Najlepsze decyzje podejmuje się pod wpływem chwili. Ale czy zawsze? Małżeństwo Australijczyków, zamieszkałe w Melbourne spontanicznie postanowiło spędzić weekend na plaży , z dala od domu. Szybko spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechali. Zapomnieli tylko o jednym - zawiadomić córkę o swoich planach.
Angela od czwartku nie miała kontaktu z rodzicami. Kiedy przyjechała z weekendową wizytą, zastała otwarte drzwi, bałagan w domu i psa biegającego po ulicy. Rodziców nie było.
Zaniepokojona tym kobieta zgłosiła na policję zaginięcie 63-letniego lekarza Williama Ostell i jego 58-letniej żony, Heather. Policja natychmiast wszczęła śledztwo, podejrzewając morderstwo. Aby nagłośnić sprawę, w poniedziałek zwołano nawet konferencję prasową w domu zaginionej pary. W jej trakcie pod dom podjechał samochód, z którego wysiadło... baaardzo zdziwione małżeństwo Australijczyków.
- Gdzie byliście? - rozległ się dramatyczny krzyk roztrzęsionej Angeli. William i Heather byli zupełnie nieświadomi zamieszania, jakie wywołali swoim nagłym zniknięciem. - Nie mieliśmy włączonego radia - tłumaczy Heather.
Wyjeżdżając William przez przypadek zostawił otwarte drzwi do domu. Psem mieli zająć się sąsiedzi. A dlaczego nie zawiadomili córki? Zapomnieli. I wszystko jasne.
- Wylegiwaliśmy się na plaży. To był cudowny weekend - wspomina beztrosko Heather. Jako urodzona optymistka stara się dostrzec we wszystkim jasną stronę. Nawet w podejrzeniach o bycie zamordowaną. - Przynajmniej wybrali ładne zdjęcie - z satysfakcją zauważa Australijka.