Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Za kota Tajgera i matkę. Śledczy odkryli prawdę, bo w Remigiuszu "odezwało się sumienie"

Gdy Bogdan M. przestał się odzywać, nikt się tym nie przejął. Mężczyzna pracował Niemczech, więc wszyscy byli przekonani, że jest za granicą i da znać, gdy wróci do Polski. Losem 56-latka zainteresowała się jednak jego żona Iwona M., z którą utrzymywał jedynie sporadyczny kontakt. Gdy mężczyzna nie odebrał telefonu w dniu swoich urodzin, Iwona postanowiła zgłosić jego zaginięcie. Ich syn Maciej pocieszał ją wtedy, przekonując, że Bogdan na pewno jest w Niemczech i zadzwoni, kiedy będzie miał czas. Tak się jednak nie stało.
Proces w sprawie morderstwa Bogdana M. w Międzyrzeczu
DANIEL ADAMSKI

Maciej M. uchodził wśród mieszkańców Międzyrzecza za opanowanego mężczyznę, który swoje emocje rozładowuje w ringu podczas treningów MMA. Choć jako młody człowiek miał problemy z prawem, nie był postrzegany jako przestępca. Od 10 lat znał się z niejakim Remigiuszem S. Mężczyźni przyjaźnili się i traktowali się jak bracia. Matka Remigiusza wspominała, że Maciej imponował innym, w tym również jej synowi. Mało kto znał jego prawdziwe oblicze. W pewnym momencie dostrzegł je co prawda Remigiusz, ale było już za późno.

Zobacz wideo Fajbusiewicz o tematach, które musiał odpuścić przez pogróżki. "Sprawdzałem lusterkiem, czy mi nie podłożyli bomby"

Maciej mieszkał w budynku przy ul. Świerczewskiego wraz ze swoim ojcem Bogdanem. Mężczyźni nie mieli dobrych stosunków, ale nie musieli spędzać ze sobą dużo czasu, bo 56-latek pracował w Berlinie. Żona Bogdana mieszkała w domu swojej matki, ale mimo to utrzymywała sporadyczny kontakt z mężem. Łączyły ich głównie sprawy finansowe. To ona zgłosiła policji jego zaginięcie. Zmartwiło ją to, że Bogdan nie odbierał telefonu kilka dni z rzędu. Nie odezwał się nawet w swoje urodziny.

Służby zajęły się sprawą, lecz poszukiwania przerwano wiosną 2014 roku, gdy na jednej z uliczek Międzyrzecza odnaleziono nowe audi Bogdana. Dziwnym trafem Maciek dowiedział się o tym jako pierwszy i postanowił poinformować o wszystkim matkę.

Przed chwilą dzwonił ojciec z Berlina. U niego wszystko w porządku, ale dziwny miał głos, chyba ostro tankuje. Z pijackiego bełkotu zrozumiałem tyle, że wkrótce przyjedzie po swój samochód

- miał mówić Maciej M. do swojej matki, o czym pisze "Wprost". Bogdan jednak wciąż nie dawał żadnego znaku życia. Nie pojawił się też w Polsce. Poszukiwania stanęły w martwym punkcie. Sprawa nabrała rozpędu prawie rok od zgłoszenia zaginięcia.

Po roku w Remigiuszu "odezwało się sumienie". Zadzwonił na policję

Dokładnie 17 stycznia 2015 roku po godzinie 21 na komendzie w Międzyrzeczu zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się zdenerwowany głos mężczyzny, który przedstawił się jako Remigiusz S. i poinformował, że dzwoni ze szpitala psychiatrycznego. Mężczyzna trafił do tej placówki ze względu na próby samobójcze. Twierdził, że nie miał z kim pogadać, że "odezwało się sumienie". Podczas rozmowy z funkcjonariuszem wskazał, gdzie jest zakopane ciało Bogdana M. oraz co się z nim stało. Nie minęły 24 godziny, a policja zatrzymała Macieja M. i pojechała na wizję lokalną z Remigiuszem S. do domu przy ul. Świerczewskiego.

Remigiusz S. wyznał, że 21 stycznia 2014 roku Maciej M. zabił swojego ojca Bogdana. Opisał też sposób, w jaki to zrobił.

Byliśmy w domu i czekaliśmy, aż zaśnie. Dochodziła godzina 4. Maciej kazał mi wziąć dwa odważniki po 7,5 kg, które się zakłada na sztangę, i je związać. Stanął z nimi nad Bogdanem i rzucił je z całym impetem na jego twarz. Mnie dał tłuczek drewniany, którym uderzałem Bogdana po głowie i ciele. Maciej zaczął okładać ojca pięściami. Kilka minut go bił, krew była wszędzie, na ścianach, na łóżku. (...) Słyszałem, jak Bogdanowi strzelają kości, złamał mu kark

- mówił Remigiusz S., którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".

Po kilku godzinach od zabójstwa Maciej i Remigiusz zaczęli sprzątać mieszkanie, by zatrzeć ślady zbrodni. Na drugi dzień wynieśli ciało 56-latka do piwnicy. Wykopali tam dziurę, do której wrzucili zwłoki i 60 kg palonego wapna. Dziurę zakryli arkuszem blachy.

Maciej twierdził, że jego ojciec nie akceptował kota Tajgera. "Do akcji wkroczył Remigiusz"

Według zeznań Remigiusza Maciej nie kochał swojego ojca i nie chciał się nim opiekować na starość. Wolał go zabić i tym samym się wzbogacić. W jednej z szuflad ojca znalazł 3 tys. euro, które ukradł.

Miał żal do ojca, że jest łamagą życiową. Chciał mieć innego ojca. Gdzieś od grudnia zaczął mi opowiadać, że go zamorduje. Z początku myślałem, że żartuje. (...) On mnie owinął wokół palca. Robiłem, co kazał

- tłumaczył Remigiusz S., którego słowa przywołuje "Wyborcza". Kolega Macieja zeznał też, że M. planował kolejne zbrodnie. W rozmowach z nim miał mówić, że chce zabić także inne osoby z Międzyrzecza. Remigiusz postanowił wówczas ograniczyć kontakt z Maćkiem, bo nie chciał kolejnych problemów.

Zeznania Remigiusza i jego przyznanie się do winy pomogły mu w czasie procesu. Maciej M. wybrał przeciwną strategię - przez cały czas wypierał się wszystkiego i przed sądem opowiedział zupełnie inną wersję zdarzeń. Z jego słów wynikało, że w dniu śmierci Bogdana doszło między nimi do bójki. 

Ze względu na mojego kota Tajgera, którego ojciec nie akceptował. Ze względu na mamę, którą ojciec oskarżał, że się puszcza na lewo i prawo. (...) Ojciec mnie uderzył, zastosowałem chwyt z jujitsu. Wpadliśmy do kuchni. Ojciec, leżąc, chwycił za tłuczek, rzuciłem się na niego, odepchnął mnie nogami. Wtedy do akcji wkroczył Remigiusz i zaczął bić i dusić mojego ojca. I chyba on go udusił. Byłem w szoku, niewiele pamiętam

- wyjaśniał Maciej M. Sąd nie uwierzył w jego opowieści.

Remigiusz S. "był po prostu szczery". Sąd wziął to pod uwagę, wydając wyrok

Podczas całej rozprawy zachowywano szczególną ostrożność. Remigiusz S. oraz Maciej M. nie mogli się ze sobą spotkać, ponieważ bano się, iż dojdzie do aktów agresji. W marcu 2016 roku sąd w Gorzowie Wielkopolskim skazał Remigiusza S. na 12 lat więzienia. 

To była zbrodnia prawie że doskonała. Nie wiadomo, czy udałoby się ją kiedykolwiek wyjaśnić i skazać sprawców, gdyby nie Remigiusz S. On opowiedział o wszystkim. On sąd przekonał, bo swej roli nie umniejszał, nie ukrywał niewygodnych dla siebie okoliczności. Był po prostu szczery

- podkreślał sędzia Rafał Kraciuk, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".

Maciej M. został skazany na dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 25 latach. 

Zbrodni dokonano z motywów zasługujących na szczególne potępienie. (...) Dożywotnie więzienie to kara wyjątkowa, wymierzana w wyjątkowych okolicznościach. Tu nie było żadnej skruchy. Ta zbrodnia została przygotowana z wyrachowaniem. To, że Maciej M. nie był karany, nie ma żadnego znaczenia i nie może być okolicznością łagodzącą. Niekaralność powinna cechować każdego człowieka

- uzasadniał surową karę sędzia Rafał Kraciuk. Na koniec procesu sędzia zwrócił się bezpośrednio do Macieja M., mówiąc: "Pana trzeba wyeliminować ze społeczeństwa". 

Więcej o: