Włosy rosnące na głowie mają dla ludzi ogromne znaczenie symboliczne. To, jak o nie dbamy, w jaki sposób je zaplatamy, czy i kiedy je ścinamy, może świadczyć m.in. o statusie czy stanie cywilnym danej osoby. Nie inaczej było na terenach dzisiejszej Polski pod koniec XVI wieku.
Portal histmag.org pisze, że nasi przodkowie wierzyli, iż strzyżenie może nieść ze sobą nieprzyjemne skutki, jeżeli zdecydujemy się na ścięcie włosów w nieodpowiedni dzień. Najlepszym momentem na zmianę fryzury miał być piątek. Dzięki temu można było uchronić się między innymi przed bólem głowy. Jeśli jednak ktoś postanowił ściąć włosy w poniedziałek lub niedzielę, musiał liczyć się z tym, że w najbliższym czasie będzie mieć pecha. Ważna była również pora dnia. Nikt nie chciał ścinać włosów po zmroku. Jeszcze w XIX wieku zaraz po skróceniu włosów bardzo pilnowano pukli, które spadły po cięciu, tak aby na pewno nie wpadły w niepowołane ręce.
Przesądy dotyczyły również mycia głowy. Przez lata wierzono, że jest to bardzo szkodliwe. Nasi przodkowie woleli użyć pudru niż potraktować skórę głowy wodą. Nawet ówcześni lekarze twierdzili, że mycie włosów może wywoływać migreny i ból zębów. To wszystko sprawiło, że na głowach (głównie ludności chłopskiej) powstawały olbrzymie kołtuny.
Kołtun (zwany także gwoźdźcem, goźdźcem lub pliką) to nic innego jak włosy sklejone łojem i wydzieliną sączącą się np. z ran powstałych w wyniku wszawicy. Najczęściej był on wynikiem nieodpowiedniej higieny, choć niektórzy zapuszczali go celowo, pocierając o siebie kosmyki włosów i uszkadzając w ten sposób ich strukturę. Tworzeniu się kołtunów sprzyjało także noszenie czapek. Niemyte przez długi czas włosy miały nieprzyjemny zapach. Portal wielkahistoria.pl wskazuje, że taka fryzura była nierzadko siedliskiem robactwa. Najdłuższy zachowany kołtun znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pochodzi on z XIX wieku, a po rozwinięciu ma 1,5 metra długości.
Choć problem kołtunów pojawiał się w wielu krajach, wiele osób kojarzyło go z Polską. W XVIII wieku Prusowie opisywali tę przypadłość słowem Weichselzopf, co oznacza "warkocz znad Wisły". Łacińska nazwa tej fryzury to z kolei Plica polonica, czyli "kołtun polski". Nazwę tę spopularyzował m.in. rektor Akademii Zamojskiej Wawrzyniec Starnigel, który pisał o tej "chorobie" do profesorów Uniwersytetu Padewskiego.
Jeśli się włosy obetnie, wówczas materia ta i jad rozchodzi się po całym ciele i zaatakowawszy je, dręczy głowę, nogi, ręce, wszystkie członki, wszystkie stawy, wszystkie części ciała prześladuje. Dowiedzioną jest rzeczą, że ci, którzy pozbyli się takiej plątwy, zapadają na oczy, albo cierpią niewymowne męki, gdy choroba spłynie na inne części ciała
- pisał rektor.
"Choroba kołtunowa" przez długi czas była w Polsce ogromnym problemem. Wiele osób uważało, że to, co dzieje się z ich włosami, jest klątwą. Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie pisze, że według niektórych takie nieszczęście przynosiły ze sobą czarownice. Żeby usunąć kołtun, nie narażając się przy tym na problemy, trzeba było przeprowadzić cały rytuał. Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej opisuje, że aby pozbyć się osobliwej fryzury, trzeba było poprosić o pomoc znachora. który podczas ścinania włosów wypowiadał zaklęcia i inkantacje. Rytuału tego nie wolno było odbywać w domu. Wierzono, że przez to choroba, która siedzi w kołtunie, przejdzie na resztę domowników. Właściwości kołtuna można było jednak wykorzystać, by zaszkodzić wrogom. Jeśli ktoś chciał zrobić na złość osobie, której z jakiegoś powodu nie lubił, chował pod progiem jego domu obcięty kołtun. Miało to sprawić, że na głowie jednego z domowników przekraczających próg również pojawi się taki problem.
Od XVII wieku naukowcy spierali się, czym właściwie jest kołtun i czy należy go usuwać, czy też nie. Wojnę przeciwko "warkoczowi znad Wisły" rozpętano na dobre w wieku XIX. Jedną z osób, które przyczyniły się do zminimalizowania tego problemu, był lekarz Józef Dietl, który w latach 1866-1874 był prezydentem Krakowa. Dietl chciał walczyć z kołtunem poprzez nauczanie, ale także odmawianie wstępu do urzędów czy szkół osobom z posklejanymi włosami. Niektóre źródła podają, że gdy wśród ludzi rozniosła się wieść, że za kołtuny trzeba będzie płacić podatki, problem zaczął ustępować samoistnie. W Warszawie z kołtunem polskim walczył chirurg Aleksander Antoni Le Brun, który zadecydował, że należy obcinać te osobliwe warkocze każdemu pacjentowi jego kliniki.
Proponował czynić to przez nauczanie ludu, akcje w pismach, stosowanie represji polegających na odmawianiu osobom z kołtunem wstępu do urzędów i szkół, zakazie korzystania z zakładów dobroczynnych oraz dokonywaniu spisów „właścicieli" kołtunów. Wśród ludu rozniosła się wieść, że planuje się opodatkowanie kołtunów, co zniechęcało do ich noszenia. Lekarz zauważył wówczas, że obcięcie kołtuna nie niesie ze sobą negatywnych skutków ubocznych.
Obrońcy kołtuna i na to sobie poradzić potrafili. Mówią, że kołtun, którego obcięcie złych dla chorego nie pociąga skutków, nie jest kołtunem prawdziwym, lub też, że i obcięcie prawdziwego kołtuna jest nieszkodliwe, gdy kołtun ten jest dojrzałym i że trzeba właśnie wiedzieć, kiedy go obciąć... Panowie! Wszystko to są brednie!
- pisał Le Brun.
Mimo starań lekarzy przypadki kołtuna zdarzały się jeszcze w czasach PRL-u.