20-letni Józef Wojtunik myślał, że zawalił sprawę. Stracił rachubę czasu, bo od rana pisał pracę dyplomową i przez to spóźnił się na praktyki. Kiedy dotarł do kopalni "Rokitnica" w Zabrzu, popołudniowa zmiana była już na dole.
Sztygar zapytał, co się stało, posłuchał mojego wyjaśnienia i wysłał mnie do pracy przy przenośniku. Za mnie do pracy w ścianie poszedł kolega, którego już nigdy nie spotkałem
- powiedział Wojtunik, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".
Kilkadziesiąt minut później, o godzinie 16.06, górnicy usłyszeli huk. Silne tąpnięcie sprawiło, że chodnik eksploatacyjny pokładu nr 508 został zasypany.
Walnęło w chwili, gdy sztygar wychodził ze ściany wydobywczej do chodnika. Wyrzuciło go na chodnik, mnie przeciągnęło z pięć metrów po przenośniku, zerwało hełm, poturbowało. Pytałem, co się stało, sztygar powiedział, że tąpnęło i chyba zasypało ludzi
- wspominał jeden z górników z kopalni "Rokitnica".
Tego dnia sztygarem był Wasyl Kuźmuk. Jego brygada pracowała na głębokości 780 metrów. Gdy kurz zaczął opadać, próbował zorientować się w sytuacji i policzyć swoich ludzi. Rannych i oszołomionych, ale żywych było ośmiu. 11 zostało w zawale.
Chwilę po tym, jak Kuźmuk poinformował dyrekcję o katastrofie, zaczęła się nerwowa narada. Sztygar narysował plan kopalni, zaznaczając miejsca, w których byli górnicy w chwili tąpnięcia. Poszukiwanym nadano numery, którymi posługiwano się do końca akcji ratowniczej. Rysunek Kuźmuka okazał się niezwykle precyzyjny. Dla osób biorących udział w poszukiwaniach 11 mężczyzn stał się kluczową wskazówką.
Sztygar nie miał wielkich nadziei na to, że którykolwiek z jego kolegów przeżył. Pytany o to spuszczał tylko wzrok i kręcił głową. Istniała jednak szansa, że któryś z górników miał trochę szczęścia i znalazł się w "budce", czyli niewielkiej jaskini stworzonej przez spadające kawałki węgla i górniczych konstrukcji. Pomyślał o nich inżynier o nazwisku Kalita, ówczesny dyrektor działu wentylacji. Podejmując decyzje na gorąco, kazał wtłoczyć powietrze w ścianę 83. Liczył na to, że zwiększy to szanse górników na przeżycie.
* * *
Drugą osobą, która wierzyła w to, że wciąż można komuś pomóc, był Stefan Stelmachowicz - kierownik jednej z ekip ratunkowych. Portal aplus.historia-zabrza.pl pisze, że Stelmachowicz sam był kiedyś zasypany w kopalni "Knurów", dlatego doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co muszą czuć górnicy czekający na ratunek. Wiedział, że jeżeli żyją, nadzieję daje im wiara w to, że ich koledzy robią wszystko, co w ludzkiej mocy, by im pomóc. Z tego powodu narzucił mordercze tempo. Przy pochylni nr II pracowało ok. 150 osób. Ratownicy stopniowo przerzucali zwały węgla, pracując w pyle i buchającym gorącu. Co pół godziny zatrzymywali wentylatory, wyłączali maszyny i nasłuchiwali. Cisza. Stelmachowicz chciał, żeby pracowali szybciej. Szybciej. Szybciej! Ratownicy robili, co mogli, ale zawał zaczął się sypać. Przez chwilę wydawało się, że runie reszta ściany, dlatego porzucili sprzęt, uciekając przed spadającymi odłamkami.
Gdzie, k*** mać?! To tak, skur***, idziecie ratować kolegów?!
- miał krzyknąć Stelmachowicz.
Wszyscy wrócili do pracy. Bez dyskusji. Z góry docierała do nich woda i kanapki, ale na przerwy nie było czasu. Ratownicy w pośpiechu przełykali posiłki, żeby sekundę później znów rozkopywać zawaloną ścianę, a Stelmachowicz dostał reprymendę, że nie może ryzykować zdrowiem i życiem kolejnych ludzi.
* * *
Gdy Alojzy Piontek otworzył oczy, zobaczył tylko czerń. Spróbował się podnieść, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie jest to możliwe. Mógł ruszać rękami i nogami, ale pierś przyciskało mu zaklinowane w węglu stylisko łopaty, którą zasłonił się, gdy poczuł, że ziemia się trzęsie.
Alojzy sięgnął dłonią w kierunku głowy. Wciąż miał na sobie hełm. Kiedy włączył lampkę, zobaczył, że leży w niewielkiej szczelinie, obok której jest niewielka jaskinia wielkości dziecięcej trumny. Wiedział, że to miejsce jest jego jedyną szansą na przeżycie. Żeby się do niego dostać, oderwał kawałek blaszki ze swojego hełmu i zaczął piłować nią uchwyt łopaty.
Wzywał pomocy, usłyszał głos kolegi. "Byda umieroł"
Dwa dni po katastrofie, 25 marca, ratownicy dotarli do zwłok pierwszego z poszukiwanych górników. Był to Maksymilian Czapla. Odnaleziono go dokładnie tam, gdzie wskazywał rysunek sztygara. Gdy informacja o śmierci mężczyzny dotarła nad powierzchnię ziemi, miasto posmutniało. Nadzieja na to, że ktokolwiek wyjdzie żywy z tej tragedii, zaczęła gasnąć.
Mimo żałoby, prace przy zawale nie ustawały. Wśród ratowników znalazł się m.in. Józef Budny, którego brat Rudolf był na liście poszukiwanych. Przepisy mówiły, że ze względu na bliskość pokrewieństwa Józef nie powinien angażować się w tę akcję, ale to go nie powstrzymało. Rudolfa szukał także jego drugi brat, Maksymilian.
Do kontaktu z rodzinami poszukiwanych został wyznaczony górnik o nazwisku Ziob. W kawiarence przy kopalni tłumaczył bliskim zaginionych, jak przebiegają prace ratowników. Starał się trzymać emocje na wodzy - udzielał informacji, pocieszał, wspierał, ale w końcu nie wytrzymał. Gdy podeszło do niego czteroletnie dziecko i zapytało: "Proszę pana, a gdzie jest mój tatuś?", sam zaczął płakać.
* * *
Alojzemu udało się przeciąć uchwyt łopaty i przedostać do jaskini o wymiarach 70 na 100 centymetrów. 37-letni górnik krzyczał, wzywając pomoc, ale bez skutku. W pewnym momencie usłyszał jednak głos kolegi.
Alojz, ty żyjesz?
- usłyszał.
To Alfred Gebauer! Był gdzieś blisko, ale Alojzy nie mógł go zobaczyć. Mężczyźni rozmawiali przez chwilę, przyrzekając sobie, że nigdy więcej nie zejdą pod ziemię. W pewnym momencie Alfred poprosił Alojzego, żeby pozdrowił jego żonę i dzieci.
‘Wykrwawiłech sie. Byda umieroł’. Dychnoł trzy razy i było po nim. Włosy mi stanęły na głowie. (...) Może już mu święty Piotr powiedzioł, że pod dobry adres prośbę kieruje, bo na oko to byliśmy oba po tamtyj stronie
- wspominał później Alojzy Piontek, którego słowa cytuje "Fakt".
* * *
Mijały dni, a ratownicy wydobywali z zawału ciała kolejnych górników. Po pewnym czasie w miejscu katastrofy zaczął unosić się mdlący zapach rozkładających się zwłok. Chcąc uniknąć fetoru, który utrudniał im pracę, ratownicy zaczęli nasączać maski przeciwpyłowe olejkiem miętowym.
29 marca Józef Budny po raz kolejny włożył robocze ubrania i zjechał na dół, by szukać Rudolfa. Gdy ratownicy go zobaczyli, spuścili wzrok. Jeden z nich wystąpił na przód, zdjął hełm i powiedział: "Twojego brata już wyciągli". Józef zauważył trumnę, ale leżał w niej Horst Maink, a nie Rudolf. Zwłoki tego drugiego były już na powierzchni.
* * *
Alojzy nie wiedział, jak długo jest już pod ziemią. Wydawało mu się, że minęło zaledwie kilka godzin, ale chciało mu się pić. Miał wyschnięte wargi, dlatego nasikał do hełmu i zwilżył usta.
Za pierwszym razem mocz jest słony, potem normalny. Jak mnie wyciągli, wargi miałem gładziutkie, nic nie spękane (…) Drzazgą z belki kłułem dziąsła, żeby krew leciała. Krwią można się napić
- tłumaczył po latach w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Gdy wyciągnęli go spod ziemi, ucieszył się, że zdąży na mecz. Ratownicy ryknęli śmiechem
W nocy z 29 na 30 marca inżynier Alojzy Wylenżek kierujący jedną z grup ratowników zajrzał w dziurę koło przesypu. Ze szkiców Kuźmuka wynikało, że gdzieś niedaleko powinien być któryś z górników. Wylenżek zaświecił w dziurę latarką i włożył do niej głowę. Wówczas usłyszał głos. Początkowo myślał, że to ratownicy pracujący z drugiej strony, ale chciał się upewnić. Kazał wyłączyć maszyny i krzyknął: "Hej! Heeej!". Po chwili usłyszał odpowiedź. "Ratunku!".
* * *
- Pomóżcie mi, bo nie moga stąd wyjść! - krzyczał Alojzy.
Odpowiedziała mu cisza.
- Jo wos wołom, a wy się nie odzywocie...
Znowu cisza.
- No co tam z wami, do pierona jasnego?! - krzyczał coraz bardziej zirytowany Alojzy.
Wylenżek i jego ludzie byli w szoku. Po tygodniu poszukiwań niewielu wierzyło w to, że spod ziemi wyciągną choć jednego żywego górnika. Gdy dotarło do nich, że to jednak możliwe, odpowiedzieli na zniecierpliwione wezwania.
- A ktoś ty jest? Jak się nazywasz? - zawołał Wylenżek.
- Jo sam jest Alojz Piontek. Wyciągnijcie mnie stąd! Jo jest tu od wczoraj, z drugiej zmiany! - usłyszał w odpowiedzi.
Alojzy się mylił. Nie spędził pod ziemią 24 godzin, a 158. Prawie cały tydzień! W ciemności stracił jednak poczucie czasu. Gdy zapytał, która jest godzina i usłyszał, że szósta rano, ucieszył się, że zdąży obejrzeć mecz Górnika Zabrze z drużyną Manchester City. Gdy ratownicy to usłyszeli, zaczęli się śmiać.
- Alojz, oni już zdążyli drugi mecz przegrać!
- Jasny pieron! - kręcił głową Piontek.
* * *
Alojzy nie mógł się doczekać, aż wyjdzie spod ziemi. Poganiał ratowników, domagał się wody i gadał. Ciągle gadał.
To musi, chłopie, potrwać. Połóż się i pośpij sobie
- tłumaczył mu Wylenżek. Piontek nie chciał o tym słyszeć.
Gdy ratownicy dokopali się do dziupli Alojzego, podali mu bandaż, żeby zawiązał sobie oczy. Chodziło o to, żeby nie uszkodził sobie wzroku, wychodząc na światło dzienne. Piontek wciąż prosił o wodę, ale nie mógł jej dostać. Lekarz pozwolił mu jedynie na kilka łyków. Żeby zaspokoić pragnienie górnika, pielęgniarka przygotowała dla niego patyk obwiązany gazą, który nasączyła wodą. Piontek z lizakiem w ustach położył się na noszach i został przetransportowany do szpitala. Był osłabiony i odwodniony, ale nic poważniejszego mu się nie stało. Lekarz ocenił, że biorąc pod uwagę to, co przeżył, Alojzy jest w bardzo dobrym stanie.
Mówili, że dostał willę od Gierka. "A jo chcioł do Złotych Piasków i ta szpada"
Alojzy Piontek dotrzymał słowa danego Alfredowi Gebauerowi i nigdy więcej nie zjechał pod ziemię. Po tym, co stało się w kopalni "Rokitnica", przeszedł rehabilitację i dostał dożywotnią rentę. Za zasługi dla górnictwa wręczono mu medal. Oraz mundur, żeby miał go do czego przypiąć. Na galowym ubraniu mu jednak nie zależało. Chciał mieć szpadę i ją dostał.
Piontek zyskał rozpoznawalność, która okazała się dla niego przekleństwem. Ludzie wytykali go palcami, mówiąc, że dostał od Gierka willę i malucha. W rzeczywistości otrzymał mieszkanie, z którego prawie nie wychodził.
Czułem sie jak kryminalista. Przez rok jo to wytrzymoł, potem zaczołem słepać wódka. Jak jo słepoł! Żona mówiła: ‘To już nie tyn chop’. Sama robiła zakupy, jo siedzioł w domu abo na działce. W kościele tyż mie nie widzieli. Po co sie pokazywać? Godali, com umar. (...) Po dwóch latach lekarze powiedzieli, żem zdrowy jak byk. Rynta mi chcieli zabrać. Musiołech do ministra pisać. Wysyłali mie do Ciechocinka, do Kudowy, do Krynicy. A jo chcioł do Złotych Piasków i ta szpada
- tłumaczył dziennikarzom "Wyborczej".
* * *
Alojzy Piontek umarł 29 października 2005 roku w wieku 70 lat. Uniknął śmierci w kopalni, ale życie odebrała mu choroba zawodowa górników, czyli pylica płuc. Nabawił jej się w ciągu 17 lat pracy pod ziemią. Został pochowany na tym samym cmentarzu, co jego koledzy z "Rokitnicy".
Choć przez pewien czas Piontek był medialną gwiazdą, na jego pogrzebie była garstka ludzi. Zabrakło nawet pracowników jego macierzystej kopalni "Pstrowski".
Niestety nikt z rodziny nie powiesił na bramie klepsydry. Jeszcze dwa lata temu pan Alojzy był na naszej karczmie piwnej, na którą zawsze go zapraszaliśmy. Potem tylko słyszałem, że czuł się coraz gorzej. Musiał korzystać z aparatu tlenowego
- mówił Józef Balicki, szef miejscowego Związku Zawodowego Górników.
Historia Alozjego Piontka zainspirowała kilku twórców. Opowiada o niej film dokumentalny pt. "Czarne słońce" w reżyserii Antoniego Halora, reportaż "Zawał" Janusza Roszko i komiks "508, alarm!", który ukazał się w ósmym zeszycie magazynu "Relax".
W wyniku katastrofy w kopalni "Rokitnica" w Zabrzu zginęło 10 osób. 23 marca 1971 roku na ostatnią szychtę zjechali: