Poranki 14-letniego Mikołaja przebiegały zazwyczaj według tego samego schematu. Jego matka pracowała w szwalni, bardzo wcześnie wyjeżdżała z domu, dlatego nie była w stanie samodzielnie wyszykować go do szkoły. "Super Express" pisze, że kobieta nie chciała budzić Mikołaja zbyt wcześnie, dlatego obowiązek ten spadł na Zbigniewa. Po tym, jak odprawił Mikołaja, mężczyzna sam jechał do pracy.
To była normalna rodzina. Ostatnio tylko ktoś porysował i oblał kwasem samochód pani Aldony
- opisywali sąsiedzi, których wypowiedzi cytuje "SE".
15 listopada 2018 roku był jednak zupełnie inny. Okoliczni mieszkańcy nie widzieli, aby Mikołaj wychodził do szkoły. Nie przypuszczali jednak, że mogło mu się stać coś złego.
Zbigniewowi nie układało się z żoną. Od pewnego czasu non stop się kłócili. Z tego powodu kobieta zdecydowała się na rozwód. Nie spodziewała się jednak, jakie konsekwencje to ze sobą przyniesie. Nic tego nie zapowiadało. Zbigniew był raczej spokojny, nie zachowywał się agresywnie. Tak przynajmniej relacjonowali sąsiedzi.
Był raczej cichy, zamknięty w sobie, ale na pewno nie był tyranem, bo chyba byśmy o tym wiedzieli
- mówili w rozmowie z "Super Expressem". Okazało się jednak, że Zbigniew miał też drugą stronę. Kiedy żona powiedziała mu, że zamierza od niego odejść, ten postanowił odebrać jej najcenniejszy skarb.
15 listopada 2018 roku Zbigniew postanowił się zemścić. "Fakt" pisze, że mężczyzna zadał Mikołajowi trzy ciosy w tył głowy, najprawdopodobniej używając drewnianej pałki lub konaru drzewa. Nastolatek nie miał szans na przeżycie.
Po zaatakowaniu Mikołaja Zbigniew wyszedł z domu i wsiadł do samochodu. Z auta zadzwonił do swojego pracodawcy. Przez słuchawkę powiedział, że zrobił coś złego, za co grozi mu dożywocie lub co najmniej 25 lat pozbawienia wolności. Przerażony słowami swojego pracownika szef bezzwłocznie zadzwonił po policję. Dzięki temu - według doniesień "Super Expressu" - funkcjonariusze znaleźli ciało Mikołaja około południa.
Do domu musieli wejść przez okno. W środku zastali potworny widok. Zwłoki 14-letniego chłopca leżały w kałuży krwi. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania Zbigniewa. W internecie opublikowano jego wizerunek i przesłuchano świadków. Dzięki temu mężczyznę udało się odnaleźć już następnego dnia. Radio RMF FM informowało wówczas, że Zbigniewa zatrzymano w jednej z miejscowości powiatu gostyńskiego. Nie odjechał więc zbyt daleko.
Zbigniew został natychmiast aresztowany. Mężczyzna nie zamierzał udawać, że nic nie zrobił. Właściwie od razu przyznał się do zarzucanych mu czynów.
Zatrzymanemu mężczyźnie przedstawiono zarzut zabójstwa swego pasierba. Przyznał się on do popełnienia zarzucanego czynu i złożył wyjaśnienia, w których szczegółowo opisał okoliczności przestępstwa. W toku postępowania przeprowadzono na miejscu przestępstwa z udziałem podejrzanego wizję lokalną, w trakcie której wskazał on miejsce, w którym porzucił narzędzie zbrodni. Po przeprowadzonej obserwacji sądowo-psychiatrycznej biegli uznali, że Zbigniew P. był poczytalny
- tłumaczył rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu Michał Smętkowski.
Choć sprawa wyciekła do mediów, ostatecznie sąd uznał, że utajni proces. Taka decyzja została podjęta ze względu na prywatne szczegóły dotyczące małżeństwa Zbigniewa i jego żony. Akt oskarżenia przeczytano jednak w obecności dziennikarzy. Zbigniew zanosił się wówczas łzami. Mama tragicznie zmarłego Mikołaja również płakała.
Portal rawicz.naszemiasto.pl podaje, że Zbigniew P. został skazany przez Sąd Okręgowy w Poznaniu na karę 25 lat pozbawienia wolności oraz został pozbawiony praw publicznych na okres 10 lat. Ponadto sąd zezwolił na ujawnienie wyroku opinii publicznej i zarządził także, że mężczyzna jest zobowiązany do wypłacenia zadośćuczynienia na rzecz matki chłopca w wysokości 100 tys. zł. Wyrok nie był jeszcze w tamtym momencie prawomocny.