Przy czasie naświetlania wynoszącym pół minuty wiktoriańskie matki musiały wymyślić sposób na to, by wtopić się w kanapy, krzesła czy zasłony i tym samym mieć zdjęcie swojej pociechy. Rezultaty, które widać w cyklu zdjęć Lindy Fregni Nagler nazwanym "Ukryte Matki" (Hidden Mother) mogą niektórych bawić, wzruszać, a jeszcze innych niepokoić.
W XIX wieku panowała moda na to, by dzieci portretować w sposób podobny, co dorosłych. Wykonanie fotografii było szybsze i znacznie tańsze od namalowania obrazu, dlatego zaczęło z nich korzystać coraz więcej osób - nie tylko zamożnych, ale też przedstawicieli klasy średniej. Problem w tym, że malarz mógł wykonać szybki szkic i później pracować z pamięci, a fotograf musiał wymóc na modelach nieruchome siedzenie przed aparatem przez 30 sekund. W przeciwnym razie odbitka na mokrym kolodionie była nieostra.
Problem w tym, że niemowlęta i małe dzieci nie rozumiały jeszcze koncepcji nieruchomego pozowania do zdjęcia przez 30 sekund. Wiercące się maluchy trzeba było jakoś unieruchomić. Nie można było jednak w tym celu wykorzystywać statywów, na których opierali się dorośli, a które podtrzymywały ich głowę, kark i plecy nieruchomo tak, by zdjęcie wyszło nieporuszone i ostre. Trzeba było więc znaleźć inne rozwiązanie.
Zaproponowano więc dwie opcje - matki mogły pozować z dziećmi, a następnie były przez fotografa zamazywane czarną farbą lub ich głowa była wydrapywana ze zdjęć. Jak można było się domyślić, taki wygląd wywołanego już i wyretuszowanego zdjęcia nie był zbyt estetyczny. Większość decydowała się więc na ukrycie się przed obiektywem. Służyły do tego duże płachty materiału lub rekwizyty. Czasem kobiety stawały z boku i były zasłaniane tak, by ich nie było widać, a na zdjęciu pozostawała tylko ich ręka, która utrzymywała dziecko na miejscu.
W przypadku małych dzieci musiały jednak siedzieć razem z nimi na krześle tak, by móc podtrzymać ich jeszcze chwiejne sylwetki przed obiektywem. Udawały więc krzesła, kanapy lub tła studyjne, ale nie dało się całkowicie zasłonić ich sylwetek. Przez to wyglądają nieco mrocznie - jak ponury żniwiarz, któremu brakuje tylko kosy. Obecnie bardziej przypominają nam one kobiety w burkach czy kobiety z zakonu Bene Gesserit w serialowej czy filmowej "Diunie".
Ustawienie dzieci nie było jedyną niedogodnością. Rodzice w XIX wieku przed wizytą u fotografa musieli ubrać dziecko w wykrochmalone, zazwyczaj niewygodne stroje, przewieźć pociechę - i zwykle jego rodzeństwo też - do wybranego studia fotograficznego. Musieli to jednak zrobić tak wcześnie rano, jak to było możliwe - nie korzystano bowiem wówczas ze sztucznego oświetlenia. Po dotarciu na miejsce rodzice musieli wspiąć się po schodach, by kilka pięter wyżej wdrapać się na dach lub strych z oszklonym dachem. Następnie trzeba było ustawić dzieci i zadbać, by były nieruchomo.
Samo naświetlenie jednego zdjęcia trwało 30 sekund. Metoda ta, chociaż tańsza od oferty malarzy-portrecistów, nie pozwalała większości rodzicom na zrobienie poprawek i wykonanie kilku fotografii dziecka. To pierwsze zdjęcie było więc najczęściej jedynym. Po kilku dniach rodzice odbierali kopie zdjęcia, które można było rozesłać rodzinie, znajomym oraz wkleić do albumu.
Co ciekawe, fotografia dzieci była popularna właśnie wśród fotografek. Zawód ten stał się jednym z niewielu, gdzie poważano kobiety. Między 1861 a 1871 rokiem liczba kobiet, które robiły zdjęcia, wzrosła aż czterokrotnie. W przeciwieństwie do ich kolegów, fotografki miały więcej cierpliwości do dzieci, a często też większe doświadczenie w obchodzeniu się z nimi. Nierzadko więc wykorzystywały zabawki, by utrzymać uwagę dziecka, a czasem nawet żywe zwierzęta - jak małpy czy ptaki, które trzymano w klatkach.
Co ciekawe, niekiedy robiono też podobne zdjęcia samym zwierzętom, jak na przykład psom i kotom. Wówczas utrzymywano je równie nieruchomo w ten sam sposób, jak dzieci.
Oczywiście popularne było też stosowanie środków chemicznych. Dla wyjątkowo wiercących się modeli sugerowano podawanie określonych dawek opium. Po nim modele "nie byli świadomi siebie, aparatu i czegokolwiek innego".
Zdjęcia dzieci z XIX wieku mogą nam się obecnie wydawać zabawne, jednak wówczas były oznaką triumfu społecznego. Portrety mogły mieć bowiem także mniej zamożne rodziny, a na dodatek wykonywano je żywym dzieciom - w tamtych czasach portrety dzieci robiono zazwyczaj po ich śmierci, a śmiertelność niemowląt była wówczas bardzo wysoka.
"Jest owinięta tkaniną, wygląda jak duch. Matka przejawia się tutaj niepokojącą obecnością" - opisuje zebrane zdjęcia Laura Larson, która od kilku lat kolekcjonuje wiktoriańskie fotografie dzieci i ich ukrywających się, anonimowych matek. "Dla mnie 'ukryta matka' to synonim kruchej równowagi, jaką matka musi zachować wychowując dziecko - z jednej strony stara się pielęgnować przywiązanie dziecka do matki, rodziny, ale i dać mu autonomię" - opisuje dalej.
Z kolei profesor historii fotografii Geoffrey Batchen zauważa, że rodzice poniekąd zawsze "wymazują się" w interesie dziecka, a wiktoriańskie fotografie mogą być (niezamierzenie) symbolem natury rodzicielstwa. Głównym bohaterem zdjęcia jest bowiem dziecko - ono zajmuje centralne miejsce, jest najważniejsze. Rodzic natomiast zostaje wymazany, w "ostatecznym akcie podporządkowania" dla dobra swojego potomstwa.