Przeżył upadek z prawie 500 metrów w głąb wulkanu

Mężczyzna, który spadł do wnętrza krateru na górze Świętej Heleny w stanie Waszyngton, może mówić o naprawdę dużym szczęściu. Z wypadku wyszedł z lekkimi obrażeniami.  
Wulkan Św. Heleny, jesień 2004 (Fot. TROY WAYRYNEN AP)
Wulkan Św. Heleny, jesień 2004 (Fot. TROY WAYRYNEN AP)

John Slemp z Oregonu w ostatnią sobotę postanowił wybrać się na wycieczkę z synem i przyjacielem na pobliską górę Świętej Heleny . Wszyscy jechali na skuterach śnieżnych. Na szczycie czynnego cały czas wulkanu Slemp i jego syn, Jared zostawili skutery. Ostrożnie podczołgali się na skraj krateru, aby zajrzeć do środka. Ciekawość okazała się zgubna dla Amerykanina.

Niespodziewanie nawis śnieżny , po którym poruszali się mężczyźni urwał się i spadł do środka krateru . Jareda uratował trzeci z turystów, który w porę odciągnął go na bezpieczny grunt. Jednak nie dał rady przytrzymać obydwu nieostrożnych mężczyzn. Razem z Jaredem mogli tylko bezsilnie patrzeć, jak John Slemp znika w czeluściach wulkanu.

Pechowy Amerykanin spadał bezwładnie 60 metrów w dół. Wylądował na wewnętrznym zboczu krateru, a potem ześlizgnął się kolejne 400 metrów na dno. Przeżył jedynie dzięki pokrywie śniegu , która zamortyzowała upadek. - To się działo niezależnie ode mnie. Nie miałem szansy, żeby cokolwiek zrobić - relacjonuje dziennikowi Seattle Times straszne chwile Amerykanin.

Początkowo próbował wdrapać się do góry, ale spadające zwały śniegu strąciły go z powrotem na dno. Nie pozostało mu nic innego, jak cierpliwie czekać na ratunek.

Na szczęście mężczyźnie zabrali na wycieczkę radio, przez które mogli wezwać pomoc. Przybyły na miejsce helikopter wyciągnął Slempa z dna krateru i przetransportował do szpitala w Portland. Mężczyzna, oprócz lekko uszkodzonego kolana , nie odniósł poważniejszych obrażeń.

Więcej o: