Właścicielka małej Gracie Mae po raz ostatni zobaczyła swoją pupilkę, gdy wychodziła z domu, by odwieźć męża na lotnisko. Kiedy 24-letnia Kelly Levy wróciła do mieszkania, po kocie nie było śladu .
Levy przeszukała cały dom, rozebrała szafę , poodrywała kafelki w łazience i obkleiła ogłoszeniami całą okolicę. Wszystko na nic. I wtedy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry. Nie uwierzy pani, ale dzwonię z Forth Worth w Teksasie i przypadkowo mam u siebie walizkę pani męża . Kiedy ją otworzyłem, ze środka wyskoczył kot - powiedział głos w słuchawce.
Okazało się, że Rob Carter pomylił bagaże i wziął do domu walizkę pana Levy'ego. - Zacząłem ją rozpakowywać i wtedy zorientowałem się, że nie jest moja. Właśnie ją zamykałem, gdy ze środka wyskoczył kot. Krzyknąłem jak mała dziewczynka - opowiadał Carter. - Udało mi się do niego zbliżyć dopiero rano. Zobaczyłem numer telefonu na obróżce i zadzwoniłem - mówił mężczyzna.
Gracie Mae wśliznęła się do walizki niepostrzeżenie, trafiła na lotnisko, została prześwietlona przez celników i załadowana na samolot, przeżyła podróż w luku bagażowym , a podróż zakończyła w obcym domu w Forth Worth w Teksasie.
- Zaopiekowałbym się nią, gdyby nie miała domu. Nazwałbym ją Walizka - zapewnił Rob Carter. Zguba-podróżniczka wróciła już do domu. Samolotem.