Zadrapał go pies. Kilka dni później walczył o życie i poddał się kilku amputacjom

Zwykłe zadrapanie przez ukochanego psa zmieniło o 180 stopni życie doktora Jaco Nela. Chciał tylko pobawić się z pupilem, skończył w szpitalu, walcząc o życie.

Obie nogi, pięć palców u rąk, część twarzy - tyle kosztowała doktora Jaco Nela zabawa z ulubionym cocker spanielem. Wszystko przez niewielkie zadrapanie na dłoni, w które wdała się sepsa. Dr Nel po dwóch tygodniach trafił do szpitala, gdzie rozpoczęła się dramatyczna walka o jego życie.

Zadrapanie było niewielkie - ot, ranka na dłoni. Niestety kiedy pies ją polizał, do organizmu dr Nela dostały się bakterie. Mężczyzna przemył ranę antyseptykiem, ale było już za późno. Tyle tylko, że wtedy jeszcze o tym nie wiedział.

Przez dwa tygodnie normalnie chodził do pracy - zajmuje się zawodowo osobami chorymi na demencję. Jednak pewnego dnia obudził się z objawami grypopodobnymi. Zadzwonił do swojej sekretarki, żeby odwołała wszystkie spotkania.

Było mi na przemian gorąco i zimno, cały się trzęsłem, nie mogłem się rozgrzać. Całe ciało mnie bolało

- mówi dr Jaco Nel w wywiadzie dla DailyMail.co.uk.

Uznał jednak, że to tylko grypa. Został w domu, licząc na to, że za kilka dni będzie po wszystkim. Jednak z każdą godziną jego stan się pogarszał. Kiedy następnego dnia nie dał znaku życia, jego sekretarka zaniepokoiła się. Próby skontaktowania się z Nelem nie przyniosły rezultatu. Kiedy jego partner przyjechał do domu, zobaczył dr Nela półprzytomnego, leżącego w malignie w łóżku. Od razu wezwał karetkę.

Kiedy dotarli do szpitala, było już za późno, żeby uratować niektóre części ciała. Sepsa postępowała, trzeba było działać błyskawicznie, żeby nie zebrała śmiertelnego żniwa. Gangrena zabrała mu obie nogi i palce u rąk. Wdała się również w tkanki twarzoczaszki, przez co dr Nel przestał przypominać dawnego siebie.

Zrobiono również badania, żeby ustalić, co było przyczyną zakażenia. Wtedy okazało się, że cocker spaniel doktora nosi w sobie bakterie, które spowodowały całą tę katastrofę. Zwierzaka trzeba było uśpić, bo zwyczajnie zagrażał innym - choć przecież nie był agresywny. Ryzyko było jednak zbyt wielkie.

Całe leczenie trwało ponad pół roku.