Zbrodnia, która wydarzyła się w sierpniu w 1999 r., była jedną z tych, które dały początek ważnej organizacji zajmującej się rozwiązywaniem niewyjaśnionych spraw - krakowskiemu Archiwum X. Zaginięcie kobiety z dwójką małych dzieci zostało zgłoszone służbom 27 sierpnia 1999 r. przez starszą córkę 44-letniej Władysławy. Dziwną sprawą zainteresowali się funkcjonariusze z Archiwum X, którym udało się rozwiązać tę zagadkę w bardzo krótkim czasie.
Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie Gazeta.pl
Piotr urodził się w 1982 r., jego matką była Władysława, a ojcem Adam. Był trzecim dzieckiem małżeństwa, wcześniej parze urodziły się dwie córki. W rodzinie nie układało się najlepiej, jej problemy potęgowały spore kłopoty finansowe. Władysława i Adam podjęli decyzję o rozwodzie. Od tego czasu Piotr widywał się z ojcem sporadycznie, zazwyczaj w wakacje. W życiu rodziny pojawił się jednak kolejny mężczyzna, dużo starszy od Władysławy Czesław. Poznali się przez ogłoszenie matrymonialne, które mężczyzna umieścił w gazecie w 1978 r. Różnica wieku budziła wiele kontrowersji, a związek ten nie cieszył się aprobatą córek Władysławy. Mimo to para zdecydowała się na ślub. Onet opisuje, że kobieta wraz z synem przeprowadziła się z rodzinnego Modołowa do Czesława, który mieszkał we wsi Michalczowa.
Władysława i Czesław doczekali się dzieci, Kamila i Czesława, a przez to Piotr musiał bardziej starać się o uwagę matki. Rodzina miała prowadzić nowe, dostatnie i pełne miłości życie, ale tak się nie stało. Związkowi Władysławy i Czesława daleko było do ideału, pojawiła się przemoc, przez co interweniować musiała policja. W końcu mężczyzna wyprowadził się do Domu Opieki Społecznej w Nowym Sączu. Głową rodziny stał się wówczas Piotr, który był już prawie dorosły. Opiekował się młodszym rodzeństwem, jednak jego matka nie zawsze była z tego zadowolona. Biła go i zrzucała na niego winę za złe zachowanie dwójki młodszych chłopców.
To bicie zdarzało się praktycznie codziennie. Np. jak Kamil wybiegł na ulicę, to mama wzięła kij i biła mnie po nogach aż do krwi. Za to, że go nie przypilnowałem
- opowiadał Piotr.
Niesprawiedliwość, z którą spotykał się Piotr prawie każdego dnia, wywarła na niego duży wpływ. Gniew, który w nim narastał, musiał znaleźć ujście. Ziścił się najgorszy z możliwych scenariuszy. Trzy osoby straciły życie.
Był piątek, końcówka sierpnia. Zwykły wakacyjny dzień. 17-letni Piotr zawołał swojego najmłodszego brata, 9-letniego Kamila, prosząc go, aby ten wyszedł na dwór i zabijał z nim mrówki w dole. Chłopiec, niczego nie podejrzewając, poszedł ze starszym bratem. Kiedy byli już poza domem, Piotr zamachnął się i uderzył Kamila młotkiem w tył głowy. Zadał mu dwa ciosy. Następnie nastolatek zawołał swojego drugiego brata, 10-letniego Czesia, mówiąc, że Kamil czegoś od niego chce. Gdy chłopiec wyszedł z domu, aby poszukać Kamila, Piotr uderzył go tępą stroną młotka w tył głowy. Czesław przewrócił się i stracił przytomność. Obaj chłopcy zostali wrzuceni do dołu, który Piotr wykopał z wyprzedzeniem.
Nastolatek wrócił do domu i udał się do kuchni, gdzie krzątała się jego matka. Odwrócona tyłem do wejścia kobieta została zaatakowana przez Piotra. Uderzył ją w głowę, a ona upadła na plecy. Wtedy chłopak zadał jej kolejny cios, tym razem w lewą skroń. Uraz spowodował obfite krwawienie, Piotr założył więc matce reklamówkę na głowę, a następnie zaciągnął na podwórko, aby wrzucić ją do mogiły, w której leżeli już jej synowie. Chłopak wrzucił do dołu narzędzie zbrodni i go zakopał - opisuje dziennikpolski24.pl.
Z zeznań Piotra wynika, że zwłoki zakopał koło południa. Po uprzątnięciu podwórka chłopak zajął się zmywaniem śladów krwi z domu.
Zmyłem krew z kuchni ścierką do podłogi. Ścierkę wykręcałem do sedesu. Zwinąłem wykładziny na korytarzu, ponieważ były splamione krwią
- opowiedział Piotr, którego słowa cytuje "Gazeta Krakowska".
Kiedy było już po wszystkim, chłopak umył się, przebrał i pojechał autobusem do Nowego Sącza, gdzie prawdopodobnie się upił.
Nieobecność Władysławy i dwóch młodszych synów kobiety wzbudziła podejrzenia jednej z córek 44-latki, która skontaktowała się z policją i poinformowała funkcjonariuszy o zaginięciu matki i braci. Mundurowi z Nowego Sącza rozpoczęli poszukiwania kolejnego dnia. Gdy zapytali Piotra, czy wie, gdzie jest jego rodzina, odpowiedział, że wyjechali do Młodowa. W wyniku śledztwa nie udało się jednak tego potwierdzić.
Dzień po zamordowaniu matki i braci Piotr próbował popełnić samobójstwo. Odciął kabel antenowy z okna, a następnie przywiązał go do poręczy schodów. Drugi koniec związał w pętlę i założył sobie na szyję. Chciał sprawdzić, czy materiał wytrzyma jego ciężar, więc przechylił się do przodu. W tym momencie kabel się zerwał, co uniemożliwiło Piotrowi realizację jego planu.
We wrześniu rozpoczął się rok szkolny. Na początku chłopak nie pojawił się w liceum, jednak jego siostra poinformowała dyrekcję o ich trudnej sytuacji rodzinnej. Po kilku dniach nastolatek zaczął chodzić na lekcje, podczas których był bardzo aktywny. Nauczyciele byli miło zaskoczeni zmianą w podejściu Piotra do nauki. Wcześniej nie uczył się źle, jednak grono pedagogiczne zgodnie stwierdziło, że po wakacjach chłopak zrobił postępy.
Jesienią sprawą zaginięcia zainteresowali się policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, którzy z czasem utworzyli Archiwum X. Bogdan Michalec, który był jednym z funkcjonariuszy badających tę sprawę, opowiadał o swoim przeczuciu.
Wiedziałem, że ta kobieta nie żyje. W domu zostawiła wszystko: ubrania, rzeczy osobiste, leki dla dzieci. Miejscowi poszukiwacze rozważali wersję samobójstwa rozszerzonego. Dla mnie bardziej prawdopodobne było zabójstwo. Pytanie tylko: kto zabił?
- mówił ówczesny szef krakowskiego Archiwum X w rozmowie z "Gazetą Krakowską".
Podejrzenia o morderstwie, jak się później okazało, były słuszne.
Policjanci z Archiwum X postanowili przeszukać posesję we wsi Michalczowa. Otrzymali na to zgodę i rozpoczęli szczegółowo przyglądać się okolicy. Funkcjonariusze nie mogli znaleźć niczego podejrzanego. Dopiero z czasem jeden z policjantów zwrócił uwagę na ziemię w ogrodzie, która wyglądała tak, jakby ktoś niedawno w niej kopał.
Zaczęto rozkopywać działkę, która okazała się mogiłą Władysławy i jej dzieci. Najpierw funkcjonariuszom ukazała się kwiecista sukienka, czyli ubranie, w którym kobieta została zamordowana. W dole znaleziono narzędzie zbrodni, a także ręczniki ubrudzone krwią. Podejrzenia padły na Piotra.
Skoro zaginęła bliska osoba, to bardziej oczywiste w takiej sytuacji byłoby jej intensywne poszukiwanie przez syna. Tymczasem Piotr próbował popełnić samobójstwo. Dziwne. Oczywiście to nie oznaczało od razu, że zrobił coś złego. Ale w połączeniu z faktem zaginięcia matki i jej dwóch synów należało podejrzewać, że chłopak mógł stać nawet za ich zabójstwem
- wspominał Bogdan Michalec.
Piotr został przesłuchany. Już podczas pierwszych zeznań przyznał się do zamordowania matki i dwóch przyrodnich braci. Pod koniec września 1999 r. zorganizowano wizję lokalną, podczas której chłopak szczegółowo opisał wszystkie swoje czyny. Piotr zapytany o powód tej strasznej zbrodni, odpowiedział:
Miałem dość takiego życia. Uważam, że moja matka mnie nie kochała. Wszystkie jej niepowodzenia życiowe wyładowywała na mnie.
Mimo że wykopanie mogiły w ogrodzie, wybór narzędzia zbrodni i sposób zamordowania trzech osób wskazywał na zaplanowane działanie, Piotr temu zaprzeczył. Podczas przesłuchania powiedział funkcjonariuszom, że nie planował tej zbrodni wcześniej ani się do niej nie przygotowywał.
Nie widziałem w Piotrze agresji. Chyba naprawdę miał dosyć. Tłumaczył, że był gorzej traktowany niż młodsi bracia [...] Pewnego dnia po prostu coś w nim pękło
- opowiadał Bogdan Michalec.
Ale motywem zabójstwa mogło okazać się coś jeszcze. Niedługo przed tragedią Piotr dowiedział się o tajemnicy, którą skrywała jego matka. Kiedy Władysława była żoną Adama, miała romans z innym mężczyzną. W wyniku tej zdrady kobieta zaszła w ciążę. Piotr dowiedział się, że przez całe życie był okłamywany przez matkę, a Adam nie jest jego biologicznym ojcem.
22 grudnia 2000 r. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu skazał 18-letniego wówczas Piotra na 25 lat pozbawienia wolności, a także 10 lat pozbawienia praw publicznych. Za potrójne morderstwo, czyli czyn zasługujący na szczególne potępienie, powinien otrzymać karę dożywocia, jednak zbrodni dokonał w wieku 17 lat, przez co nie mógł dostać najwyższego wymiaru kary. Nastolatek dostał także możliwość wcześniejszego opuszczenia aresztu za dobre sprawowanie ze względu na wyrażenie skruchy i żalu za swoje czyny - opisuje portal nowysacz.naszemiasto.pl. Tę decyzję podjęła sędzia Maria Żelichowska-Błażowska, która wzięła pod uwagę opinię psychiatrów. Eksperci przedstawili Piotra jako osobę o skrzywionej osobowości, na co wpływ miały wydarzenia z dzieciństwa i przemoc, którą stosowano w jego rodzinie.
Prokuratura Okręgowa w Nowym Sączu nie złożyła apelacji od wyroku, ponieważ - jak powiedział prokurator Jacek Marek Gacek - kara za popełnioną zbrodnię mieściła się w żądaniach oskarżenia.
Doświadczasz przemocy domowej? Szukasz pomocy? Możesz zgłosić się na przykład do Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia". Bezpłatna infolinia czynna jest całodobowo pod numerem telefonu 800 12 00 02. Więcej informacji znajdziesz na tej stronie. Jeśli występuje zagrożenie życia - dzwoń na numer alarmowy 112.