Burmistrz Pillsbury , Darrel Brudevold, jest wyraźnie zaskoczony wynikiem. Jak mówi, przyzwyczajony jest do większej ilości głosujących.
- Mogę spokojnie powiedzieć, że zwykle mamy około 6, 7 osób - mówi Brudevold.
Jednak, 10 czerwca wszyscy mieli coś ważniejszego w planach. Nie stawili się nawet kandydaci, którzy startowali w wyścigu. Cała... dwójka kandydatów i tak miała zapewnione mandaty.
- Każdy ma pracę i jest zajęty. Tak się po prostu ułożyło , że nikt nie zagłosował. Sam miałem to w planach, lecz musiałem zająć się moim gospodarstwem. - tłumaczy się burmistrz.
Cała jedenastka mieszkańców uprawnionych do głosowania musi przejechać 19 kilometrów aby wrzucić głos do urny. Dlaczego? Ich rodzinne Pillsbury jest tak małe, że nie jest w stanie zapewnić lokalu wyborczego, który zawsze ustawiany jest w sąsiednim miasteczku Sibley.
Rada do której przeprowadzone zostały "wybory" spotyka się 5 razy do roku. Radni otrzymują wynagrodzenie w wysokości 50 dolarów . Jak sami przyznają, wystarcza to tylko na benzynę na dojazd i kawę w trakcie posiedzeń.
Przeczytaj tez inne ciekawe historie o politykach i wyborach !
Weź Deser na wynos! Umieść go na swojej stronie lub blogu. Jak to zrobić? Wszystkiego dowiesz się TUTAJ.
Czytelnicy donoszą! Byłeś świadkiem absurdalnej sytuacji? Zrobiłeś śmieszne zdjęcia? Znalazłeś w sieci fajny film? NAPISZ DO NAS na deser.pl@gazeta.pl !