Mariusz już od podstawówki interesował się pirotechniką. Bardzo lubił patrzeć na wybuchy bomb, dlatego zdecydował, że sam będzie podkładać ładunki. "Rzeczpospolita" wskazuje jednak, że miłość do eksplozji nie była jedynym powodem, dla którego Mariusz detonował swoje dzieła, terroryzując przy tym Warszawę. 19-letni wówczas mężczyzna pragnął także poklasku.
Zwykle podkładał ładunki w rurach, dlatego zyskał pseudonim "Rurabomber". Czasami wybierał jednak inne miejsca. Pierwszą bombę podłożył na przykład w zsypie na śmieci. Jak podaje dziennikpolski24.pl,17 września 1998 roku Mariusz zdecydował się na detonację ładunku w bloku mieszkalnym przy alei Tysiąclecia. Ofiarą eksplozji padła Maria, która sprzątała klatkę schodową. Kiedy zobaczyła porzuconą reklamówkę, chciała wrzucić ją do zsypu. Gdy tylko uchyliła jego drzwiczki, nastąpił wybuch. Eksplozja zraniła ją w policzek, uszkadzając nerwy twarzy, zęby i język. Choć Marię udało się uratować, blizna pozostanie z nią do końca życia. To był jednak dopiero początek działalności "Rurabombera".
Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl
Mariuszowi spodobała się eksplozja, którą spowodował. Z tego powodu sześć dni później podłożył kolejny ładunek. Tym razem ofiarą był Zbigniew. Mężczyzna miał rozerwaną tętnicę, uszkodzony nerw łokciowy i mięsień dwugłowy. Mariusz coraz chętniej podkładał bomby. Następnymi ofiarami byli dwaj hydraulicy.
Gdy chciałem tę torbę przesunąć, nastąpił wybuch. Huk, dym, ogień i ból
- opowiadał jeden z nich, o czym pisze "Rzeczpospolita". Po wybuchu mężczyzna nie słyszał na jedno ucho przez trzy miesiące.
"Rurabomber" uwielbiał patrzeć na efekty swojej pracy. Początkowo się ukrywał, ale z każdą kolejną eksplozją stawał się coraz bardziej zuchwały. Z czasem zrezygnował z podkładania ładunków wybuchowych w blokach mieszkalnych i przerzucił się na miejsca publiczne. Zdetonował bombę m.in. na moście Poniatowskiego w Warszawie, a inną podłożył w pociągu. Drugi z ładunków udało się rozbroić, dzięki czemu nikt nie ucierpiał.
Pewność siebie zgubiła "Rurabombera". Mariusza udało się złapać podczas detonacji ładunku na ulicy Radzymińskiej, ponieważ przyglądał się zniszczeniom, które spowodował. Jak się później okazało, w mieszkaniu miał przygotowany znacznie silniejszy ładunek wybuchowy. Portal gazetasledcza.pl podaje, że 19-latek lubił "ulepszać" swoje bomby. Z tego powodu wkładał do nich na przykład gwoździe.
Na szczęście kolejne ładunki nie zdołały już poważnie zranić żadnej osoby. Warto jednak podkreślić, że większość przypadkowych ofiar "Rurambombera" miała sporo szczęścia. Należała do nich między innymi Janina, którą przed uszczerbkiem na zdrowiu uchroniły metalowe drzwi.
Podczas śledztwa oraz rozprawy Mariusz był wręcz rozpromieniony. Z uśmiechem odpowiadał na większość zadawanych mu pytań. Cieszył się, że zdobył popularność.
Szedłem między blokami i nagle wiedziałem: to tu. Kocham ładunki wybuchowe, a środki masowego przekazu lubią informować o bombach. Pomyślałem sobie: 'A co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty'
- opowiadał na pierwszej rozprawie, o czym pisze "Rzeczpospolita".
Ostatecznie "Rurabombera" skazano na 14 lat pozbawienia wolności. Podczas odczytywania wyroku Mariusz bezustannie przerywał sędziemu.
Zabiję sędziego, panią prokurator także
- mówił skazany, którego słowa cytuje RMF FM. Aktualnie "Rurabomber" znów jest na wolności. Odsiedział wyrok, jednak policja o nim nie zapomniała. Według nieoficjalnych doniesień funkcjonariusze bacznie obserwują jego poczynania.