Obława w Magdalence - największa tragedia w policji po 1989 roku. "Bomba, granaty i komenda 'odwrót'"

Zaplanowana obława policyjna zamieniła się w improwizację, w wyniku której śmierć poniosło dwóch antyterrorystów, a siedemnastu zostało rannych. Strzelanina w Magdalence nazywana jest największą tragedią w historii policji po 1989 roku, a przez niektórych największą porażką.

Porachunki mafii pruszkowskiej i wołomińskiej pochłonęły wiele ofiar. Wiele osób liczyło na poprawę sytuacji, gdy jeden z najważniejszych gangsterów Jarosław Sokołowski, pseudonim "Masa", zdecydował się na układ z policją. Otrzymał tytuł świadka koronnego, a w tym czasie inne grupy postanowiły przejąć jego wpływy.

Zobacz wideo Ograniczenie dostępu do broni przynosi skutek

Wśród nich znalazł się "Gang Mutantów", który zrzeszał zawodowych morderców i złodziei samochodów. Próbowali zająć miejsce nie tylko "Pruszkowa" i "Wołomina", ale też grup przestępczych z Raszyna, Janek, Ożarowa Mazowieckiego, Ząbek, Marek, Wyszkowa czy Góry Kalwarii. Jeden z antyterrorystów w rozmowie z Mateuszem Baczyńskim i Januszem Schwertnerem, dziennikarzami Onetu i autorami książki "Antyterroryści. Polskie siły specjalne w akcji", powiedział: 

To były chyba największe świry, z jakimi miałem do czynienia. Ludzie z Pruszkowa i Wołomina, ci tzw. 'starzy', posługiwali się kodeksem gangsterskim, woleli alkohol, imprezki, wycieczki zagraniczne i wychodzili z założenia, że jak ich zatrzymają, to sobie znajdą dobrego adwokata, odsiedzą parę lat i potem znowu będą latać na Majorkę. 'Mutanci' byli nieprzewidywalni, ćpali, włączał im się tryb nieśmiertelności i myśleli, że szybko się dorobią.

Śmierć podkomisarza Mirosława Żaka. Jedna z przyczyn strzelaniny w Magdalence

Planowanie wielkiej obławy na członków "Gangu Mutanta" rozpoczęło się już w 2002 roku po akcji pod Nadrzynem. W marcu pod Piasecznem członkowie grupy napadli na tira wyładowanego telewizorami, których wartość oszacowana została na około milion złotych. Towar postanowili ukryć na posesji we wsi Parole, niedaleko Nadarzyna. Następnego dnia ciężarówkę ze skradzionym sprzętem odnajdują policjanci z Piaseczna na czele z podkomisarzem Mirosławem Żakiem. Rozpoczęli oni spisywanie odzyskanych przedmiotów. 

Patrol nie jest jednak przygotowany na to, co wydarzy się kilka godzin później. Na miejsce podjeżdża kilka aut osobowych. To "Gang Mutantów", który wysiada uzbrojony w karabiny maszynowe. Zaczynają strzelać do mężczyzn, myśląc, że to konkurencja. Funkcjonariusze byli nieumundurowani, ale również, niestety, słabo uzbrojeni. Mieli jedynie pistolety i po około osiem naboi do dyspozycji. Podkomisarz Żak w tym dniu nie miał ze sobą akurat żadnej broni. Został kilkukrotnie postrzelony i zginął na miejscu. Po wycofaniu się "mutantów" policja rusza za nimi w pościg, ale niestety bezskutecznie. 

Waldemar MilewiczTen reportaż miał być jego ostatnim. Zginął z rąk irackich napastników

Obława policyjna w Magdalence. Nie tak miał wyglądać przebieg akcji pod Warszawą

"Gang Muntantów" nieustannie zmieniał położenie i był bardzo dobrze uzbrojony. Policja była jednak zdeterminowana, aby schwytać wszystkich odpowiedzialnych za wydarzenia, które rozegrały się we wsi Parole. - To była nieprzewidywalna grupa, bo z jednej strony byli odrzuceni przez środowisko gangsterskie i mieli podpisane na siebie wyroki, a z drugiej myśmy za nimi jeździli od dłuższego czasu, więc byli zdesperowani. Uciekali, taranowali samochody, ostrzeliwali policjantów - mówił były antyterrorysta Mirosław Wypych. 

W ciągu 10 miesięcy funkcjonariuszom udaje się zatrzymać 19 członków grupy. Najgłośniejsze zatrzymanie odbyło się w styczniu 2003 roku w centrum Ursynowa. Wówczas policjanci zatrzymali dwa auta, w których znajdowali się "mutanci". Doszło do strzelaniny, w wyniku której zginął były antyterrorysta i wtedy też gangster "Gangu Mutantów"  Krzysztof M. pseudonim Fragles.

Ostatecznie do ujęcia pozostało dwóch członków gangu - Igor Pikus, który niegdyś służył w rosyjskich siłach specjalnych, a wówczas był poszukiwany listem gończym oraz Robert Cieślak, który był podejrzany o liczne zabójstwa, napady i porwania dla okupu. Policjantom kilkukrotnie udało się namierzyć mężczyzn, ale za każdym razem zdążyli uciec. Po raz kolejny służby zlokalizowały gangsterów w marcu 2003 roku. Przebywali w willi w podwarszawskiej Magdalence.

Pierwsza próba obławy została przerwana, gdy jeden ze spacerujących po lesie miejscowych zaczął krzyczeć do policjantów, którzy zakładali punkt obserwacyjny. Akcję ponownie przeprowadzono w nocy z 5 na 6 marca. 

Na odprawie policjanci analizowali opis budynku, więc mieli zaplanowany dokładny szyk. Około godziny 0:42 dwie grupy antyterrorystów podeszły pod posesję. Jedna z nich przedostała się na nią przez główne wejście, druga miała wejść do budynku bocznymi drzwiami, ale zamiast nich była tam ściana. Wiadomo już wówczas było, że akcja nie pójdzie według planu. 

O ten dom w Magdalence w 2003 r.
antyterroryści stoczyli prawdziwą
bitwę z bandytamiO ten dom w Magdalence w 2003 r. antyterroryści stoczyli prawdziwą bitwę z bandytami Fot. Piotr Molecki / Agencja Wyborcza.pl

Dwaj gangsterzy bronili się przed oddziałem policji. Karetki nie mogły podjechać po rannych przez ciągły ostrzał

Po podejściu grupy pod główne drzwi słychać było tylko, jak ktoś wbiega po schodach. Później nastąpił wybuch. - Stojąc przy drzwiach wejściowych, usłyszałem, jak we wnętrzu domu jakaś jedna osoba biegnie drewnianymi schodkami do góry. W tym czasie, po drugiej stronie drzwi, znajdował się już Marian Szczucki. Pokazałem mu, że próbuję je otworzyć. Chwyciłem za klamką, ale drzwi były zamknięte. Po jakiejś chwili doszło do eksplozji. Nie przewróciłem się, ale byłem mocno oszołomiony, wypadła mi z rąk tarcza. Usłyszałem krzyki: "bomba, granaty!" i komendę "odwrót!". - wyznał w jeden z antyterrorystów biorących udział w obławie. 

Co się wówczas stało? Zdetonowano bombę, która została umieszczona tuż przy wejściu do budynku. Gangsterzy w sumie przygotowali dwie, ale druga była wadliwa i nie uległa wybuchowi. Rannych zostało 19 funkcjonariuszy. Największe obrażenia odnieśli podkomisarz Dariusz Marciniak (pseudonim "Kaczor") i dowodzący akcją komisarz Marian Szczucki (pseudonim "Maniek"). Funkcjonariusze musieli wycofać się w kierunku zaparkowanych przy posesji samochodów.

W tym czasie gangsterzy - Igor Pikus i Robert Cieślak - rozpoczęli ostrzał. Marciniak dostał w obie nogi. Podbiegł do niego jeden z kolegów, aby założyć mu opatrunek. Wtedy doszło do kolejnego wybuchu - tym razem granatu. Pomagającego funkcjonariusza odrzuciło na kilka metrów, a "Kaczor" po raz kolejny został trafiony. Granat wyrwał mu część podudzia i pośladka. 

Tragedia na jeziorze Gardno. To miały być ich wakacje życia. Później były już tylko modlitwy i krzykiTragedia na jeziorze Gardno. To miały być ich wakacje życia. Później były już tylko modlitwy i krzyki

W obławie zginęło dwóch funkcjonariuszy. Policjanci mieli gorszą broń, niż "mutanci"

Na miejsce przyjechały karetki, ale ze względu na ciągły ostrzał prowadzony przez "mutantów", nie mogły podjechać pod willę. Niestety kolegom nie udało się przeciągnąć Marciniaka do ratowników. Podkomisarz się wykrwawił i zmarł. Dowodzący akcją Marian Szczucki został przewieziony do szpitala. W trakcie akcji w jego głowę trafił jednak odłamek, a dokładniej śruba wsadzona do bomby. Mimo starań lekarzy, "Maniek" po tygodniu zmarł. 

Szanse policji były znikome. Ich zacinająca się broń nie dała rady arsenałowi gangsterów, wśród których znajdowały się glocki, pistolety maszynowe, karabinki automatyczne, sztucer, strzelby, granaty i miny. Okazało się, że gangsterzy byli przygotowani na przyjazd antyterrorystów, a w willi dodatkowo mieli dwa psy, których szczekanie ich obudziło, po przyjedzie policji.

10.03.2003 WARSZAWA KOMENDA STOLECZNA POKAZ BRONI ZNALEZIONEJ W MAGDALENCE PO STRZELANINIE10.03.2003 WARSZAWA KOMENDA STOLECZNA POKAZ BRONI ZNALEZIONEJ W MAGDALENCE PO STRZELANINIE Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl

Gangsterzy Igor Pikus i Robert Cieślak również zginęli w policyjnej obławie, jednak nie na skutek ran postrzałowych. Podczas strzelaniny doszło do pożaru willi. Budynek spłonął i się częściowo zawalił. "Mutanci" zmarli natomiast w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. 

Obława w Magdalence. Trzem funkcjonariuszom zostały postawione zarzuty

Te tragiczne wydarzenia sprawiły, że zażądano dymisji ówczesnego szefa MSWiA Krzysztofa Janika. Uznano, że doszło do poważnych uchybień, m.in. nieprzygotowania wariantów akcji czy braku właściwego zabezpieczenia medycznego. 

O niedopełnienie obowiązków oskarżono także: byłą naczelniczkę wydziału ds. walki z terrorem kryminalnym Komendy Stołecznej Policji Grażynę Biskupską, byłego dowódcę pododdziału antyterrorystycznego Kubę Jałoszyńskiego i byłego zastępcę komendanta stołecznego policji Jana Pola. Prokuratura wnosiła dla nich o karę po dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat, za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób, którego skutkiem była śmierć. 

Procesy w tej sprawie trwały kilkanaście lat. Przed sądami pierwszej instancji zapadły trzy wyroki uniewinniające, ale sądy apelacyjne kierowały sprawę do ponownego rozpatrzenia. Po trzecim uniewinnieniu Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce zdecydowała, że nie będzie składać kolejnej apelacji. 

28.07.2010 WARSZAWA , OD LEWEJ : W DRUGIM RZEDZIE OSKARZENI : GRAZYNA BISKUPSKA , KUBA JALOSZYNSKI , JAN POL , W PIERWSZYM RZEDZIE ADWOKACI : JACEK GUTKOWSKI , MARTA SEREDYNSKA PODCZAS OGLOSZENIA WYROKU28.07.2010 WARSZAWA , OD LEWEJ : W DRUGIM RZEDZIE OSKARZENI : GRAZYNA BISKUPSKA , KUBA JALOSZYNSKI , JAN POL , W PIERWSZYM RZEDZIE ADWOKACI : JACEK GUTKOWSKI , MARTA SEREDYNSKA PODCZAS OGLOSZENIA WYROKU Fot. Jacek Łagowski / Agencja Wyborcza.pl

Niektórzy całą akcję uważali za porażkę polskiej policji. Innego zdania jest antyterrorysta, który brał udział w strzelaninie z 2003 roku. - Brak odpowiedniego rozpoznania, opracowania pisemnego planu akcji, poważne niedociągnięcia w kwestii łączności, niedostateczna ilość amunicji, którą dysponowaliśmy, czy też brak wspominanej wcześniej broni snajperskiej. (...) Powiem tak: czy mogły przeprowadzić to lepiej? Czy w Magdalence można było poprawić całe mnóstwo elementów? Oczywiście tak. Jednak czy ci ludzie powinni ponieść odpowiedzialność karną? Nie. Bo, nie uważam, żeby w 2003 roku wszystko schrzaniono dokumentnie. Po prostu pojawiło się nieco niedociągnięć, do których doszło całe mnóstwo czynników, których w tej robocie po prostu nie da się przewidzieć - powiedział anonimowo w rozmowie z portalem naTemat.pl.

Jak wygląda teraz willa w Magdalence? 

Willa, w której doszło do strzelaniny, znajdowała się na rogu ulic Krańcowej i Środkowej. Obecnie są tam tylko fundamenty, spalone rzeczy, zniszczony płot i kartka przybita na drzewie z napisem "wstęp wzbroniony". Właścicielka chciała sprzedać ten dom, ale nie było na niego żadnych chętnych. 

Sąsiedzi przyznali natomiast, że po policyjnej obławie wzmocnili ochronę swoich domów, stawiając wysokie płoty czy wynajmując specjalne agencje.  - To była ruina, dobrze, że ją rozebrali, bo jeszcze komuś stałaby się tam krzywda. (...) To były ciężkie chwile. Po tej sprawie zadbałem o ochronę swojego domu - opowiadał "Rzeczpospolitej" jeden z mieszkańców, którego działka graniczy z willą. 

Więcej o: