Beata Bartoszewicz i jej matka Roma Borowska miały pracować w niezamieszkałym jeszcze budynku. - Wsiadłyśmy do windy i nacisnęłyśmy dwójkę. Dźwig zepsuł się na wysokości pierwszego piętra. Nie mogłyśmy otworzyć drzwi - opowiadała agencji AP Bartoszewicz. Uwięzione Polki naciskały guzik alarmowy , ale nikt nie reagował.
- Nie miałyśmy komórki, ani wody. Spałyśmy na płaszczach, jadłyśmy aspirynę i tabletki na kaszel - relacjonowały. Po dwóch dniach kobiety usłyszała pracownika, który wszedł do budynku i rozmawiał przez telefon komórkowy. - Zaczęłyśmy krzyczeć, żeby nam pomógł - mówiła Bartoszewicz. Morał? - Zawsze miej ze sobą komórkę - zakończyła kobieta.