Monika Bielawska - zaginiona z Legnicy. 28 lat temu ojciec mówił, że "nikt nie będzie jej już oglądał"

Zginięcie Moniki Bielawskiej to sprawa, o której mówi się od lat. Chociaż od jej zaginięcia w 2022 roku minie 28 lat, to matka cały czas czeka na to, by przytulić swoją córkę. Inaczej ojciec, który został skazany za jej uprowadzenie i sprzedanie. Niestety, brak jakiegokolwiek śladu po zaginionej nie ułatwia jej poszukiwań.

Zaginiona Monika Bielawska, która mieszkała w Legnicy w województwie dolnośląskim, nie znalazła się do dziś. Prokuratura za winnego zniknięcia dziewczynki oskarżyła jej ojca, który finalnie został skazany za uprowadzenie i sprzedanie córki nieustalonej osobie. Co wiadomo o tej sprawie?

Zobacz wideo Czy wiesz, co zrobić, gdy zaginie ktoś bliski?

Zaginięcie rocznej Moniki Bielawskiej. "Trzeba sprzedać tego bachora, a przynajmniej dolary będą"

W 2020 roku dziennikarka "Faktu" Katarzyna Kowalczyk dotarła do akt sprawy zaginięcia Moniki Bielawskiej. Wówczas też przybliżono historię całej rodziny. W 1992 roku 21-letni Robert wziął ślub z 18-letnią Magdaleną. Młode małżeństwo zamieszkało u rodziców dziewczyny. W tym czasie Robert utrzymywał ich z handlu złotem na targowiskach w Legnicy czy oszukańczej gry w tzw. "trzy karty".

Gdy Magdalena zaszła w ciążę, to mąż zaczął namawiać ją do jej usunięcia. Kobieta przyznała w procesie, że dawał jej też pieniądze na aborcję. Mimo tego nie zmieniła zdania i w marcu 1993 roku urodziła Monikę. W aktach sprawy zaznaczono, że od początku Roberta do córki "cechował stosunek zdecydowanie negatywny". Robert nie pomagał w opiece nad dzieckiem, w obecności rodziny często miał mówić, że "trzeba sprzedać tego bachora, a przynajmniej dolary będą", oskarżał żonę, że poświęca tyle uwagi dziecku, które jest "dodatkowym kosztem". - Zarzucał mi nawet, że ja go już nie kocham, że tylko tego bachora kocham - mówiła w sądzie Magdalena.

- Była śliczną dziewczynką, miała krótkie, lokowane blond włosy. Była bardzo spokojnym dzieckiem. Zarówno mama, jak i dziadkowie, którzy już nie żyją, opisywali ją jako przesłodką dziewczynkę. Była oczkiem w głowie dziadków - powiedziała w rozmowie z portalem Onet.pl Natalia Brand, założycielka strony Zaginieni Cała Polska, która pomaga mamie Moniki dowiedzieć się o losach jej córki.

W trakcie śledztwa ustalono, że dziecko bało się ojca - zakrywało buzię na jego widok, miało ślady szczypania na szyi, dziewczynka była też kopana, a raz uderzona w twarz w obecności matki. 17 grudnia 1993 roku mężczyzna złożył wniosek o wpisanie córki do swojego paszportu. Na podstawie tego dokumentu mógł z nią przekroczyć granicę. Magdalena nie sprzeciwiła się temu, ponieważ nie podejrzewała niczego złego. Rodzina planowała bowiem przeprowadzić się do Włoch, a jej paszport stracił ostatnio ważność. Nie zaniepokoiło jej nawet, gdy mąż rzucił "już niedługo nikt nie będzie jej oglądał".

Przeczytaj więcej podobnych informacji na stronie głównej Gazeta.pl.

Joanna Gibner w chwili zaginięcia miała 23 lata24 lata szukała córki, za ostatnie pieniądze opłacała nurków. Aż nadszedł ten Dzień Matki

Dzień zaginięcia. Ojciec nagle zainteresował się córką, a później z nią zniknął

16-miesięczna Monika przeziębiła się, dlatego dziadkowie postanowili zabrać ją do lekarza. 16 lipca 1994 roku około 10 wyszli z nią z domu, gdy nagle zatrzymał ich zięć. Ojciec dziewczynki powiedział, że wróci po wózek i razem z nimi pójdzie do przychodni. Oprócz wózka zabrał ze sobą też reklamówkę wypchaną rzeczami. Odprowadził dziadków do przychodni i zniknął na pół godziny. Po wyjściu od lekarza to właśnie Robert prowadził wózek. Dziadkowie chcieli po drodze kupić leki dla wnuczki. W tym czasie ojciec zadzwonił z automatu telefonicznego pod nieznany numer i korzystając z nieuwagi dziadków, nagle zniknął razem z dzieckiem. W domu dziadkowie zauważyli, że zniknął paszport zięcia oraz jego ubrania.

Był to pierwszy raz, gdy ojciec został z Moniką sam. Gdy Robert nie wrócił z córką do 15, wówczas Magdalena, po długich błaganiach swoich rodziców, zadzwoniła na policję. Poszukiwania nie przeniosły jednak żadnych skutków.

Mężczyzna wrócił cztery dni później, ale sam, bez córki. Znajomemu powiedział, że sprzedał dziewczynkę "jakimś starszym ludziom". Mimo zgłoszenia na policję, po powrocie do kraju z Czech ojciec dziewczynki nie został zatrzymany i nie wrócił też do domu teściów.  23 lipca zadzwonił do Magdaleny i umówił się z żoną na spotkanie o godzinie 23 przy Kozim Stawie w Legnicy. Wówczas powiedział kobiecie, że Monika nie żyje. Z jego opowieści wynikało, że dziewczynka miała zginąć w wypadku samochodowym w Czechach.

Później Robert wyznał Magdalenie, że oddał dziecko handlarzom złota z Katowic. Kobieta musiała wówczas odwołać zeznania na policji - taki warunek postawił jej mąż, by pomóc jej szukać córki u handlarzy. Matka próbowała szukać dziewczynki w Katowicach, jednak na każde pytanie o Monikę jej mąż odpowiadał, że "mogą mieć jeszcze inne dzieci". Następnie mężczyzna pożegnał Magdalenę i uciekł za granicę.

Zyta Michalska była miłośniczką górskich wędrówek27 lat prowadził normalne życie. Nikt nie podejrzewał, że to on stoi za zabójstwem Zyty

Robert B. przekonywał żonę, że "zrobią sobie drugie dziecko". Prokuratura wydała za nim list gończy

Mimo tego nie urwał kontaktu z Magdaleną. W licznych rozmowach telefonicznych przekonywał ją, że dziecko jest poza granicami Polski, ale kontakt z ludźmi, którym je oddał, jest "utrudniony". Obiecywał też, że "zrobi jej drugie dziecko", a poszukiwania Moniki wznowią wtedy, gdy Magdalena dołączy do niego i wyjedzie z kraju.

10 stycznia 1995 roku prokuratura wydała postanowienie o postawieniu zarzutów Robertowi B., jednocześnie wydając za nim list gończy z czerwoną notą (osoba zatrzymana podlegająca ekstradycji). Policjanci prowadzący sprawę byli przekonani, że poszukiwany ukrywa się w Wiedniu. W swoim czasie wolnym od pracy pojechali więc do Austrii, gdzie zrobili mu zdjęcia. Dopiero na tej podstawie służby podjęły działania. Mężczyzna został ujęty we wrześniu w Austrii i 29 stycznia 1997 roku przekazany do Polski.

W trakcie policyjnych czynności Robert był agresywny, groził popełnieniem samobójstwa a nawet uderzał głową o ścianę. Biegli uznali jednak, że zachowanie mężczyzny nie wynikało z choroby psychicznej i że był on w pełni świadomy swoich czynów i konsekwencji. Przyznali jednak, że ma obniżone "możliwości inteligentne, jest niedojrzały i nieprzystosowany społecznie".

W oparciu o wyniki przeprowadzonych badań psychologicznych jednoznacznie stwierdzono, iż był on zdolny do podjęcia działań zmierzających do sprzedania dziecka. Biegli nie wykluczyli, iż w przypadku niepowodzenia tych planów, mógłby przyczynić się do śmierci dziecka. Głównym motywem takiego działania mogło być prymitywne dążenie do usunięcia źródła przeszkód w realizacji planów i zamierzeń

- napisali eksperci w ocenie, na którą powołuje się "Fakt". 

Nie ma dowodów ani ciała. Mimo tego Robert B. został skazany

Robert B. został oskarżony o uprowadzenie córki i sprzedanie jej nieustalonej osobie. Mężczyzna początkowo przyznał się do winy i dodał, że dostał za dziecko 20 mln starych złotych (2 tysiące złotych). Innym razem miała to być kwota 20 tys. szylingów. Pośrednikami sprzedaży mieli być katowiccy handlarze, którzy mieli zabrać Monikę do Wiednia. Motywem działań mężczyzny miała być "trudna sytuacja rodzinna, brak mieszkania i konflikt z teściami". Mówił też, że nie interesują go losy córki.

W trakcie postępowania Robert B. często zmieniał zeznania i podawał różne wersje zdarzeń. Raz miał nie zarobić na sprzedaniu dziecka, a nawet dopłacić znajomym za to, by się nią zajęli. Później stwierdził, że oddał córkę, by zrobić na złość teściowej. Mówił, że nie był związany z córką uczuciowo bo nie był pewny, "czy jest jego". W trakcie tego samego przesłuchania stwierdził, że zostawił córkę w wózku przed sklepem, a gdy z niego wyszedł, dziecko miało leżeć na chodniku bez oznak życia - miał je więc zabrać do lasu i pochować w ziemi, wykopując dziurę kijem. Kilka miesięcy później uznał, że dziewczynkę ktoś ukradł spod sklepu. Rok po zatrzymaniu stwierdził, że nie wie, co się stało z Moniką, bo nic już nie pamięta. W tym samym czasie dzwonił do żony zarzekając się, że odda jej dziecko, jeśli ta do niego wróci. Magdalena wystąpiła jednak o rozwód.

 

Poszukiwania prowadzone w Austrii nie potwierdziły, by w miejscach wskazanych przez Roberta B. mieszkał "kupiec". Nie znaleziono też handlarzy złotem o rysopisach, które przedstawił zatrzymany. Kilkukrotnie przeczesywano las - także z udziałem oskarżonego - jednak nie znaleziono żadnego śladu, który potwierdziłby ten trop. Potem Robert B. miał przyznać, że powiedział o lesie po to, by móc "wyjść na świeże powietrze". Małej Moniki nie znaleziono też w domach dziecka ani ośrodkach adopcyjno-opiekuńczych.

Proces toczył się długo, więc Robert B., który początkowo przebywał w areszcie, wyszedł na wolność. W 2008 roku Magdalena wycofała się z roli oskarżyciela posiłkowego. Tymczasem jej były mąż kolejny raz zmieniał zeznania i zaznaczał, że jego wcześniejsze wypowiedzi wynikały z "presji śledczych". 30 kwietnia 2009 roku Robert B. został skazany na 15 lat więzienia za uprowadzenie i sprzedanie córki nieznajomej osobie. Ponadto stracił prawa publiczne na pięć lat. Nie trafił jednak do więzienia od razu, ponieważ zniknął na kilka lat - został odnaleziony w 2013 roku, ponownie w Austrii.

W 2017 roku mężczyzna wnioskował o ułaskawienie. W kolejnych zeznaniach stwierdził, że oddał dziecko do adopcji "na złość teściom". Wniosek został jednak odrzucony. W 2019 roku skierował do Sądu Najwyższego wniosek o kasacje wyroku, tym razem uznając, że został zmuszony do oddania Moniki bezdzietnej parze znajomych i że chciał odseparować się od "psychopatów zaślepionych swoją sektą" (teściów). Sądy wszystkich instancji nie miały jednak wątpliwości, że Monika padła ofiarą handlu ludźmi.

Od tragedii licealistów z Tychów minęło już 19 latLawina pod Rysami porwała licealistów. Tragedia w Tatrach sprzed 19 lat

Były policjant o poszukiwaniach dziecka i uporze babci Moniki

A jak na śledztwo patrzyli sami policjanci? Z jednym z nich udało się porozmawiać Wirtualnej Polsce. Zbigniew Prokop przypomina, że to upór babci Moniki sprawił, że zaczęły się poszukiwania dziecka. Matka dziewczynki najpierw bowiem zgłosiła jej zaginięcie, a później je odwołała, by Robert pokazał jej miejsce w Katowicach, w którym miał oddać ich córkę. Policja zaprzestała więc poszukiwań, ale w sprawę włączyła się babcia dziecka. To ona zgłosiła funkcjonariuszom, że dziecka nadal nie ma.

- Dopiero babcia przyszła się pożalić, że wnuczki dalej nie ma i żebyśmy szukali. Bez niej tej sprawy by nie było, nikt być może nigdy by się o zaginioną nie upomniał - powiedział były policjant. Nieżyjąca już babcia dziewczynki cały wolny czas poświęcała na poszukiwanie wnuczki i wywieranie presji na policji, by prowadzili działania w tej sprawie. Doszukała się nawet w wizerunku Moniki w materiale o domu dziecka prowadzonym przez siostry zakonne. Ten trop okazał się jednak fałszywy. - Tamta dziewczynka była trochę podobna, a babcia z tej swojej wielkiej miłości chciała wierzyć, że to ona - wyjaśnił Zbigniew Prokop.

Powrót do sprawy w 2020 roku. Amerykanka myślała, że jest zaginioną Moniką

W 2020 roku na opis Moniki i jej portret trafiła 27-letnia Amerykanka - Kelly. Kobieta zaczęła przeszukiwać bazy osób zaginionych, gdy dowiedziała się, że została adoptowana. Bliscy powiedzieli jej, że z pochodzenia jest Polką. Niestety badania DNA Magdaleny - matki Moniki i 27-latki wykluczyły ich pokrewieństwo.

W marcu 2022 roku Monika obchodziłaby 29. urodziny. 

Więcej o: