Maciej M. uchodził wśród mieszkańców Międzyrzecza za opanowanego mężczyznę, który swoje emocje rozładowuje w ringu podczas treningów MMA. Choć jako młody człowiek miał problemy z prawem, nie był postrzegany jako przestępca. Od 10 lat znał się z niejakim Remigiuszem S. Mężczyźni przyjaźnili się i traktowali się jak bracia. Matka Remigiusza wspominała, że Maciej imponował innym, w tym również jej synowi. Mało kto znał jego prawdziwe oblicze. W pewnym momencie dostrzegł je co prawda Remigiusz, ale było już za późno.
Maciej mieszkał w budynku przy ul. Świerczewskiego wraz ze swoim ojcem Bogdanem. Mężczyźni nie mieli dobrych stosunków, ale nie musieli spędzać ze sobą dużo czasu, bo 56-latek pracował w Berlinie. Żona Bogdana mieszkała w domu swojej matki, ale mimo to utrzymywała sporadyczny kontakt z mężem. Łączyły ich głównie sprawy finansowe. To ona zgłosiła policji jego zaginięcie. Zmartwiło ją to, że Bogdan nie odbierał telefonu kilka dni z rzędu. Nie odezwał się nawet w swoje urodziny.
Służby zajęły się sprawą, lecz poszukiwania przerwano wiosną 2014 roku, gdy na jednej z uliczek Międzyrzecza odnaleziono nowe audi Bogdana. Dziwnym trafem Maciek dowiedział się o tym jako pierwszy i postanowił poinformować o wszystkim matkę.
Przed chwilą dzwonił ojciec z Berlina. U niego wszystko w porządku, ale dziwny miał głos, chyba ostro tankuje. Z pijackiego bełkotu zrozumiałem tyle, że wkrótce przyjedzie po swój samochód
- miał mówić Maciej M. do swojej matki, o czym pisze "Wprost". Bogdan jednak wciąż nie dawał żadnego znaku życia. Nie pojawił się też w Polsce. Poszukiwania stanęły w martwym punkcie. Sprawa nabrała rozpędu prawie rok od zgłoszenia zaginięcia.
Dokładnie 17 stycznia 2015 roku po godzinie 21 na komendzie w Międzyrzeczu zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się zdenerwowany głos mężczyzny, który przedstawił się jako Remigiusz S. i poinformował, że dzwoni ze szpitala psychiatrycznego. Mężczyzna trafił do tej placówki ze względu na próby samobójcze. Twierdził, że nie miał z kim pogadać, że "odezwało się sumienie". Podczas rozmowy z funkcjonariuszem wskazał, gdzie jest zakopane ciało Bogdana M. oraz co się z nim stało. Nie minęły 24 godziny, a policja zatrzymała Macieja M. i pojechała na wizję lokalną z Remigiuszem S. do domu przy ul. Świerczewskiego.
Remigiusz S. wyznał, że 21 stycznia 2014 roku Maciej M. zabił swojego ojca Bogdana. Opisał też sposób, w jaki to zrobił.
Byliśmy w domu i czekaliśmy, aż zaśnie. Dochodziła godzina 4. Maciej kazał mi wziąć dwa odważniki po 7,5 kg, które się zakłada na sztangę, i je związać. Stanął z nimi nad Bogdanem i rzucił je z całym impetem na jego twarz. Mnie dał tłuczek drewniany, którym uderzałem Bogdana po głowie i ciele. Maciej zaczął okładać ojca pięściami. Kilka minut go bił, krew była wszędzie, na ścianach, na łóżku. (...) Słyszałem, jak Bogdanowi strzelają kości, złamał mu kark
- mówił Remigiusz S., którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".
Po kilku godzinach od zabójstwa Maciej i Remigiusz zaczęli sprzątać mieszkanie, by zatrzeć ślady zbrodni. Na drugi dzień wynieśli ciało 56-latka do piwnicy. Wykopali tam dziurę, do której wrzucili zwłoki i 60 kg palonego wapna. Dziurę zakryli arkuszem blachy.
Według zeznań Remigiusza Maciej nie kochał swojego ojca i nie chciał się nim opiekować na starość. Wolał go zabić i tym samym się wzbogacić. W jednej z szuflad ojca znalazł 3 tys. euro, które ukradł.
Miał żal do ojca, że jest łamagą życiową. Chciał mieć innego ojca. Gdzieś od grudnia zaczął mi opowiadać, że go zamorduje. Z początku myślałem, że żartuje. (...) On mnie owinął wokół palca. Robiłem, co kazał
- tłumaczył Remigiusz S., którego słowa przywołuje "Wyborcza". Kolega Macieja zeznał też, że M. planował kolejne zbrodnie. W rozmowach z nim miał mówić, że chce zabić także inne osoby z Międzyrzecza. Remigiusz postanowił wówczas ograniczyć kontakt z Maćkiem, bo nie chciał kolejnych problemów.
Zeznania Remigiusza i jego przyznanie się do winy pomogły mu w czasie procesu. Maciej M. wybrał przeciwną strategię - przez cały czas wypierał się wszystkiego i przed sądem opowiedział zupełnie inną wersję zdarzeń. Z jego słów wynikało, że w dniu śmierci Bogdana doszło między nimi do bójki.
Ze względu na mojego kota Tajgera, którego ojciec nie akceptował. Ze względu na mamę, którą ojciec oskarżał, że się puszcza na lewo i prawo. (...) Ojciec mnie uderzył, zastosowałem chwyt z jujitsu. Wpadliśmy do kuchni. Ojciec, leżąc, chwycił za tłuczek, rzuciłem się na niego, odepchnął mnie nogami. Wtedy do akcji wkroczył Remigiusz i zaczął bić i dusić mojego ojca. I chyba on go udusił. Byłem w szoku, niewiele pamiętam
- wyjaśniał Maciej M. Sąd nie uwierzył w jego opowieści.
Podczas całej rozprawy zachowywano szczególną ostrożność. Remigiusz S. oraz Maciej M. nie mogli się ze sobą spotkać, ponieważ bano się, iż dojdzie do aktów agresji. W marcu 2016 roku sąd w Gorzowie Wielkopolskim skazał Remigiusza S. na 12 lat więzienia.
To była zbrodnia prawie że doskonała. Nie wiadomo, czy udałoby się ją kiedykolwiek wyjaśnić i skazać sprawców, gdyby nie Remigiusz S. On opowiedział o wszystkim. On sąd przekonał, bo swej roli nie umniejszał, nie ukrywał niewygodnych dla siebie okoliczności. Był po prostu szczery
- podkreślał sędzia Rafał Kraciuk, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".
Maciej M. został skazany na dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 25 latach.
Zbrodni dokonano z motywów zasługujących na szczególne potępienie. (...) Dożywotnie więzienie to kara wyjątkowa, wymierzana w wyjątkowych okolicznościach. Tu nie było żadnej skruchy. Ta zbrodnia została przygotowana z wyrachowaniem. To, że Maciej M. nie był karany, nie ma żadnego znaczenia i nie może być okolicznością łagodzącą. Niekaralność powinna cechować każdego człowieka
- uzasadniał surową karę sędzia Rafał Kraciuk. Na koniec procesu sędzia zwrócił się bezpośrednio do Macieja M., mówiąc: "Pana trzeba wyeliminować ze społeczeństwa".