Afera mięsna - największy przekręt PRL-u. Oskarżeni w tej sprawie zapłacili za nią życiem

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej mięso było towarem luksusowym. W sklepach pojawiały się trudności w zaopatrzeniu, a to rzutowało na złe nastroje społeczne. Władza na czele z Władysławem Gomułką chciała więc znaleźć kozła ofiarnego, którego można byłoby tym obarczyć. I rzeczywiście władza znalazła ich nawet dziesięciu. "Mafia mięsna" została postawiona przed sądem i poniosła najwyższy wymiar kary.

Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

Zobacz wideo Polskie kino coraz częściej zachwyca się PRL-em

Narastające problemy z zaopatrzeniem sklepów w mięso sprawiły, że władza ujawniała kolejne rzekome afery, które miały wykazać, że to nie system państwa jest nieprawidłowy, a rozwijająca się w handlu korupcja, czarny rynek i oszustwa gospodarcze. Najgłośniejsza z nich bez wątpienia była afera, która swój finał znalazła 1964 roku w sądzie. Był to bowiem jedyny w czasach PRL przypadek wymierzenia kary śmierci za przestępstwo gospodarcze.

18.05.2007 WARSZAWA - STADION DZIESIĘCIOLECIATak wyglądał Stadion Dziesięciolecia. Piłka nożna, a obok staniki, alkohol i kasety

Afera, która zniszczyła życie wielu rodzin, rozpoczęła się od jednego donosu

Państwo niestety nie było w stanie zaspokoić potrzeb społeczeństwa. Nie nadążało nie tylko z budową mieszkań, ale i dostarczaniem artykułów użytku codziennego. Przed sklepami można było zobaczyć długie kolejki, jednak nie tylko przez to sklepy mierzyły się z ciągłymi brakami towarów. Taka sytuacja sprzyjała rozwojowi czarnego rynku. Kwitł on również w przypadku zakładów mięsnych, które trudno dostępne wędliny dostarczały do nielegalnego obrotu. 

Za zaopatrywanie w mięso poszczególnych dzielnic Warszawy odpowiedzialne były tzw. MHM, czyli zakłady Miejskiego Handlu Mięsem. To właśnie donos od osoby tam pracującej rozpoczął całą aferę, a brzmiał on:

U nas w MHM wszyscy kradną.

Anonimowa skarga trafiła do Komisji Kontroli Społecznej PZPR. Zgodnie z jej zapisem, w rzeźniach dochodziło do kradzieży mięsa, aby następnie przekazać je na czarny rynek. Aby nieprawidłowości nie zostały wykryte, w dokumentach wpisywano straty, wykazywano, że mięso było zepsute lub uzupełniano ubytki wodą i odpadami. Takie nadwyżki trafiały do państwowych sklepów, gdzie kierownicy je następnie sprzedawali "na lewo". Oczywiście wiązało to się również z koniecznością wręczania łapówek. Miały one trafiać do dyrektorów MHM oraz kontrolera Państwowej Inspekcji Handlowej. 

W stolicy działały wtedy trzy MHM, którymi zarządzali Stanisław Wawrzecki, Henryk Gradowski i Kazimierz Witowski. To właśnie pierwszy z nich w późniejszym procesie był kluczową postacią gospodarczego skandalu

Kim był Stanisław Wawrzecki - czołowa postać "mięsnej mafii"? Początek jego kariery był równie szybki, jak jej koniec 

Wawrzecki pochodził z rodziny chłopskiej. Urodził się w Mławie w 1921 roku, a do Warszawy przyjechał pod koniec lat 40. Wtedy też zapisał się do PZPR. Szybko awansował w strukturach partii i został instruktorem Komitetu Wojewódzkiego, a następnie został przeniesiony do Wydziału Handlu jako kontroler. Stanowisko dyrektora MHM Warszawa-Praga objął zaś pod koniec lat 50. Jego kariera rozwijała się w błyskawicznym tempie. Mógł liczyć na wysoką pensję, prestiż społeczny, a od państwa otrzymał nawet duże mieszkanie przy al. Niepodległości. Dobra passa zawodowa nie trwała jednak długo. Milicja podczas przeszukania mieszkania Wawrzeckiego w sprawie afery mięsnej, znalazła sztabki złota i dolary, co ostatecznie przesądziło o jego losie.  

Od donosu do największego skandalu gospodarczego PRL-u

Donos pracownika MHM trafił ostatecznie do warszawskiej prokuratury, która wszczęła w tej sprawie śledztwo. Wykazało ono nieprawidłowości w zakładach mięsnych, dlatego na wniosek prokuratury milicja zaczęła zatrzymywać kolejnych pracowników. Jak powszechnie wiadomo, metody wykorzystywane podczas przesłuchań w tamtych czasach często pozostawiały wiele do życzenia. Wobec przesłuchiwanych stosowano groźby, a niejednokrotnie także przemoc fizyczną. Zastraszeni robotnicy zaczęli składać w końcu zeznania, choć nie zawsze były one zgodne z prawdą. Potwierdzając wersję przedstawioną w donosie, mieli zostać wypuszczeni. Winą obarczono przede wszystkim dyrektorów MHM. Władza dążyła za wszelką cenę do tego, aby przedstawić ich społeczeństwu jako osoby odpowiedzialne za niedobory mięsa w stolicy i pokazać, że państwo nie będzie tolerowało podobnych przekrętów. 

Do zatrzymań podejrzanych doszło w kwietniu 1964 roku. Wawrzecki, choć początkowo nie przyznawał się do zarzutów, to ostatecznie potwierdził, że brał łapówki w zamian za złagodzenie wyroku. Gradowski także przyznał się do zarzucanych mu czynów. Poza nimi na ławie oskarżonych zasiedli: trzeci dyrektor MHM Kazimierz Witowski, kontroler Państwowej Inspekcji Handlowej Mieczysław Fabisiak, mistrz wędliniarski Antoni Zawadzki i kierownicy sklepów mięsnych: Ludwik Balczarek, Adam Stokłosiński, Tadeusz Skowroński, Władysław Walendziuk i Adam Woźnica. 

'Oficer Polskiej Marynarki Handlowej i pies', 1940-1944 rok.Pies lawinowy i pies milicyjny. Archiwalne zdjęcia psów z ubiegłego stulecia

Proces na granicy prawa. Oskarżeni mieli być przykładem dla pozostałych 

Za łapówki i kradzież mienia prawo wówczas przewidywało karę do pięciu lat pozbawienia wolności. Wymierzone w "mafię mięsną" kary miały być jednak przykładem, że aparat państwowy nie toleruje takich zachowań. Prokuratura skierowała w związku z tym akt oskarżenia w trybie doraźnym. Pochodził on z dekretu PKWN z 1945 roku i zmniejszał szansę oskarżonych na obronę. Pozwalał on bowiem na wydanie wyroku bez możliwości odwołania się i z pominięciem wielu procedur. Co więcej, wydany wyrok natychmiast stawał się prawnomocny i podlegał wykonaniu. Za kradzież mienia społecznego przewidywał on karę śmierci. 

Do rozstrzygnięcia sprawy został powołany specjalny skład sędziowski na czele z Romanem Kryże, który słynął z tego, że wydawał liczne wyroki śmierci na polskich patriotów za czasów stalinowskich. Oskarżonych bronili znani wtedy warszawscy adwokaci, którzy próbowali wykazać, że zeznania świadków były wymuszone przez milicję. Niestety bezskutecznie. Proces trwał do lutego 1965 roku. Prokuratura zażądała kary śmierci dla Wawrzeckiego, Gradowskiego i Fabisiaka. Wyrok został ogłoszony dzień później. Kara śmierci poprzez powieszenie została podtrzymana zgodnie z wnioskiem prokuratury, ale jedynie dla Wawrzeckiego. Gradowski, Witkowski i Fabisiak otrzymali karę dożywotniego pozbawienia wolności, a pozostali od 9 do 12 lat pozbawienia wolności. Sąd Wojewódzki w Warszawie uzasadnił swój wyrok następująco: 

Wobec grabieżców mienia społecznego sięgającego milionów złotych nie może być w Polsce Ludowej, która z ogromnym trudem i wysiłkiem całego społeczeństwa odbudowuje zgliszcza i ruiny pozostawione przez wojnę, żadnego pobłażania i tego rodzaju wrzód na organizmie zdrowego społeczeństwa musi być wypalony do korzeni.

Skutki afery mięsnej. Dla wielu była ona początkiem końca 

Obrońcy Wawrzeckiego - Krzysztof Łada-Bieńkowski i Antoni Szczygieł starali się unieważnić wyrok. Zaczęli od wniosku do Sądu Wojewódzkiego o zmianę trybu, ale otrzymali decyzję odmowną. Następnie udali się do prokuratora generalnego z wnioskiem o rewizję nadzwyczajną, ale tam również nie mogli liczyć na pomoc. Ostatecznie zwrócili się do Rady Państwa z prośbą o ułaskawienie. Ta także została odrzucona, a to skutkowało wykonaniem kary śmierci Wawrzeckiego, co nastąpiło 19 marca 1965 roku.

Ostatnie dni życia mężczyzny opowiedział po latach reporterce sądowej Barbarze Seidler Władysław Wiktorowicz, który siedział z nim w celi. Zgodnie z procedurami więziennymi, osoby skazane na śmierć należało co jakiś czas przenosić do innej celi, aby w momencie, gdy będzie prowadzona na egzekucję, nie nabrała podejrzeń. Ostatniego dnia, kiedy to strażnicy przyszli po Wawrzeckiego wiedział, że nie będzie to kolejne przeniesienie, tylko jego koniec. Podobno wówczas sparaliżował go strach, co zmusiło strażników do zaprowadzenia go na wykonanie wyroku siłą. 

Henrykowi Gradowskiemu dożywocie zamieniono na karę 15 lat pozbawienia wolności. Wyszedł przed upłynięciem wyroku i swoje dni przeżył już do końca na wolności. Mieczysław Fabisiak zmarł natomiast podczas przerwy w odbywaniu kary. Kolejny ze skazanych, Adam Stokłosiński, zmarł w więzieniu. Witowski wyszedł na wolność w 1980 roku. Rodzina nie chciała mieć z nim jednak nic wspólnego, a nawet pisała na niego donosy, aby wrócił do więzienia. Były dyrektor MHM popełnił samobójstwo.

Jedynymi osobami, które zyskały na całej tej sytuacji, były te znajdujące się po drugiej stronie ławy oskarżonych. Władza doceniła pomoc w skazaniu "mięsnej grupy przestępczej", dzięki czemu Roman Kryże awansował na sędziego Sądu Najwyższego. Prokurator, który domagał się dla oskarżonych kary śmieci - Eugeniusz Wojnar, zasilił szeregi Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie zajmował się nadzorem nad więziennictwem. IPN 40 lat później wszczął przeciwko niemu śledztwo, ale ze względu na przedawnienie, zostało ono umorzone. 

Sprawa ponownie trafiła do sądu w 2004 roku 

Na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich o kasację wyroku w sprawie afery mięsnej, Sąd Najwyższy uchylił wyrok sprzed prawie 40 lat. Postępowanie wobec oskarżonych umorzył zaś z powodu przedawnienia. Miało to jednak poniekąd wymiar symboliczny, gdyż jak zostało wskazane w uzasadnieniu, sąd nie uniewinnił oskarżonych. Kasacja wyroku miała być próbą rehabilitacji wymiaru sprawiedliwości, który wówczas nie zapewnił mężczyznom prawa do sprawiedliwego procesu. 

27.07.2004 WARSZAWA SAD NAJWYZSZY . UCHYLENIE WYROKU SMIERCI WOBEC STANISLAWA WAWRZECKIEGO , DYREKTORA WARSZAWSKIEGO MIEJSKIEGO HANDLU MIESEM , SKAZANEGO W TZW. AFERZE MIESNEJ Z LAT 60. PRZEMAWIA ADWOKAT WAWRZECKIEGO MECENAS ANDRZEJ LITWINSKI27.07.2004 WARSZAWA SAD NAJWYZSZY . UCHYLENIE WYROKU SMIERCI WOBEC STANISLAWA WAWRZECKIEGO , DYREKTORA WARSZAWSKIEGO MIEJSKIEGO HANDLU MIESEM , SKAZANEGO W TZW. AFERZE MIESNEJ Z LAT 60. PRZEMAWIA ADWOKAT WAWRZECKIEGO MECENAS ANDRZEJ LITWINSKI FOT. GRAZYNA JAWORSKA / Agencja Wyborcza.pl

Więcej o: