W 1994 r. Kolumbia dysponowała złotym pokoleniem piłkarzy. W składzie miała takie gwiazdy jak Carlos Valderrama, Rene Higuita czy Faustino Asprilla. Jednym z filarów kolumbijskiej drużyny był także Andres Escobar. Przed rozpoczęciem mistrzostw świata w USA sam Pele mówił głośno, że to właśnie Kolumbia jest jego faworytem do tytułu. Zespół Escobara szybko przebrnął przez eliminacje, tracąc tylko dwa gole i pokonując m.in. wielką Argentynę aż 5:0. Kolumbijczycy jechali na mundial z wielkimi nadziejami, ale towarzyszyła im ogromna presja kibiców, a także mafii...
W tamtych czasach w Kolumbii rządziły mafie narkotykowe, które przenikały do świata sportu. Kartele stawiały na mecze ogromne kwoty u bukmacherów, a ewentualne wygrane wykorzystywali do prania pieniędzy. Rzecz jasna miał w tym im pomóc sukces kadry na mistrzostwach świata, ale już pierwszy mecz wyszedł Kolumbijczykom fatalnie. Lepsza od nich okazała się niespodziewanie Rumunia, która wygrała aż 3:1. Trzeba przyznać, że tamten zespół również miał swoje gwiazdy, bowiem w drużynie występowali m.in. Gheorghe Hagi, Dan Petrescu i Ilie Dumitrescu. Drugi sparing na mundialu oznaczał dla Kolumbii być, albo nie być. Dosłownie i w przenośni.
Więcej podobnych treści znajdziesz też na Gazeta.pl
Po tej porażce w drużynie zapanowało niewyobrażalne napięcie.
To był początek kryzysu psychologicznego, na który zespół nie był przygotowany. Wielu wpływowych graczy straciło spore pieniądze i zaczynało się zastanawiać, jak odegrać się na drużynie za słaby występ
- opisywał sytuację Cesar Mauricio Velasquez, kolumbijski dziennikarz.
Rodziny piłkarzy zostały objęte stałym nadzorem policyjnym, ale to i tak nie odstraszyło żądnych zemsty mafiozów, którzy porwali syna Luisa Herrery, kolumbijskiego obrońcy. Na szczęście porywacze szybko uwolnili dziecko, a incydent miała na celu przypomnieć reprezentacji, że jeśli nie osiągnął na mundialu sukcesu, to mogą za to słono zapłacić.
To sprawiło, że Kolumbijczycy na spotkanie z gospodarzami wyszli pełni strachu. Zmierzyli się z USA, jedną z najsłabszych drużyn tamtych mistrzostw. - Byliśmy naprawdę spięci – przyznał po latach napastnik Faustino Asprilla. - Dzwoniliśmy do domów i słyszeliśmy, że na ulicach jest niespokojnie. W takiej atmosferze przyszło nam wyjść na boisko - opowiadał selekcjoner Francisco Maturana.
Zaczęło się fatalnie. W 35. minucie poszło dośrodkowanie z lewego skrzydła, a piłkę lecącą w kolumbijskie pole karne próbował wybić Andres Escobar. Niestety, zrobił to na tyle niefortunnie, że strzelił samobójczego gola. Powtórkę nieudanej interwencji obrońcy puszczano do znudzenia. Podobnie jak moment, w którym padł na ziemię i złapał się za głowę.
Maria Ester Escobar, siostra Andresa, oglądała mecz w domu, w Medellin. Spotkanie obserwował też jej 9-letni syn. Po pechowej interwencji wujka rzekł: Mamo, oni go zabiją.
W 52. minucie przyszedł drugi cios, bo gola dla gospodarzy strzelił Earnie Stewart i zrobiło się już 0:2. Choć Adolfo Valencia zdobył bramkę kontaktową na minutę przed końcem podstawowego czasu gry, to na wyrównanie zabrakło już czasu. Kolumbia przegrała 1:2 i był to jej koniec marzeń o fazie pucharowej mistrzostw świata. Na otarcie łez w trzecim meczu o honor Kolumbijczycy pokonali 2:0 Szwajcarię i zajęli ostatnie miejsce w grupie, a jako że w tamtych czasach do fazy pucharowej awansowały aż trzy najlepszy zespoły z grupy, to do domu przyszło wracać tylko im.
Andres Escobar w Kolumbii uchodził za futbolowego dżentelmena. Był wykształcony, pochodził z bogatej rodziny, co w Kolumbii lat 80' było rzadkością. Mieszkał w Medellin i co ciekawe nosił takie samo nazwisko jak szef największego kartelu narkotykowego Pablo Escobar, także mieszkający w tym samym mieście, zabity przez amerykańskie służby 2 grudnia 1993 r. Jako że Pablo Escobar mógł za czasów swej świetności robić, co mu się żywnie podobało, pewnego dnia zaprosił reprezentantów Kolumbii, by rozegrali w jego posiadłości mecz. Stawili się wszyscy zaproszeni, za wyjątkiem Andresa Escobara, który nie chciał mieć nic wspólnego z mafią.
Po fatalnym błędzie w spotkaniu z USA przyjaciel Andresa Escobara, Cesar Mauricio Velasquez, namówił go na publikację odezwy do kibiców w jednym z dzienników wydawanych w Bogocie. Piłkarz posłuchał rady i napisał:
Życie na tym się nie kończy. Musimy iść dalej. Nieważne, jak będzie trudno, ale musimy stanąć na nogi. Mamy dwie możliwości: albo pozwolimy sparaliżować się złości i ulec przemocy, albo pokonać to i zrobić, co w naszej mocy, by pomóc innym. Wybór należy do nas. Pozdrawiam wszystkich. To było niesamowite i niespotykane doświadczenie. Niebawem znów się zobaczymy, ponieważ życie na tym się nie kończy.
Po turnieju był jedynym piłkarzem reprezentacji Kolumbii, który odważył się wrócić do kraju. Okazało się, że był to poważny błąd. Niedługo po powrocie do Medellin zaczął otrzymywać pogróżki. W krótkim odzyskał radość z życia i starał się nie rozpamiętywać zbyt długo sytuacji z meczu z USA, ale inni tak szybko o tym nie zapomnieli.
10 dni po odpadnięciu z mistrzostw Andres Escobar postanowił wyjść na miasto, choć sprzeciwiała się temu jego narzeczona. Kobieta nie była jednak w stanie zatrzymać go w domu. W tamtych latach ulice Medellin były niebezpieczne, zwłaszcza wieczorem, a dla Escobara był to pierwszy wypad na miasto od powrotu z mundialu. Piłkarz udał się do lokalu El Indio Bar, gdzie szybko go rozpoznano. Musiał znosić zaczepki i obelgi. Gdy w klubie atmosfera zrobiła się nie do zniesienia, około godziny 3:00 postanowił wracać do domu.
Na parkingu przed lokalem doskoczyło do niego trzech mężczyzn. "I co frajerze?" - miał usłyszeć. W pewnym momencie jeden z napastników wyciągnął pistolet i oddał sześć strzałów w szyję piłkarza, po każdym z nich krzycząc: "Gol!" z ekspresją południowoamerykańskich komentatorów. Nie było szans na ratunek, Escobar zmarł już w drodze do szpitala, choć o jego życie walczono trzy kwadranse.
Świadkowie zapamiętali numer rejestracyjny odjeżdżającej toyoty. Jej właścicielami okazali się bracia Pedro i Juan Gallon, znani narkotykowi dilerzy. Ostatecznie morderstwo przypisano jednemu z ich ochroniarzy. Humberto Castro Munoz przyznał się do winy i odsiedział w więzieniu zaledwie 11 z 43 zasądzonych lat, ponieważ ze względu na dobre sprawowanie wypuszczono go wcześniej. Braciom z kolei zbrodnia uszła na sucho.
Pogrzeb Andresa Escobara zorganizowano w hali sportowej w Medellin. Wzięło w nim udział ponad 120 tys. osób. Drewnianą trumnę, udekorowaną biało-zieloną flagą w barwach klubu Atletico Nacional, odprowadzono na cmentarz Campos de Paz. Na uroczystościach przemawiał sam prezydent Kolumbii, Cesar Gaviria.
Andres Escobar padł ofiarą absurdalnej przemocy. Pozostanie w naszych sercach jako bohater moralnej uczciwości, oddany rodzinie wzorowy Kolumbijczyk
– powiedział w trakcie pogrzebu Gaviria.
Ludzie płakali, inni z wściekłością krzyczeli: "Sprawiedliwość! Sprawiedliwość!". Domagali się w ten sposób ukarania sprawcy. Na grobie zostawiano kwiaty, zdjęcia i listy do Andresa. "To nie jest tak, że z twoim odejściem zniknął kawałek naszego futbolu. Tak naprawdę ten futbol też zginął" - napisano w jednym z nich. Co roku w rocznicę śmierci na grobie obrońcy pojawiają się liczne kwiaty.
Do tej pory zadaję sobie pytanie, dlaczego go zabito. Sprawiedliwości nie stało się zadość i już się nie stanie. To był nieszczęśliwy okres w historii naszego kraju
– mówił po latach brat zabitego, Santiago.
Teorii na temat motywu zbrodni było wiele. Za główny uznano zemstę baronów narkotykowych za sportową katastrofę w USA i żądzę rewanżu kartelu braci Gallon za straty finansowe, którzy mieli postawić wielkie pieniądze na mundialowy sukces reprezentacji. Śmierć sprawiła, że Andresowi Escobarowi nie było dane zrealizować życiowych planów. Tuż przed turniejem w USA złożył mu ofertę najlepszy w tamtym czasie klub na świecie - AC Milan. Escobar planował już nowe życie we Włoszech, z narzeczoną Pamelą, z którą ślub miał wziąć pół roku po mundialu. Do uroczystości nigdy nie doszło.