Panna Francatelli była sekretarką bogatego baroneta sir Cosmo Duff-Gordona i jego żony lady Lucy Christiany. Opowiadała, że obudziła swoich pracodawców, kiedy do kabiny zaczęła wlewać się woda. Po jakimś czasie ''przyszedł mężczyzna z kamizelką ratunkową. Zapewniał, że nie ma czym się przejmować, że to tylko środki ostrożności''.
Kiedy wyszłam na górny pokład... Zauważyłam, że morze zdaje się być bliżej niż w ciągu dnia i powiedziałam do sir Cosmo Duff-Gordona: ''Toniemy", a on odpowiedział tylko: ''Nonsens''.
Z początku odmówili wejścia do szalupy, bo nie chciano wpuścić sir Cosmo - w pierwszej kolejności ratowano tylko kobiety i dzieci. Po chwili jednak zawołał ich oficer, który znalazł miejsce w mniejszej, wiosłowej łodzi.
Historycy już wcześniej podejrzewali, że przekupywano załogę, żeby nie wciągała na szalupy dodatkowych osób. Zeznanie panny Francatelli potwierdza, że sir Cosmo po wyjściu z opresji wręczył każdemu z członków załogi 5 funtów (równowartość dzisiejszych 300 funtów). Jednak czy była to zapłata, czy dowód wdzięczności - nie wiadomo.
Na łodzi było tylko pięciu pasażerów i siedmiu członków załogi. Sekretarka przyznała, że nie zastanawiali się nad powrotem i próbą ratowania rozbitków.
Po zatonięciu Titanica prawie wcale nie rozmawialiśmy. Tylko mężczyźni mówili o Bogu, modlitwie i żonach.
Tulili się do siebie na dnie łodzi, żeby zachować resztki ciepła. Po dwóch godzinach dryfowania uratował ich statek Carpathia.
Panna Francatelli przedstawiła swoją relację podczas oficjalnego śledztwa w 1912 roku. Po jej śmierci w 1967 roku dokument trafił do prywatnych kolekcjonerów.