Był 1938 rok. 21-letni Mieczysław Jankowski przyjechał z rodzinnego Wilna do Warszawy, żeby odwiedzić swoją kuzynkę. W czasie pobytu w stolicy młody tancerz wybrał się do znajomej. Los chciał, że zjawił się tam także 28-letni Jerzy Waldorff, który pracował wówczas jako recenzent muzyczny.
Po pierwszym spotkaniu wyjechałem do Wilna bez żadnego wrażenia. A potem znów przyjechałem i rozpoczęły się wrażenia…
- wspominał po latach Jankowski w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Jeszcze tego samego roku obaj wybrali się do Krynicy-Zdrój. Była tam także ich wspólna koleżanka, Krystyna Nowosielska. Matka Waldorffa liczyła na to, że jej syn wkrótce się z nią ożeni. Jej marzenie się jednak nie spełniło.
Jerzy postanowił w końcu przedstawić mnie swojej matce. Pamiętam jak dziś. Był 1 maja 1939 roku. W pierwszej chwili była zrozpaczona, że Jerzy nie żeni się z Krysią. Ale gdy wyznał, co i jak, mama powiedziała: 'Jest, jak jest'. I gdy wszedłem do ich domu na ulicy Piusa, w przedpokoju powitała mnie wspaniała, dystyngowana pani. Już w progu przełamała lody: 'Witam drugiego syna w domu'. To była takiej klasy kobieta
- mówił Jankowski "Wyborczej".
Pozostali członkowie rodziny Waldorffa dowiedzieli się o jego związku z Jankowskim podczas uroczystego obiadu, który zorganizowała matka Jerzego.
Mówił mi o tym sam Waldorff. Po dwóch stronach stołu dwie rodziny: Preyssowie i Szustrowie. I jego matka, wspaniała pani, oficjalnie przedstawia Mietka, nie ukrywając, co łączy go z jej synem. To był rodzaj konfirmacji
- wspominała Zofia Kucówna w książce "Waldorff. Ostatni baron Peerelu" autorstwa Mariusza Urbanka.
Nie wszyscy to od razu zaakceptowali. Mietek opowiadał mi o gehennie, jaką przeżył po przyjeździe do Warszawy. Większość rodziny Waldorffa albo nie zauważała go w ogóle, albo demonstracyjnie nie podawała mu ręki. Cierpiał, ale znosił to, bo Waldorffa kochał. Oprócz matki jeszcze tylko pani Kurmanowa, twórczyni szkoły dla panien, miała na tyle otwarty umysł, że Mietka zaakceptowała od razu
- powiedział pisarzowi Jerzy Kisielewski.
Oprócz bliskich obu mężczyzn nikt nie wiedział, co tak naprawdę ich łączy. Wersja dla opinii publicznej była taka, że Mieczysław to cioteczny brat Jerzego, który przyjechał do Polski w 1939 roku, uciekając przed wywózką na Sybir.
Tak jak stał, przyszedł do naszego domu i został uznany przez moją matkę za drugiego syna. Matka umarła, a my obaj dalej toczymy ten bardzo głęboko kawalerski żywot
- mówił Waldorff w ostatnim wywiadzie w swoim życiu.
Latem 1939 roku znów wybrali się do Krynicy. Jankowski czuł, że niedługo wybuchnie wojna, dlatego postanowił pojechać do Wilna, żeby pożegnać się z rodziną. Miał wrócić pierwszym pociągiem do Warszawy, ale nie zdążył. Waldorff czekał na ukochanego, każdego dnia wychodził na Dworzec Wileński i wypatrywał Mieczysława. Trwało to kilka tygodni. W końcu postanowił po niego pojechać.
Włożyłem mocne buty, skórzaną kurtkę, plecak i do kieszeni wojskowy kompas
- wspominał po latach.
W drogę wyruszył w październiku. Anegdota mówi, że towarzyszyło mu dwóch mężczyzn: Jan Ekier, który szedł po aktorkę Danutę Szaflarską oraz Michał Tyszkiewicz, który chciał odnaleźć Hankę Ordonównę. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, że po Wilnie krąży wieść o rzekomej śmierci Waldorffa. Po mieście rozeszła się plotka, że on i Konstanty Ildefons Gałczyński zginęli, gdy Niemcy zrzucili bombę na most Poniatowskiego.
Jezus Maria! Przecież ciebie zabito... Myśmy już się tutaj modlili!
- miała krzyknąć Danuta Szaflarska, gdy zobaczyła Waldorffa.
Kiedy Jerzy odnalazł Mieczysława, postanowili wrócić do Warszawy. Przedzierali się nocami, najpierw unikając żołnierzy sowieckich, a potem hitlerowskich. Do stolicy dotarli tuż przed Bożym Narodzeniem 1939 roku.
W czasie okupacji byli niemal nierozłączni. Jerzy Waldorff zajmował się wówczas organizacją koncertów, Jankowski chodził do nielegalnej szkoły baletowej. Naukę ukończył w 1943 roku.
Na egzaminy końcowe Waldorff przyszedł z bukietem fiołków. Mietek to często wspominał
- opowiadał Jerzy Kisielewski w rozmowie z Mariuszem Urbankiem.
Lato 1944 roku spędzili w Łomiankach, niedaleko Puszczy Kampinoskiej. Tam dowiedzieli się, że w Warszawie wybuchło powstanie. Powrót do stolicy był niemożliwy. Hitlerowcy otoczyli pobliskie lotnisko wojskowe.
W książce "Waldorff. Ostatni baron Peerelu" czytamy, że mieszkańcom willi w Łomiankach, znajdujących się w potrzasku pomiędzy Wisłą, puszczą a płonącą stolicą szybko zaczął doskwierać głód. Brakowało im podstawowych produktów, takich jak chleb czy ziemniaki. Pewnego dnia Jankowski ukradł z sąsiedniego gospodarstwa kurę. Później w garnku głodnych mężczyzn miały wylądować także ich ukochane żółwie - Pamfila i Dezydery.
Stolica płonęła, dolatywały do nas popioły, resztki spalonych gazet, wieczorem nad miastem stała krwawa łuna - to był koszmar. Na strychu Jerzy prowadził nasłuch radiowy, a na parterze urzędował Wehrmacht. Co dzień rano przyjeżdżała rowerem dziewczyna z Puszczy Kampinoskiej z bańką na mleko i zabierała maszynopisy Jerzego
- opowiadał Jankowski "Wyborczej".
Po wojnie znów zamieszkali w Warszawie. Waldorff pisał, m.in. dla "Przekroju" i "Polityki", a Jankowski tańczył w operze i filharmonii. W domu to Mieczysław grał rolę stereotypowo przypisywaną kobietom: sprzątał, gotował, dbał o to, żeby było przytulnie.
To z Mietkiem wymieniało się przepisami. Robił bardzo dobre kabaczki, czego nie można powiedzieć o zapiekankach. Nie dał sobie wytłumaczyć, żeby nie przykrywać garnka, bo zapiekanka musi odparować. 'Ja tak robię i tak będzie, bo Jerzy właśnie tak lubi' - mówił. I to był argument ostateczny
- powiedziała Urbankowi Zofia Kucówna.
Byli jak normalne małżeństwo, tyle że dotyczyło to dwóch mężczyzn. Nie było między nimi karesów na pokaz, ale czuło się ich bliskość, a nawet wzajemną zazdrość o siebie. Potrafili wypominać sobie, że któryś za dużo wypił, a nawet, że ogląda się za innymi
- dopowiedział ich przyjaciel Jan Majdrowicz.
Poza domem Mieczysław żył w cieniu Jerzego. W książce "Waldorff. Ostatni baron Peerelu" czytamy, że wielu ludzi nie wiedziało nawet, jak Jankowski ma na nazwisko, a gdy dostał w operze większą rolę, stolica plotkowała, że posadę załatwił mu Jerzy. W pewnym momencie przestał pokazywać się publicznie w towarzystwie swojego partnera. Gdy Waldorff umarł, ludzie pytali: "A co z jego żoną?", zakładając, że przecież jakąś mieć musiał.
To było zdumiewające, bo z jednej strony byli razem ponad pół wieku i właściwie o tym się wiedziało, a z drugiej - on był całkowicie w cieniu. Nawet w operze nie stawali obok siebie, tylko pan Miecio gdzieś krążył, a Waldorff rozmawiał z kolejnymi prominentnymi osobami
- wspominał Tomasz Raczek, którego słowa cytuje Urbanek.
Jerzy Waldorff do końca życia nie ujawnił publicznie swojej orientacji seksualnej. Podczas telewizyjnego wywiadu, którego udzielił Raczkowi w latach 90., został zapytany, czy miał w życiu tylko jedną miłość.
Jedną, ale pan wybaczy, nie będę się z tego zwierzał
- odpowiedział.
Jankowski opiekował się Waldorffem do końca. Gdy Jerzy miał już problemy z poruszaniem się, Mieczysław przynosił mu herbatę, choć sam miał początki choroby Parkinsona. Jedna z ich wspólnych znajomych powiedziała niegdyś, że Jankowski jest przy Waldorffie tak oddany "jak Dziwisz przy papieżu".
Mimo że Jerzy Waldorff nie przyznawał się głośno do związku z Mieczysławem Jankowskim, martwił się o to, co stanie się z jego partnerem, gdy sam odejdzie z tego świata.
To była przez ostatnie lata jego obsesja. Uważał, że Mietek nie poradzi sobie sam. Bał się, że ktoś może go skrzywdzić. Niepokoił się, czy zostanie uwzględniony jego testament. Czy zaopiekujemy się Mietkiem. Czuł, że odejdzie szybciej, choć obaj zachowywali się przez te ostatnie lata jak mickiewiczowscy dziad i baba, licytując się, kto umrze pierwszy
- powiedział Jerzy Kisielewski w rozmowie z Urbankiem.
Pierwszy zmarł Jerzy Waldorff. Odszedł 29 grudnia 1999 roku. Zanim to się jednak stało, stworzył skomplikowany testament, żeby zabezpieczyć byt Jankowskiego. W dokumencie tym pisał, że Mieczysław, jego "daleki powinowaty", mieszkał z nim i wziął na siebie trud prowadzenia domu.
Mieliśmy przychodne służące, ale okradały nas. [...] Za samodzielne prowadzenie domu nigdy nie pobierał żadnej pensji, czym zyskał we mnie dłużnika, na jaką sumę? [...] W związku z panującą w Polsce inflacją nie można ustalić wartości pracy Mieczysława Jankowskiego przez lata naszego wspólnego życia. [...] W tej sytuacji zapisu mojego w akcie notarialnym nie można traktować jako spadku na rzecz Mieczysława Jankowskiego, lecz jako częściową tylko spłatę długu, z tytułu jego należności za pracę w moim domu przez tak długi czas. Na co zwracam uwagę władz podatkowych!
- pisał w kodycylu do testamentu, którego treść cytuje autor książki "Waldorff. Ostatni baron Peerelu".
Jerzy prosił także, by wykonawcy jego ostatniej woli nakłonili warszawską kurię, żeby ta zgodziła się na pochówek na Starych Powązkach. "Niechaj też wraz ze mną spocznie Mieczysław Jankowski" - prosił Waldorff.
O zgodę na pogrzeb na Powązkach nie było łatwo, choć to Waldorff założył Społeczny Komitet Opieki nad Starymi Powązkami, dzięki któremu do dziś organizowana jest kwesta na opiekę nad zabytkowymi grobowcami. Wszystko przez fragment wywiadu, który telewizja przypomniała dzień po jego śmierci.
Moi drodzy, powiem wam, że Boga nie ma. Bo gdyby był, to tu na świecie nie działyby się takie rzeczy, jakie się dzieją
- mówił Waldorff w archiwalnym nagraniu.
Jego przyjaciele mieli problem ze znalezieniem kościoła, w którym mogliby zorganizować mszę żałobną. Ostatecznie wydano zgodę na nabożeństwo w kaplicy cmentarnej, ale bez pompy. Bliscy Waldorffa postanowili jednak, że dadzą warszawiakom szansę na pożegnanie ze znanym publicystą. Jego trumnę wystawiono w Teatrze Wielkim, do którego przyszły tysiące ludzi.
Po śmierci Jerzego Mieczysław unikał wychodzenia z domu. Jego znajomi mówili, że zachowywał się tak, jakby miał wyrzuty sumienia, że jego ukochanego już nie ma, a on wciąż żyje, nie wiadomo po co. Na pewien czas stracił poczucie sensu, ale ostatecznie zajął się porządkowaniem tego, co zostało po Waldorffie.
1 maja zeszłego roku minęło 60 lat, jak żyliśmy razem, dzień po dniu. Dziś chętnie poszedłbym w jego ślady, ale nie mogę. Muszę wykonać testament Jerzego: to do biblioteki uniwersyteckiej, to do muzeum, to do Lasek, to skatalogować, to uporządkować. Widzi pan, ileż tu roboty!
- mówił Mieczysław Jankowski w wywiadzie dla "Wyborczej" z 2000 roku.
Zmarł 10 kwietnia 2005 roku. Zgodnie z wolą Jerzego Waldorffa spoczął z nim w jednym grobie. Tabliczka z imieniem i nazwiskiem Mieczysława Jankowskiego przetrwała jednak na mogile tylko kilka miesięcy.