Nauczycielka chciała, żeby dziecko przyniosło do szkoły klej w sztyfcie. Odpowiedź matki? Dosadna

Na grupie "Nasze dzieci nie chodzą na religię" pojawił się wpis jednej z mam. Zamieściła w nim swoją odpowiedź na prośbę nauczycielki o przyniesienie do szkoły kleju.
Odpowiedź mamy na prośbę nauczycielki podzieliła rodziców
Fot. Mikołaj Kuraś/AG/Facebook/Nasze dzieci nie chodzą na religię

Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze dzieci otrzymują na start zakupioną przez nas tzw. wyprawkę szkolną. Długopisy, zeszyty, kredki, flamastry czy cyrkiel. Gdy nauczycielka z Warszawy zapisała w zeszycie uczennicy prośbę o przyniesienie kleju, raczej się nie spodziewała, że mamie dziewczynki bardzo się to nie spodoba. 

"Proszę o klej w sztyfcie" - napisała 20 października nauczycielka w dzienniczku ucznia. Pod tą prośbą pojawiła się karteczka z wiadomością od mamy dziewczynki:

m.st. Warszawa w roku 2016 wydało 6 000 000 PLN na religijną imprezę jednego wybranego przez siebie związku wyznaniowego w innym mieście. Skoro samorząd warszawski ma pieniądze na ŚDM w Krakowie, wierzę w to, że znajdzie też parę złotych na zakup kleju w sztyfcie dla Małej Warszawianki, jestem gotowa podpisać się pod wnioskiem szkoły do samorządu o przekazanie pieniędzy na ten cel. 
Prośba nauczycielki o klej i odpowiedź mamy ucznia
Prośba nauczycielki o klej i odpowiedź mamy uczniaFot. Facebook/Nasze dzieci nie chodzą na religię
Fot. Facebook/Nasze dzieci nie chodzą na religię

Pod zdjęciem pojawiły się różne komentarze. Zarówno te przychylne mamie:

Rewelacja! Brawo!

Jak i te, które nie widzą problemu w zakupie niedrogiego kleju:

Mam wrażenie że przyszła moda na prześciganie się we wspaniałych odpowiedziach dla Pań nauczycielek. Z tego co pamiętam to kupno materiałów biurowych było zawsze obowiązkiem rodzica. Nie bardzo rozumiem ta odpowiedź.

Mama uczennicy napisała w tej sprawie nawet do Ministerstwa Edukacji Narodowej i otrzymała taką odpowiedź:

Szanowna Pani, odpowiadając na pytanie skierowane drogą elektroniczną do Ministerstwa Edukacji Narodowej, uprzejmie wyjaśniam, że nauka w przedszkolach i szkołach publicznych jest bezpłatna. Zasada ta została wyrażona na poziomie ustawy zasadniczej, i jako taka - nie podlega wykładni (interpretacji).[1] Powyższe oznacza, że przedszkole publiczne (i żaden z jego organów wewnętrznych np. dyrektor) - nie ma upoważnienia (prawnego, faktycznego) do ustanawiania jakichkolwiek obowiązkowych opłat dla potrzeb realizacji zadań oświatowo-wychowawczych. Zgodnie z art. 10 ust. 1 ustawy Prawo oświatowe, do zadań organu prowadzącego należy m.in.: - zapewnienie warunków działania przedszkola, w tym bezpiecznych i higienicznych warunków nauki, wychowania i opieki; - wykonywanie remontów obiektów przedszkolnych oraz zadań inwestycyjnych w tym zakresie; - wyposażenie przedszkola w pomoce dydaktyczne i sprzęt niezbędny do pełnej realizacji programów nauczania, programów wychowawczych oraz wykonywania innych zadań statutowych. Te same przepisy stosuje się do oddziału przedszkolnego w publicznej szkole podstawowej. Zgodnie z przepisami prawa oświatowego przedszkole nie może pobierać od rodziców innych opłat niż ustalone przez organ prowadzący za korzystanie z wychowania przedszkolnego w czasie wykraczającym poza ustalony czas bezpłatnego nauczania, wychowania i opieki (nie krótszy niż 5 godzin dziennie)[2] oraz za wyżywienie. W przypadku dzieci 6-letnich (realizujących obowiązek rocznego przygotowania przedszkolnego), rodzice ponoszą opłaty wyłącznie za wyżywienie. Zatem pobieranie dodatkowych opłat na zakup tzw. "wyprawki" jest niezgodne z prawem. Nad przestrzeganiem prawa oświatowego czuwa właściwy kurator oświaty. Z poważaniem Katarzyna Koszewska Dyrektor Departament Kształcenia Ogólnego

Z odpowiedzi Ministerstwa wynika, że rodzice nie są zobowiązani do zakupu pomocy dydaktycznych. Edukacja w szkole jest bezpłatna i to na placówce szkolnej leży obowiązek ich finansowania. 

Macie uwagi do powyższego zagadnienia? Piszcie do nas: metrowarszawa@agora.pl

Więcej o: