W kwietniu 2011 roku w jednej z willi w Szczecinie odnaleziono zwłoki trzech osób. Ofiarami byli Alicja W., jej mąż Christian oraz jego dorosły syn Brian, który był osobą z niepełnosprawnościami. Ciała zostały odkryte właściwie przez przypadek. Sąsiadów zaniepokoiła dziura w ogrodzeniu i zasłonięte rolety w domu pani Alicji. Ten widok skłonił ich do wezwania policji.
To, co mundurowi zastali wewnątrz budynku, przerosło ich najśmielsze wyobrażenia. Ciała ofiar były w tragicznym stanie, a sam dom pokryty był śladami krwi i oleju silnikowego, który sprawca rozlał, by zatrzeć ślady.
Bestialstwo, które zobaczyłem na miejscu zbrodni na ciałach ofiar, przypomniało mi raczej zabójstwo Jaroszewiczów
- mówił przed sądem lekarz pogotowia, który był na miejscu zbrodni. Jego słowa cytuje portal onet.pl.
Śledztwo w sprawie makabrycznej zbrodni w szczecińskiej willi doprowadziło do szokujących odkryć. Po odkryciu trzech ciał policja szybko zainteresowała się Radosławem Warawko, czyli synem pani Alicji. Mężczyzna próbował uniknąć odpowiedzialności, ukrywając się w Hiszpanii, ale wkroczył tam na przestępczą ścieżkę i został aresztowany za handel narkotykami. Hiszpańskie władze niechętnie zgodziły się na ekstradycję Radosława Warawki, ale ostatecznie trafił on w ręce polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Policjanci ustalili, że Warawko był dobrze przygotowany do zbrodni. Kupił pistolet, a kiedy ta broń zawiodła, sięgnął po noże. Śledczy zaczęli podejrzewać, że ma coś wspólnego ze śmiercią trzech osób, bo nie pojawił się na pogrzebie swojej matki. Początkowo wszystko wskazywało na rabunek, ale śledczy szybko ujawnili prawdziwe intencje Warawki. Chciał on przejąć majątek rodziny, eliminując wszystkich, którzy mogliby mu w tym przeszkodzić.
Od początku procesu Warawko chciał, by media podawały jego pełne imię oraz nazwisko. Nie krył także wizerunku. Przed sądem przedstawił trzy różne wersje wydarzeń, ale nigdy nie przyznał się do winy. Nawet w chwili, gdy mówił o swojej miłości do rodziców, miał kamienną twarz. Poza Radosławem Warawką przed sądem stanęło dwóch jego znajomych. Krzysztof P. i Wojciech B., oskarżeni o pomocnictwo w zacieraniu śladów zbrodni, poszli na współpracę z prokuraturą. To oni obciążyli Warawkę, co umożliwiło jego aresztowanie.
Warawko przedstawiał kilka wersji wydarzeń, ale za każdym razem próbował oddalić od siebie zarzuty. Twierdził między innymi, że to jego przyjaciele zaproponowali rabunek, a on tylko stał na czatach. Twierdził również, że jego wspólnicy grozili mu śmiercią i zmusili go do uczestnictwa w przestępstwie. Cała sprawa stała się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy Warawko wskazał na kolejnych tajemniczych wspólników, których tożsamości nie udało się ustalić.
Sąd nie uwierzył w żadną z wersji przedstawianych przez Radosława Warawkę. "Fakt" relacjonuje, że sędzia, ogłaszając wyrok, nazwał go osobą wyjątkowo niebezpieczną i zdemoralizowaną, zasługującą na izolację od społeczeństwa.
Pozbawił pan życia swoją matkę, która pana kochała, pomagała panu i wyprawiła panu w Irlandii wspaniałe wesele. Taką dostała od pana zapłatę za swoją miłość. Pan nie zasługuje na to, aby przebywać wśród społeczeństwa, ani na to, aby starać się o normalne warunkowe zwolnienie (czyli po 25 latach – przyp. red). Jeśli ma pan resztki sumienia, to mam nadzieję, że ono przez następne 35 lat nie pozwoli panu zasnąć!
- mówił sędzia Dariusz Ścisłowski, którego słowa przytacza "Gazeta Wyborcza".
Radosław Warawko został skazany na dożywocie. Podanie o warunkowe zwolnienie będzie mógł złożyć dopiero po 35 latach odsiadki, czyli w 2046 roku.