7-letnia Jaimee Armstrong była niepocieszona, kiedy okazało się, że pomarańczowy miś nie wrócił z wakacji razem z rodziną dziewczynki do Wielkiej Brytanii, tylko został na lotnisku w Hiszpanii. Jej rodzice, Deborah i Daniel, zrobili wszystko, co było w ich mocy, żeby zabawka wróciła do dziecka.
I udało się. Ale tylko dzięki wysiłkowi całego szeregu ludzi miś, po 44-dniowej podróży przez kontynent, dotarł do uszczęśliwionej właścicielki.
Niezwykła podróż pluszowej zabawki zaczęła się 23 kwietnia na lotnisku w Geronie, w Hiszpanii. Armstrongowie byli już na pokładzie samolotu, kiedy okazało się, że pomarańczowy miś przez przypadek został w słonecznej Hiszpanii. Jaimee była załamana . - Byłam z nią nawet u lekarza, bo przez dwie noce w ogóle nie spała ze zmartwienia - opowiada mama dziewczynki.
Władze lotniska odmówiły odesłania pocztą zabawki. Zgubę można było tylko odebrać osobiście na miejscu. Nie było wyjścia. Państwo Armstrong wysłali e-maila z prośbą o pomoc do agencji turystycznej, która organizowała wycieczkę.
Reakcja firmy była naprawdę nadzwyczajna. Kim Hughes rozesłał wiadomość do 1000 swoich kolegów. Potem już poszło bardzo prosto. Wspólnymi siłami ustalono trasę podróży przez kontynent. Przekazywany z rąk do rąk miś odbył wycieczkę po Hiszpanii i Francji , z Francji poleciał do Wielkiej Brytanii, do Bolton w hrabstwie New Yorkshire, a stamtąd już pocztą do domu dziewczynki w hrabstwie Somerset. 5 czerwca szczęśliwa Jaimee odebrała paczkę z ukochanym misiem.
- Jedno jest absolutnie pewne: on już nigdy nie wyjedzie z kraju - zapewnia pani Armstrong. Podróże zagraniczne nie są wskazane dla pluszowych misiów.