Duże mrozy, zawieje i zamiecie oraz śnieg po kolana - takie zimy spotykane są w Polsce coraz rzadziej. Jak radzono sobie kiedyś z ogromnymi hałdami śniegu? Gdzie w naszym kraju odnotowano najniższą temperaturę w historii i czy Morze Bałtyckie kiedykolwiek zamarzło?
Na samym początku warto wspomnieć o "zimie stulecia", jak w PRL-u nazywano przełom 1978 i 1979 roku. W tym czasie doszło do intensywnych opadów śniegu. Wysoki mróz również dawał się we znaki. Sytuacja była na tyle trudna, że wiele małych miejscowości zostało całkowicie odciętych od świata. Doszło też do ogólnopolskiego paraliżu komunikacyjnego - pociągi były opóźnione lub odwoływane przez zamarznięte lub nieprzejezdne tory. Trudno było przewidzieć kiedy i czy w ogóle przyjedzie autobus, tramwaj czy pociąg.
Śniegu było tak dużo, że konieczne było ładowanie go na ciężarówki i wywożenie poza miasto. Obawiano się, że podczas roztopów zabetonowane miasto nie przyjmie takiej ilości wody, co doprowadzi do powodzi.
W odmrażaniu torów kolejowych miały być pomocne... miotacze ognia! Ale robiono nie tylko to - "w czynie społecznym" wielu mieszkańców małych miejscowości budowało "mury" z lodu i śniegu, by ochronić tory kolejowe przed nawiewającym śniegiem. Do pracy przy odśnieżaniu dróg kierowano załogi z zakładów pracy, żołnierzy i studentów.
Mroźna zima wiązała się z brakiem dostaw do sklepów. Na półkach było niewiele produktów. Ale i tak dobrze było, jeśli w ogóle dało się dotrzeć do danego sklepu. W przeciwnym razie trzeba było radzić sobie z tymi produktami, które udało się zgromadzić przed śnieżycą.
W sumie do zim stulecia w czasach PRL zalicza się jeszcze dwa okresy: między 1962 i 1963 oraz 1986 i 1987 rokiem. W tym czasie charakterystyczne były kilkugodzinne przerwy w dostawach prądu.
Mrozy były tak silne, że w mieszkaniach pękały kaloryfery. Najbardziej tragicznym tego typu wydarzeniem był wybuch gazu przy Rotundzie PKO w Warszawie. 15 lutego 1979 roku doszło do eksplozji z pękniętej instalacji. Z powodu dużej ilości śniegu i zamarzniętej ziemi nie dochodziło do stopniowego przepuszczania gazu z nieszczelnych rur pod budynkiem, co doprowadziło do nagromadzenia gazu do stężenia, które skutkowało wybuchem. Niska temperatura spowodowała też wykroplenie się substancji zapachowej, która mogła ostrzec przed ulatniającym się gazem. W zdarzeniu tym zginęło 49 osób, a ponad 100 zostało rannych. Akcja ratownicza trwała sześć dni.
Mniej mroźne zimy służyły z kolei propagandzie PRL-u do pokazywania, jak zakłady pracy troszczą się o swoich pracowników. Dlatego też pracownicy wysyłani byli do zakładowych domów czasowych. Często w takim miejscu spotykało się nawet kilkaset osób z jednej firmy. Pracodawca organizował też zimowiska - rodzice z dziećmi mogli wówczas wyjechać w góry i spędzić trochę czasu na nauce jazdy na nartach czy na pieszych wędrówkach.
Nieoficjalne rekordy zimna padły w 1929 roku. Wówczas w Rabce temperatura miała spaść do -45 stopni. Tego samego roku termometry w Kąclowej koło Grybowa miały pokazać -48 stopni.
Najniższa oficjalna temperatura w historii naszego kraju padła w styczniu 1940 roku. W Siedlcach termometry miały pokazać aż -41 stopni Celsjusza. W tym samym miesiącu w centralnej Polsce panowały 30-stopniowe mrozy. W lutym 1940 roku w Warszawie przez aż 50 dni temperatura utrzymywała się poniżej zera, a przez 15 dni było mniej niż -15 stopni! W okupowanym przez nazistowskich Niemców mieście sytuacja, nie tylko pogodowa, była więc bardzo trudna.
Podczas tak silnych mrozów i śnieżyc wiele domów i kamienic nie miało okien lub dachów. Wojna wiązała się także z niedoborem węgla, a jego ceny na wolnym rynku biły rekordy. Za tonę tego surowca trzeba było zapłacić więcej niż wynosiła miesięczna pensja całkiem zamożnej osoby. W 1941 roku tona węgla kosztowała tyle, co sześć wynagrodzeń urzędniczych, czyli 1500 złotych - można przeczytać w artykule "Zimy w okupowanej Polsce" Kamila Janickiego. Zdesperowani mieszkańcy miast wychodzili nocą do parków i kradli z nich drewno. Ci, którzy mieszkali blisko lasów, jeździli do nich na nielegalny wyręb. Silny mróz spowodował też inny problem - do wielu miejsc nie docierała woda, ponieważ dochodziło do pękania wodociągów.
Z powodu pogody w wielu szkołach zawieszano lekcje. Często też odwoływano zajęcia na uniwersytetach. Co oczywiście nie martwiło zbytnio uczniów ani studentów.
Wspomniany wcześniej 1929 rok był też znaczący ze względu na intensywne opady śniegu. Pierwsze pojawiły się już na początku października. Stała pokrywa śnieżna utrzymywała się jednak od początku grudnia 1928 roku do połowy kwietnia 1929 roku. W tych miesiącach nie było więc przerwy od śniegu.
Na nizinach średnia grubość pokrywy śnieżnej wahała się od 20 do 60 centymetrów, a na obszarach podgórskich dochodziła nawet do 100 centymetrów. Największą grubość pokrywy odnotowano 9 kwietnia 1929 roku w okolicy Morskiego Oka. Wówczas zmierzono aż 267 cm śniegu.
Utrzymywanie się tak dużej pokrywy śnieżnej było możliwe ze względu na mrozy. Do -40 stopni spadała temperatura w takich miejscowościach jak Żywiec, Sanok czy Olkusz. Nieco cieplej było w Krakowie, Radomiu, Skierniewicach, Częstochowie, Lublinie, Piotrkowie Trybunalskim czy Cieszynie.
Przed wojną wydano też 150-stronicowy podręcznik dotyczący walki z lodem, śniegiem i zaspami. W 1927 roku radzono, by otaczać linie kolejowe nawet pięciometrowymi murami, którymi mogły być wały ziemne, zadrzewiony pas ziemi, płoty i żywopłoty.
Pierwsze, oficjalne ferie zimowe dla uczniów szkół wprowadzono w 1931 roku. Miały one zachęcić dzieci i ich rodziców do wyjazdów. Najczęściej udawano się oczywiście na południe kraju. Dużą popularnością cieszyły się Krynica, Wisła, Szklarska Poręba oraz oczywiście Zakopane.
Przed wojną popularne były także zimowe miejscowości w nieistniejącym już dziś województwie stanisławowskim, który jest częścią obecnej Ukrainy. Najsłynniejszy wówczas zimowy kurort, Worochta, zachęcał do przyjazdu dzięki rozbudowanej bazie noclegowej oraz nowoczesnym stokom narciarskim. Zachęcająca była także przyroda i rozległe krajobrazy, gdzie mimo popularności tego kierunku, można było też znaleźć miejsca, by pobyć w odosobnieniu i cieszyć się pięknem natury. W czasach II RP do województwa stanisławowskiego wyjeżdżało dużo podróżników, którzy chcieli eksplorować nieznane im tereny i wytyczać nowe szlaki.
Przed wybuchem II wojny światowej przygotowano nawet specjalną trasę, która przewoziła Polaków między najpiękniejszymi miejscowościami w górach w Polsce. Pierwszy pociąg wyjechał 21 lutego 1932 roku ze Lwowa i przejechał przez Worochtę, Truskawiec, Sianki, Krynicę, Rabkę, Zakopane, Zwardoń i Wisłę. Trasa trwała 10 dni, a każdy podróżny miał zapewnioną wygodną i czystą kajutę. Jak pisała Magdalena Samozwaniec, pociąg potrafił czekać nawet godzinę na osobę, która wykupiła bilet na trasę ale zagubiła się w górach.
Cena takiej wycieczki zaczynała się od 200 złotych (wówczas wynagrodzenie wynosiło około 2000 złotych rocznie dla pracownika umysłowego). Była to więc opcja tylko dla osób, które miały z czego odłożyć pieniądze. Mimo wszystko trasa ta bardzo przypadła Polakom do gustu. W kolejnych latach zyskała nawet przydomek "Narty-Dancing-Brydż", ponieważ nie tylko docelowe miejsca były pełne zabaw i rozrywek, a już na samej trasie można było się nieźle zabawić. "Bo i cóż to za taki pociąg, w którym huczy od śmiechu i wesołych głosów, w którym nikt nie patrzy na zegarek" - pisała Magdalena Samozwaniec. Z czasem ceny za przejazd stały się bardziej dostępne także dla robotników.
Jeśli chodzi o historyczne zimy, to na pewno warto wspomnieć o sytuacji, która miała mieć miejsce podczas zimy na przełomie 1268 i 1269 roku. Wówczas zamarzły cieśniny duńskie, a nawet rzeka Tamiza. Później w 1305 i 1364 roku kronikarze pisali o zamarznięciu wszystkich rzek we Francji. Taka sytuacja doprowadziła do dramatycznej sytuacji wielu ludzi, ale też śmierci zwierząt i ptaków. Niektóre dzikie zwierzęta próbowały nawet wchodzić do domostw ludzi, by nie zamarznąć.
Przemarznięte drzewa i ziemia nie dawały też plonów. Po tak mroźnych zimach często więc w następnym roku panował głód. W Polsce miało to miejsce w 1126 i 1235 roku.
Z informacji w dawnych kronikach wynika, że dochodziło też do zamarzania Morza Bałtyckiego. Jedna z takich sytuacji miała mieć miejsce zimą 1322/1323 roku, gdy Słowianie mieli pokonać Bałtyk i plądrować okolice Danii. Rozbójnicy mieli nawet zakładać na lodzie swoje tymczasowe gospody. Na przełomie 1459 i 1460 roku Bałtyk był tak zamarznięty, że można było poprowadzić przez nie "trakt komunikacyjny".