i zmarł w swoim łóżku. Śledztwo zostało więc umorzone.

Zobacz też: "Frankenstein" ze Śląska. Seryjny morderca, który nienawidził kobiet

Więcej o: