Dwa lata temu 23-letni mężczyzna z Polski wyjechał do USA na wymianę studencką. Zatrzymał się w miejscowości Fairfax i choć słabo mówił po angielsku, znalazł tam dodatkową pracę.
Mężczyzna nie potrafił pływać, ale zatrudnił się na basenie. Odpowiadał tam za czyszczenie zbiornika, sprawdzanie Ph wody i ustawianie leżaków.
Początkowo nowy pracownik nie sprawiał żadnych trudności, jednak po kilku dniach zaczął zachowywać się dziwnie. 23-latek miał coraz częściej mówić sam do siebie po polsku i kłócić z klientami. W końcu doszło też do nieprzyjemnego incydentu - mężczyzna wyrwał jednej z kobiet wejściówkę i zabronił jej wstępu na teren basenu. Wtedy na miejsce wezwano policję.
Mężczyzna cały czas mówił w swoim ojczystym języku, więc nikt nie rozumiał jego wypowiedzi. W końcu o pomoc poproszono innych Polaków, którzy poinformowali służby, że pracownik basenu między innymi odmawia modlitwy.
Student ignorował policjantów i zaczął uporczywie dmuchać w gwizdek. Później wszedł do wody i całkowicie się w niej zanurzył. Jak podaje Washington Post, złapał się otworów w dnie basenu, aby pozostać pod wodą.
Przez ponad dwie minuty policjanci pozostawali niewzruszeni i spokojnie przyglądali się sytuacji. Dopiero, gdy Polak przestał się ruszać, do wody wskoczył ratownik.
Student na szczęście przeżył, jednak potrzeba było resuscytacji, aby mu pomóc. Policjanci i ratownicy udzielali mu pomocy aż do przyjazdu karetki i dopiero za pomocą defibrylatora udało się przywrócić mu oddech.
Po wszystkim mężczyznę przewieziono do szpitala, gdzie przebywał dwa tygodnie. Później skierowano go na oddział psychiatryczny i po kilku dniach stwierdzono u niego chorobę afektywną dwubiegunową.
Teraz, dwa lata po incydencie, mężczyzna mieszka i leczy się w Polsce. Nie oznacza to jednak końca jego problemów. Amerykanie wystawili mu bowiem rachunek za pobyt w szpitalu, na kwotę 100 tysięcy dolarów.
Polak postanowił zażądać zadośćuczynienia od amerykańskiej policji i ratowników. Stwierdził, że udzielili mu pomocy zbyt późno, przez co wylądował w szpitalu i teraz musi zapłacić za leczenie horrendalną kwotę.
Policjanci pozwolili mi utonąć - napisał w mailu cytowanym przez Washington Post mężczyzna. - Cieszę się, że w końcu postanowili mi pomóc, ale nie mogę wybaczyć im, że pozwolili mi umierać na ich oczach.
Atak Polaka odpierają policjanci z Fairfax.
Policjanci ocalili mu życie, on nie umarł - mówi szef jednostki, Edwin Roessler. - Jak można pozywać kogoś za ratowanie mu życia?
Zdania na temat akcji ratunkowej przeprowadzonej przez funkcjonariuszy i ratowników są podzielone. Prawnik Polaka twierdzi, że policjanci zwlekali z reakcją zbyt długo i powinni reagować od razu, gdy zobaczyli, że mężczyzna ma problemy psychiczne.
Funkcjonariusze utrzymują z kolei, że owszem, są przeszkoleni do udzielania pomocy w podobnych sytuacjach, jednak zawsze muszą brać pod uwagę własne bezpieczeństwo.
Chory psychicznie człowiek może być agresywny i atakować osoby chcące mu pomóc, dlatego policjanci mogą interweniować dopiero, gdy wiedzą, że potencjalny chory nie stwarza już dla nich zagrożenia.
Drodzy Czytelnicy!
Wasz głos jest dla nas bardzo ważny. Dlatego chcemy pisać dla Was o rzeczach, które najbardziej Was interesują i są Wam najbliższe. Jeśli jest jakaś historia, którą chcecie nam opowiedzieć i się nią podzielić z innymi, jeśli jest jakaś sprawa, którą chcielibyście nagłośnić, jakiś problem, który chcecie rozwiązać - piszcie do nas na adres buzz_redakcja@gazeta.pl.
Czekamy na Wasze listy - Redakcja Buzz.gazeta.pl