Po tym, jak w latach 90. "wampir z Bytowa" przyznał się do niemal 90 morderstw, uznawany jest w Polsce za seryjnego mordercę i to mimo tego, że został skazany tylko za jedno zabójstwo. Mężczyzna znał szczegóły spraw, które może znać jedynie morderca, ale po wycofaniu zeznań większość ze zbrodni przypisanych Leszkowi Pękalskiemu nie udało się udowodnić. I do tej pory pozostają nierozwiązane. Kim był morderca o umyśle dziecka, który przekupywany kanapkami i słodyczami zgadzał się zeznawać, a gdy mu się coś nie podobało, obrażał się na śledczych i milczał przez kolejnych kilka tygodni?
Leszek Pękalski urodził się 12 lutego 1966 roku w Osiekach koło Bytowa w województwie pomorskim jako nieślubne dziecko Cecylii Pękalskiej. Ma siostrę bliźniaczkę i dwójkę młodszego rodzeństwa - brata i siostrę. Matka wychowywała ich sama, pracowała na roli i była uzależniona od alkoholu. Kobieta nie była zbyt specjalnie zainteresowana opieką nad dziećmi i zmarła kilka lat po narodzinach bliźniąt. Pękalskim i jego rodzeństwem zajmowała się więc babcia, a po jej śmierci dzieci trafiły do domu dziecka. Ostatnią osobą, która zajmowała się Pękalskim, był jego wujek, który także mieszkał w Osiekach.
Już po narodzinach u Pękalskiego stwierdzono lekkie upośledzenie. Z tego powodu otrzymywał rentę i trafił do specjalistycznego ośrodka. Mimo pomocy, którą otrzymał, miał ogromne problemy w budowaniu relacji z innymi ludźmi. Dzieci się go bały albo się z niego wyśmiewały. Był odrzucany ze względu na swoją odmienność, ale też niedbały wygląd - chodził w brudnych ubraniach i nie lubił się myć, co było jego "znakiem rozpoznawczym" także w dorosłym życiu.
Później znany był z wypytywania ludzi o to, jak znaleźć sobie żonę i to jak najszybciej, ponieważ miał "duże potrzeby". Niedaleko Bytowa, w Parchowie, znajdował się też ośrodek dla upośledzonych dziewcząt, który był prowadzony przez zakonnice. Pękalski wielokrotnie był widywany w okolicach tego miejsca. Czasem stał przy płocie i krzyczał, że "chce mu się kobiety". Był na tyle uciążliwy, że zakonnice zaczęły się na niego skarżyć. Poza tym lubił jeździć pociągami, przez co często znikał z domu nawet na kilkanaście dni. - Brał te swoje reklamówki i już go nie było. Znikał czasem na kilka dni, ale czasem nie było go kilka miesięcy. Trudno powiedzieć, co wtedy robił - powiedział w rozmowie w tvn24.pl jeden z sąsiadów Pękalskiego. Po powrocie nikomu nie mówił o tym, gdzie był. W tym czasie miał często nocować w lasach.
Leszek Pękalski od początku zeznawał, że podniecają go wszystkie kobiety, a czasem też mężczyźni i dzieci. Gdy poczuł taką potrzebę, potrafił na środku ulicy proponować seks każdej mijanej osobie, a gdy w pobliżu znajdowała się kobieta, zaczynały trząść mu się ręce i mówił niewybredne "komplementy". Tak bardzo chciał znaleźć żonę, że prosił o pomoc w tym zakresie rodzinę, a nawet księdza. - On stawiał zarzut swojej rodzinie, a przede wszystkim swojemu szwagrowi, że całe jego nieszczęście życiowe polegało na tym, że prosił o kupienie gumowej lalki, z którą mógłby odbywać stosunki i w ten sposób, jego zdaniem, uniknąłby kłopotów - powiedział dr n. med. Stanisław Teleśnicki w programie "Szlakiem zbrodni".
Miał też taktykę, która pozwalała mu poniekąd zbliżać się do ludzi. Wzbudzał w swoich rozmówcach współczucie i litość. To dawało mu poczucie bycia w centrum uwagi, o co tak zabiegał. Wspomniane wcześniej nocowanie w lesie i branie na litość - te dwa elementy wiążą się z zabójstwem 17-letniej Sylwii R. - jedynej zbrodni, za którą Pękalski został skazany.
17-letnia Sylwia R. poznała 25-letniego Pękalskiego w czerwcu 1991 roku, gdy odbywała praktyki w sklepie. Dobra i wrażliwa nastolatka pozwoliła mu kupić chleb i pasztetową "na zeszyt" ponieważ ten skarżył się, że nie ma pieniędzy. Dziewczyna, która przejęła się jego losem, następnego dnia przyniosła mu do lasu coś do jedzenia. Pękalski zaczął jej się zwierzać ze swoich problemów i od razu zaproponował Sylwii małżeństwo i seks. - Trochę opowiedziałem o swoich problemach. Na początku się nie bała. Odważnie ze mną rozmawiała. Potem spytałem, czy zostanie moją żoną, ale ona na to, że nie i żebym szukał innej dziewczyny - mówił Pękalski w rozmowie z Edwardem Miszczakiem.
Nastolatka odmówiła i przestraszona szybko zaczęła się oddalać. Nieporadny z wyglądu mężczyzna był jednak na tyle silny, że jej na to nie pozwolił. Już pierwsze z pięciu uderzeń kosturem do sadzenia drzewek miało być tak silne, że niemal zabiło 17-latkę na miejscu. Gdy Sylwia zmarła, rozebrał ją i zgwałcił. - Jakby zgodziła mi się oddać, to by nie było tego morderstwa - mówił Pękalski po latach.
Dzień później (27 czerwca) ciało zaginionej odnalazł jej ojciec. Znajdowało się kilka kilometrów od domu, położone pod drzewem i przykryte gałęzią. Jej ubranie zostało naciągnięte na głowę. Zbrodnia, jakiej dokonano na Sylwii, wstrząsnęła całą gminą. Policja rozpoczęła śledztwo, jednak nie udało się nikogo wytypować. Po roku sprawa została umorzona.
Zaledwie tydzień po zabójstwie Sylwii w tej samej okolicy Pękalski zgwałcił 40-letnią Bernadettę - jedyną znaną ofiarę, która przeżyła jego atak. - Było jeszcze jasno, wracałam wtedy od siostry. Na początku nie widziałam twarzy tego mężczyzny. Miał beret i golf naciągnięty na twarz - opowiadała kobieta w programie "Seryjni mordercy" w TVN. Mimo tego, że próbował ukryć swoją tożsamość, kobieta poznała Pękalskiego po głosie i charakterystycznym "kaczym" chodzie. - Jak wariat się zachowywał, cały się trząsł. Mówił "zamorduje cię" takim przytłumionym głosem. Mówił, że mnie zabije, ale odszedł - kontynuowała pokrzywdzona. Mąż koleżanki przekonał Bernadettę, że sprawę należy zgłosić na policję.
24 listopada 1992 roku sąd skazał 26-latka na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu. Ostatecznie jednak Pękalski nie trafił do więzienia, ponieważ biegli orzekli, że w trakcie popełniania przestępstwa był niepoczytalny. Wówczas nie wiązano go jeszcze z zabójstwem Sylwii.
Zmieniło się to jednak w grudniu 1992 roku. Przez przypadek na trop Pękalskiego wpadła sekretarka, która pracowała w Prokuraturze Rejonowej w Bytowie. Przed ostatecznym zamknięciem sprawy zabójstwa Sylwii R. biegłym udało się stworzyć portret pamięciowy mordercy. Specjaliści orzekli, że zabójca Sylwii musi być mężczyzną brutalnym i niezaspokojonym seksualnie. Sekretarka, przekładając akta, natknęła się na teczkę Pękalskiego. Kobieta przedstawiła przełożonym swoje podejrzenie o tym, że opis nieznanego mordercy pasuje do Pękalskiego, a śledczy postanowili sprawdzić jego alibi. Pękalski w rozmowie z policjantami przyznał się do zabicia Sylwii. I na tym nie skończył.
- On się upewniał, czy w Polsce nie ma kary śmierci za zabójstwo. Gdy usłyszał, że nie ma, to na dobrą sprawę przyznawał się do wszystkiego. Przyznawał się, odwoływał, w jakiś sposób się tym bawił i to też zaciążyło na akcie oskarżenia. W pewnym momencie przyznał się do 90 zabójstw. Później liczbę tę zredukował do 70, potem 67, a w ostatecznym akcie oskarżenia było już tylko 20 czynów (17 zabójstw, jedno porwanie niemowlęcia i dwa gwałty - red.) - wyjaśniała kryminalistyk prof. Ewa Gruza w programie "Szlakiem zbrodni" Discovery Channel.
Mężczyzna w sumie uważał, że popełnił od 90 do 67 zbrodni na terenie całej Polski. W docelowych miejscach miał znajdować się przypadkowo - w zależności od tego, którym pociągiem jechał i na jakiej stacji postanowił wysiąść. Miał m.in. udusić i zgwałcić kobietę w Toruniu, a w Białymstoku uprowadzić wózek z dzieckiem, które rozebrał i zostawił na mrozie. O niektórych zbrodniach być może przeczytał w gazetach, jednak o niektórych przestępstwach opowiadał ze szczegółami, które mógł znać jedynie sprawca. Pamiętał np. jaki kolor bielizny miały ofiary, jak były ułożone zwłoki. "Wampir z Bytowa" czy też "hurtownik śmierci", jak zaczął być nazywany w prasie, miał w latach od 1984 do 1992 roku bić, zabijać i gwałcić kobiety w całej Polsce.
Dowody przeciwko Pękalskiemu gromadził prokurator Przemysław Buksa. Gdy niezachęcany przez nikogo "wampir" mówił o zbrodniach, śledczy zaczęli weryfikować nie tylko podawane przez niego zdarzenia. W dochodzeniu sprawdzono też wszystkie niewyjaśnione gwałty i zabójstwa, które zostały popełnione w Polsce w tym czasie. - Leszek, na spokojnie przejrzyj sobie mapę, bo ty jesteś takim podróżnikiem, lubisz geografię, podróżowałeś po Polsce - miał powiedzieć zatrzymanemu prokurator.
Z opisów Pękalskiego wynikało, że mordował i gwałcił przypadkowo napotkane osoby - nie tylko kobiety, ale też dzieci i mężczyzn. W opisach zbrodni nie używał jednak słów "morderstwo" czy "zabiłem". Zamiast tego pisał o "zdarzeniach", "zagrażaniu", "panice". W swoim pamiętniku pisał m.in. że miał grozić ofiarom śmiercią, jeśli nie dadzą się "wyr****ć", a jedną z zabitych miał żałować, "bo ładna ona była".
Wówczas dla prokuratury i policji zaczęła się czasochłonna weryfikacja dowodów, przesłuchiwanie świadków oraz wizje lokalne - tylko te ostatnie trwały dwa lata i były przeprowadzone w całym kraju. "Policjantki, które uczestniczyły w wizjach lokalnych, nie godziły się na symulowanie ofiar zbrodni. W tej roli zastępowały je manekiny albo silniejsi koledzy. Trudno było przewidzieć, czy Leszek nagle nie rzuci się na którąś z kobiet i nie zrobi jej krzywdy, bo przecież nie miał już nic do stracenia" - napisała Magdalena Omilianowicz w książce "Bestia. Studium zła".
W międzyczasie gdy "wampir" przyznawał się do kolejnych zbrodni, śledczy zaczęli zastanawiać się, czy osadzony nie konfabuluje. Do relacji Pękalskiego pasowało 30 z 90 opisanych przez niego spraw. Część zdarzeń, o których opowiadał Pękalski, w ogóle się nie wydarzyła. Jednak w niektórych sprawach zeznania mężczyzny oraz to, że w czasie popełnienia zbrodni przebywał akurat w tej części Polski sprawiła, że śledczy oskarżyli go w sprawie 17 przestępstw.
Śledczych zastanawiało, dlaczego Pękalski współpracuje z policją. Pomocne w zrozumieniu jego zachowania miała być opinia biegłych, która zajęła aż 300 stron sądowych akt. Stwierdzili oni, że Pękalski jest osobą nieśmiałą, z silnym poczuciem odrzucenia. Początkowo może stwarzać wrażenie dojrzałego, jednak jego poziom emocjonalny i intelektualny jest na poziomie małego, zalęknionego dziecka. Uznano, że nie ma życiowych ambicji - nie licząc chęci znalezienia żony. Na podstawie obserwacji orzeczono, że zbrodnie popełniał w celu zaspokojenia potrzeb seksualnych, ale nie był w pełni poczytalny - miał znacznie ograniczone rozumienie dokonywanych czynów. Seksuolog orzekł natomiast, że Pękalski ma ogromny popęd seksualny i nie ma hamulców, by zaspokoić te potrzeby bez względu na czas czy miejsce, w którym się znajduje. Współpraca z policją zaspokajała też potrzebę Pękalskiego do bycia zauważanym. W jego rozumowaniu z wyrzutka społecznego stał się "kimś", którym interesuje się cała Polska.
Niestety w trakcie prowadzenia śledztwa popełniono błąd, nie biorąc pod uwagę lekkiego upośledzenia Pękalskiego i tego, że można było łatwo na niego wpływać. - Pękalski został osadzony z przestępcami, nieadekwatnie do jego zdolności intelektualnych. Oni mu zaczęli pokazywać, co należy robić. Pisał pamiętnik, który jak się później okazało, był dyktowany przez jednego ze współwięźniów, który później te zapiski wykradł i sprzedał go prasie. To były też podpowiedzi więźniów, że dobrze jest namącić tyle, ile się da. Przyznać się i odwołać. Wiele wskazuje na to, że on z tych podpowiedzi korzystał - dodała prof. Ewa Gruza.
Już na pierwszej rozprawie przed sądem Pękalski zeznał, że do przyznawania się do zbrodni mieli nakłaniać go funkcjonariusze, a w zamian dostawał jedzenie i alkohol. - Przemyślałem i chciałbym odwołać moje przyznanie się do zabójstw. Jestem trochę słaby psychicznie i nie umiem się bronić przed policją. Na wizje lokalne początkowo nie chciałem jeździć, ale mnie do tego nakłoniono. Potem nawet mi się spodobały te wyjazdy i traktowałem je jak wycieczki - mówił przed sądem w Słupsku.
Ostatecznie Pękalskiemu udowodniono więc tylko jedną zbrodnię - zabójstwo i zgwałcenie Sylwii. Od pozostałych zarzutów mężczyzna został uniewinniony, a sędzia w mowie końcowej stwierdził, że akt oskarżenia był słabo przygotowany, a ponadto zachodzi podejrzenie, że wiele szczegółów dotyczących zbrodni zostały Pękalskiemu podsunięte przez śledczych. "Dochodzenie prowadzono tendencyjnie, dopasowując dowody do treści wyjaśnień oskarżonego. Zapewne wielu spraw objętych aktem oskarżenia już nigdy nie uda się wyjaśnić" - podkreślał w uzasadnieniu sąd.
W 1996 roku Sąd Wojewódzki w Słupsku skazał go na 25 lat pozbawienia wolności. Pękalski trafił do Aresztu Śledczego w Starogardzie Gdańskim, gdzie mógł być objęty programem terapeutycznym dla osób z zaburzeniami psychicznymi i upośledzonych umysłowo sprawców przestępstw. Od wyroku odwołał się prokurator, który domagał się dożywocia, jak i obrona, która wnosiła o uniewinnienie. W 1998 roku Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok w mocy.
Jak podkreśla to kryminolog prof. Ewa Gruza, akt oskarżenia opierał się głównie na zeznaniach Pękalskiego - za mało było twardych dowodów, by udowodnić mu winę w innych zbrodniach. Ekspertka zwraca też uwagę na błędy, jakie popełnili śledczy:
Niektóre czyny przypisane Pękalskiemu nie mogły być popełnione przez niego, bo np. doszło do nich jednego dnia na dwóch krańcach Polski. Nie było fizycznej możliwości, by je popełnił, a mimo tego nie zauważono tego w akcie oskarżenia. Z drugiej strony były też takie czyny, które faktycznie miały miejsce i do których Pękalski się przyznawał. Szczególnym przypadkiem było zakwalifikowane przez śledczych samobójstwo, o którym Pękalski mówił jako o zabójstwie. Późniejsza analiza wykazała, że faktycznie było to raczej zabójstwo, ale to nigdy nie było objęte aktem oskarżenia.
Problemem dla oskarżycieli było także to, że przydatne w sprawach kryminalnych badania genetyczne weszły do użycia pod koniec lat 80. Wcześniejsze metody badań śladów biologicznych pozwalały jedynie na identyfikację indywidualizującą - można było np. określić zgodność grupy krwi i odczynników tej krwi, a nie nie są one tak jednoznaczne. Tak samo znalezione włosy często pasowały do włosów Pękalskiego, ale też innych mężczyzn.
Kolejnym problemem były też błędy w późniejszym obchodzeniu się z dowodami. Jak zauważyła prof. Gruza, wcześniej dowody kluczowe były dotykane bez rękawiczek. - Przez to zatarły się ślady sprawcy, ale bez problemu można było stwierdzić, kto z osób prowadzących postępowanie dotykał danego przedmiotu. Gros materiału rzeczowego w gruncie rzeczy nie mogło być zbadane, bo było źle zabezpieczone - podkreśla ekspertka.
Według prof. Ewy Gruzy Pękalski ma na sumieniu więcej niż jedno zabójstwo, za które został skazany, ale niekoniecznie są to sprawy, do których się przyznał podczas postępowania. Z kolei Teleśnicki jest przekonany, że Pękalski dokonał większości zbrodni, do których się przyznał, ponieważ na to wskazywało jego zachowanie i sposób opisywania tych zdarzeń. Psychiatra w rozmowie w "Śladach zbrodni" wątpi, że osoba na poziomie intelektualnym Pękalskiego była w stanie wyobrazić sobie tak dużo różnych zachowań przestępczych i podać tak dużo różnych szczegółów w ich temacie. - Nie mnie oceniać wyroki sądów. Natomiast po spotkaniach z tym człowiekiem miałem silne przeświadczenie, że dokonał tych czynów. Na ile można było je udokumentować i wskazać jego winę w sensie prawnym, to już inna sprawa - mówił z kolei Teleśnicki w TVN.
Wbrew doniesieniom mediów Leszek Pękalski nigdy nie wnioskował o warunkowe zwolnienie z więzienia (po raz pierwszy mógł zrobić to w 2007 roku). Jednak we wrześniu 2016 roku prokuratura we współpracy z tzw. Archiwum X (zespołem przestępstw niewykrytych) ponownie analizowała akta sprawy Pękalskiego oraz umorzone śledztwa dotyczące zabójstw popełnionych w latach 80. i 90. Zgodnie z zasadą "powagi rzeczy osądzonych", nie mógł zostać ponownie oskarżony o zbrodnie, które zostały rozpatrzone przez sąd - czyli tych 17, w których sprawie przedstawiono mu zarzuty. Wykorzystano nowe techniki kryminalistyczne, by sprawdzić, czy Pękalski nie miał związku z innymi zbrodniami. Ostatecznie nie udało się go powiązać z innymi zdarzeniami. Działania te zresztą nie były prowadzone bez powodu - zbliżał się bowiem koniec kary więzienia i istniało ryzyko, że Pękalski wyjdzie na wolność. I to wcześniej niż zakładano - "wampir z Bytowa" miał opuścić więzienie w grudniu 2019 roku, jednak wyrok został skrócony o dwa lata.
- Zgodnie ze starym kodeksem, który obowiązywał w latach 90., w miejsce tych dwóch kar (gwałtu na Bernadetcie i zabójstwa Sylwii - red.) sąd musiał wymierzyć karę łączną, która skraca wyrok 25 lat więzienia o dwa lata. W praktyce oznaczało to, że Leszek Pękalski może wyjść na wolność już 11 grudnia 2017 roku - wyjaśniała w rozmowie z Fakt24.pl sędzia Danuta Jastrzębska, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Słupsku. Pękalski miałby wówczas 51 lat.
W lutym 2017 roku mężczyzna został poddany obserwacji psychiatrycznej przez biegłych psychiatrów, psychologa, seksuologa i psychologa seksuologa. Według nich nadal występowało duże ryzyko tego, że po opuszczaniu zakładu Pękalski będzie stwarzał zagrożenie dla innych ludzi. - U Leszka P. występują poważne zaburzenia preferencji seksualnych pod postacią sadyzmu, jak i zaburzenia osobowości o typie osobowości dyssocjalnej, co oznacza, że zachodzi bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez niego czynu zabronionego z użyciem przemocy albo groźbą jej użycia przeciwko życiu, zdrowiu, wolności seksualnej - stwierdził Sąd Apelacyjny. Jeszcze tego samego roku Pękalski odwołał się od wyroku, jednak sąd nie zmienił o zdania. Mężczyzna nie wyszedł więc na wolność.
Na mocy ustawy o bestiach Pękalski został umieszczony w zamkniętym ośrodku w Gostyninie, w którym przebywa do tej pory. Jak wyjaśniał to dr Stanisław Teleśnicki w rozmowie z WP.pl, zaburzenia stwierdzone u skazanego nie są zaburzeniami, które podlegałyby leczeniu. - Leki w tym wypadku nie przyniosłyby poprawy i nie usunęłyby objawów. On po prostu nie jest w stanie funkcjonować w taki sposób, jak większość ludzi (...) Po odsiedzeniu 25 lat w więzieniu nadal jest takim samym człowiekiem. On nawet nie był w stanie zrozumieć tego, co zrobił. Przeanalizować, jakie wyrządził krzywdy i wyciągnąć wnioski, co należałoby zrobić, żeby postępować inaczej. To przekracza jego możliwości intelektualne - podkreślił specjalista.
W 2020 roku o "wampirze z Bytowa" znów zrobiło się głośno. Wówczas Pękalskiego z domu jego wujka próbował wymeldować wójt. Mężczyzna miał zadzwonić do urzędu i powiedzieć, że po wyjściu z więzienia chciałby wrócić do Osiek. Był też ciekawy tego, jak jest odbierany przez innych ludzi.
Wójt Borzytuchomia Witold Cyba w rozmowie z portalem gp24.pl powiedział, że w sprawie lokalu Pękalskich miał też inne telefony - ktoś zasugerował, że w tym miejscu powinno powstać muzeum o "wampirze z Bytomia". - Przeraziłem się tym całym zamieszaniem. Zaczęli wydzwaniać jacyś dziwni ludzie z całej Polski. Rozmawiałem nawet z kimś, kto twierdził, że siedział w więzieniu z Leszkiem Pękalskim. Przekonywał mnie o jego niewinności, twierdził, że cena nie gra roli, że on kupi to mieszkanie i będzie próbował udowadniać jego niewinność - powiedział Cyba i podkreślił, że mieszkańcy gminy bardzo nie chcieli, by przez tę nieruchomość do miejscowości przyjeżdżali fanatycy Pękalskiego.
Ostatecznie Pękalski został wymeldowany, a 50-metrowy bliźniak został sprzedany małżeństwu, które za nieruchomość o powierzchni 56 m kw. zapłaciło 39 tys. złotych (wartość domu oszacowano pierwotnie na niemal 60 tysięcy złotych). Powodem zakupu miało być "zainteresowanie architekturą i starymi, niemieckimi budynkami". W domu konieczne było przeprowadzenie generalnego remontu. Małżeństwo chciało przerobić dom na gospodarstwo agroturystyczne.
Do tej pory z zabójstw, które były przypisywane Pękalskiemu, udało się wyjaśnić tylko brutalne zabójstwo 15-latki w Łodzi. Po latach do sprawy wróciło Archiwum X. W 2021 roku doszło do przełomu w śledztwie, dzięki czemu udało się ustalić, że zabójcą nie był "wampir z Bytomia", tylko mający wówczas 21 lat znajomy nastolatki. Sam opis zbrodni jednak pasował do działań Pękalskiego - do zabójstwa Aniki doszło w nocy z 29 na 30 sierpnia 1989 roku, a następnego dnia rano ciało nastolatki zostało znalezione w parku im. J. Kilińskiego. Wiadome było, że dziewczynka została najpierw uduszona, a później zgwałcona. Na ciele 15-latki znajdowały się ślady walki. Mimo zebranych dowodów nie udało się ustalić sprawcy i ostatecznie umorzono śledztwo. 21-letni wówczas mężczyzna nie poniesie kary - sprawca nie żył, gdy policja rozwiązała zagadkę śmierci Aniki.