Obiecywał Kasi wyprawkę dla córeczki. Tydzień później 30-latka już nie żyła. Sprawca śmiał się podczas rozprawy

Przez tydzień zaginionej przedszkolanki, która była w zaawansowanej ciąży, szukały setki osób - jej rodzina, przyjaciele, koledzy z pracy, rodzice jej podopiecznych oraz przejęci mieszkańcy Sopotu. Po znalezieniu ciała Kasi wiedziano już, że ktoś okrutnie ją zabił. Jak określił to sąd, kobieta i nienarodzone dziecko miały wprowadzić "bałagan" w dotychczas "uporządkowanym" życiu sprawcy.
Sprawa Bartosza H. oskarżonego o zabójstwo Kasi M.
fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl;

W 2003 roku Kasia M. miała 30 lat, jednak wyglądała na nieco młodszą. Kobieta nosiła krótkie, ciemne i proste włosy. Miała owalną twarz, zielone oczy i mały, wypukły nos. W komunikacie dotyczącym jej zaginięcia dodano, że ma 158 centymetrów wzrostu i zauważalny znak szczególny - jest w zaawansowanej ciąży. W dniu zaginięcia ubrana była w bawełnianą, jasnobeżową bluzkę, zielone sztruksowe spodnie typu ogrodniczki i jasnobrązowe półbuty zamszowe. Kasia miała też na szyi i krtani widoczny ślad po oparzeniu. Przez kilka dni rysopis Kasi znali niemal wszyscy mieszkańcy Sopotu, gdzie mieszkała. Po tygodniu turyści, którzy wypoczywali w miejscowości Zawory w pobliżu Kartuz, natrafili na ciało zaginionej

Zobacz wideo Czy wiesz, co zrobić, gdy zaginie ktoś bliski?

Obiecywał alimenty, wyprawkę i wózek dla córeczki. Tydzień później Kasia już nie żyła

Był sierpień 2002 roku, gdy na dyskotece w Sopocie 29-letnia Kasia poznała Bartosza H.. Mężczyzna był w separacji z żoną, jednak nie przeszkadzało mu to w poznawaniu nowych kobiet. Bartosz zaimponował jej inteligencją, obyciem w świecie (jako dziecko mieszkał w Singapurze) oraz bardzo dobrą znajomością angielskiego i chińskiego. Był spokojny i opanowany, czym szybko wzbudził w niej zaufanie. Kasia była zauroczona 27-latkiem na tyle, że zaczęła się z nim regularnie spotykać i bardzo szybko zaszła w ciążę. W tym samym czasie jednak Bartosz poznał Sylwię L. i to z nią chciał się widywać. 

Ciąża zakochanej w nim Kasi była mu więc nie na rękę. Chociaż mężczyzna nie miał problemu z zarobkami - pracował jako licencjonowany menedżer i był szefem oddziału jednej z zagranicznych firm w Gdyni, a ponadto jego rodzice (adopcyjni) byli zamożni i bardzo dobrze wykształceni - to uważał, że dziecko "krzyżuje mu plany" i jest zbyt dużym kosztem. Nienarodzoną córkę nazywał "jaszczurką". Jego niechęć do dziecka mogło spotęgować także to, że na przełomie grudnia i stycznia 2003 roku Kasia dowiedziała się o Sylwii L., a nawet skontaktowała się z kolejną partnerką H. Kobiety razem poszły do matki wspólnego kochanka, by pokazać, w jak niekomfortowej sytuacji je postawił. Rodzice dowiedzieli się wówczas nie tylko o tym, jak ich syn potraktował obie kobiety, ale także, że zostaną dziadkami. Ich zachowanie bardzo nie spodobało się Bartoszowi, który postanowił rozstać się z Kasią. Argumentem miało być m.in. to, że "wydawał za dużo na rozmowy telefoniczne" z nią. 

Po tym zdarzeniu H. zachowywał się jednak tak, jakby pogodził się z tym, że zostanie ojcem. W połowie maja 2003 roku Bartosz spotkał się z Kasią oraz obiecał jej, że będzie wypłacał alimenty na dziecko w wysokości 650 złotych miesięcznie. Zobowiązał się też do tego, że kupi wyprawkę i wózek dla ich córeczki. I chociaż nie byli już razem, to ze względu na wspólne dziecko starali się utrzymywać prawidłowe relacje. Tydzień po tej rozmowie Kasia, która była w ósmym miesiącu ciąży, już nie żyła. 

Zaginięcie Kasi było szokiem. Zastanawiano się, dlaczego będąca w ósmym miesiącu ciąży kobieta nagle przestała kontaktować się z rodziną

Kasia zaginęła w piątek 23 maja 2003 roku wieczorem. Następnego dnia, 24 maja, Bartosz pojechał z matką na zakupy, podczas których kupił wózek dla dziecka jego i Kasi. W obecności mamy zadzwonił do byłej partnerki, jednak ta nie odbierała od niego telefonu. W tym czasie do 30-latki próbowała dodzwonić się także jej mama i przyjaciółka, które były zaniepokojone brakiem kontaktu z ciężarną kobietą. - Wysłałam też sms-a, na którego nie odpowiedziała. Wtedy bardzo się zaniepokoiłam bo takie zachowanie było do Kasi niepodobne - mówiła pani Alicja cytowana przez Sopot.naszemiasto.pl.

Mama Kasi, która na stałe mieszkała w Białogardzie (woj. zachodniopomorskie), bardzo niepokoiła się tym, że nie ma kontaktu z córką. Poprosiła więc syna o to, by zawiózł ją do Sopotu. Bliscy dotarli do mieszkania kobiety, które znajdowało się przy ulicy Kolberga na osiedlu Brodwino, ale nikt im nie otworzył. W niedzielę 25 maja wieczorem brat Kasi zdecydował się wyważyć drzwi do jej mieszkania. - Weszliśmy tutaj z duszą na ramieniu, spodziewaliśmy się najgorszego ale zastaliśmy tylko puste mieszkanie - opisywał brat Kasi, Tomasz M. Mamie zaginionej zaczęto doradzać, by zorganizowała zbiórkę pieniędzy na wynajęcie detektywa. 

Na nieobecność Kasi bardzo szybko zareagowali także rodzice dzieci, którymi 30-latka opiekowała się jako przedszkolanka. Mieszkańcy Brodwina zorganizowali się i wyruszyli na poszukiwania jeszcze zanim zrobiła to policja (która o zaginięciu kobiety została powiadomiona dopiero 25 maja). Wiadome było na pewno, że Kasia wyszła ze swojego mieszkania w piątek wieczorem. Znalazła się także osoba, która miała widzieć 30-latkę w sobotę rano. Kasia miała wyglądać na oszołomioną, jakby odurzoną narkotykami i iść z torbą w stronę lasu. 

- Kasia to złoty człowiek, bardzo lubiana przez dzieci i dorosłych, na pewno nie stosowała żadnych używek. Słyszałam, że kobiety którym nie układa się w życiu osobistym czasami, właśnie w okolicach ósmego miesiąca ciąży, przeżywają załamanie nerwowe. Podobno często bywa też tak, że wychodzą z domu i po prostu jadą gdzieś przed siebie. Trzymamy się tej nadziei, że tak właśnie zrobiła nasza Kasia - mówiła w rozmowie z mediami długoletnia koleżanka z pracy Kasi, pani Janina. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Kasia została zamordowana. 

"Gdy padały trudne pytania, nie okazywał zdenerwowania. Twardy jak skała"

Policjanci wiele razy przeczesywali las przy osiedlu Brodwino. W działaniach pomagał także Bartosz, który kilkukrotnie rozmawiał z mamą Kasi i zapewniał ją o swojej pomocy. Nikomu wówczas nie udało się trafić na ślad zaginionej.

Po tygodniu od zaginięcia ciało 30-latki znaleźli turyści, którzy biwakowali w miejscowości Zawory w pobliżu Kartuz. Przy kobiecie nie było żadnych dokumentów, które mogłyby potwierdzić jej tożsamość. Konieczne było więc zidentyfikowanie ciała przez rodzinę zaginionej. 

Zwłoki znajdowały się w takim stanie, że dopiero sekcja zwłok wykazała, że do śmierci Kasi przyczyniły się osoby trzecie. Kluczowe okazały się także informacje od przyjaciółki 30-latki. Alicja zeznała, że w dniu zaginięcia dostała od znajomej SMS-a, w którym poinformowała ją, że spotka się tego dnia z Bartkiem. Mężczyzna, który zgłosił się na policję po tym, jak zaginięcie Kasi zgłosiła jej rodzina, został przesłuchany, jednak jego zachowanie nie wskazywało na to, żeby miał coś wspólnego z zaginięciem matki jego przyszłego dziecka. - Gdy padały trudne pytania, nie okazywał zdenerwowania. Twardy jak skała. Mówił, że nie ma nic wspólnego z zaginięciem Kasi. Otwarcie przyznał, że poza żoną i Kasią spotykał się z jeszcze jedną kobietą. Poza tym prowadził normalne życie, mieszkał w Gdyni i pracował w firmie transportowej. Dobrze wypowiadali się o nim sąsiedzi - powiedział anonimowo policjant w rozmowie z "Wyborczą".

Bartosz uderzył Kasię tak mocno, że złamał na niej metalową blokadę do kierownicy samochodu

W niedzielę 1 czerwca Bartosz był u rodziców na obiedzie, gdy zadzwonił telefon z komendy. Funkcjonariusze poprosili, żeby przyszedł na komisariat. W odpowiedzi usłyszeli, że mają dać mu spokój i przyjdzie w poniedziałek. Policjanci nie chcieli jednak czekać. W mieszkaniu Bartosza funkcjonariusze znaleźli rzeczy należące do zmarłej - torebkę z dokumentami, telefon komórkowy i inne przedmioty osobiste. Zabezpieczyli zakrwawiony ręczny paralizator. Na tej podstawie mężczyzna został zatrzymany. Podczas przesłuchania na komendzie w Kartuzach H. przyznał się do zabójstwa 30-latki. W śledztwie ustalono, jaki był przebieg tego zdarzenia. 

W piątek 23 maja 2003 roku Bartosz umówił się z Kasią na spotkanie, pożyczył od rodziców samochód i przyjechał pod jej blok. Zaproponował jej wycieczkę na Kaszuby. Kobieta przyszła w umówione miejsce, wyraźnie ciesząc się z nadchodzącego porodu. 30-latka wybrała już też dla córki imię. Chciała nazwać ją Marta. 

Para wsiadła do auta i koło północy przyjechali na Kaszuby. Spędzili trochę czasu nad jeziorem Zawory. Gdy wracali do domu, Bartosz skręcił w stronę jeziora Małe Brodno. Kasia pierwsza wyszła z samochodu, a za nią Bartosz, który wziął ze sobą blokadę do kierownicy auta. - Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Gdybym nie zauważył tej laski leżącej na podłodze w samochodzie, to nic by się nie stało. Nie miałem zamiaru zabicia Kasi. Po prostu chwyciłem ten przedmiot i od tego momentu nic nie pamiętam. Tylko tyle, że obudziłem się już w domu - mówił podczas zeznań. 

Bartosz dwukrotnie uderzył Kasię w głowę. Gdy nieprzytomna upadła, zaatakował ciężarną kobietę jeszcze dwa razy. Uderzenia były tak mocne, że metalowy przyrząd się złamał. Następnie ciało 30-latki zaciągnął w pobliże skarpy i zepchnął je w kierunku jeziora Brodno Małe. I chociaż w późniejszych zeznaniach Bartosz zasłaniał się niepamięcią, to na spotkanie z Kasią zabrał ze sobą ubranie na zmianę - czyste skarpetki, buty i koszulę. Po dokonaniu morderstwa Bartosz przebrał się, włożył zakrwawioną odzież do worka foliowego, schował ją do bagażnika i odjechał. Później, gdy był już w domu, kilkukrotnie dzwonił na telefon komórkowy Kasi, by w ten sposób odsunąć od siebie podejrzenia policji. 

H. został oskarżony o zabójstwo Kasi. W polskim prawie nie uwzględnia się zabójstwa dziecka, gdy kobieta była w ciąży - nawet jeśli sprawca o tym wiedział, a ciąża była widoczna i zaawansowana. - Polskie prawo w takich wypadkach nie daje nam wyboru - mówił wówczas prokurator Wiesław Malinowski, szef Prokuratury Rejonowej w Kartuzach. Za zabójstwo Bartoszowi groziło od 12 lat do dożywotniego pozbawienia wolności.

Sprawca twierdził, że nie pamięta przebiegu zbrodni. Obrona próbowała obniżyć wyrok m.in. powołując się na "zainteresowanie wampirami"

Bartosz przeprosił rodzinę Kasi za to, co ją spotkało, jednak nie potrafił wyjaśnić motywu swojego działania i zasłaniał się niepamięcią, gdy miał opisać przebieg zbrodni. To próbowała później wykorzystać jego obrona, prosząc o dodatkowe badania psychiatryczne Bartosza. Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym wnioskiem miało być... zainteresowanie oskarżonego wampirami. 

Warto zaznaczyć, że już po aresztowaniu H. został poddany szczegółowym, 10-tygodniowym badaniom psychiatrycznym, które nie potwierdziły u niego braku poczytalności ani zaników pamięci. Biegli opisali go jako osobę egocentryczną, pedantyczną, skłonną do podporządkowywania innych osób swoim celom, traktującą kobiety przedmiotowo i osobę manipulującą ludźmi. Był ponadprzeciętnie inteligentny. - Naszym zdaniem nie ma to nic wspólnego z rzeczywistymi zaburzeniami pamięci. A świadczyć może o przyjmowanej przez oskarżonego postawie obronnej - mówili psychiatrzy, którzy badali oskarżonego, podkreślając stanowczo, że sprawca nie jest chory psychicznie. 

Co o Bartoszu mówiła jego matka? Dopiero w sądzie pani Zofia zeznała, że H. został przez nich adoptowany, gdy miał dwa lata. Dzieciństwo spędził w Singapurze, gdzie jego rodzice mieli dobrze płatne prace. Kobieta przyznała, że syn nigdy nie miał kolegów ani przyjaciół. W dzieciństwie miał cierpieć na chorobę sierocą i mieć silne tiki nerwowe, przez co był wyśmiewany wśród rówieśników. - Był za to bardzo skrupulatny. Ołówki miał ułożone od najmniejszego do największego - powiedziała. Kobieta była załamana tym, co się stało, zwłaszcza że z mężem włożyli dużo pracy, by pomóc dziecku zaniedbanemu przez biologicznych rodziców i wydawało im się, że wyrósł na porządnego człowieka. Według kobiety za tym, że zaplanował zabójstwo nie mogły przemawiać czyste ubrania, w które przebrał się po zabójstwie Kasi, ponieważ miał wozić je zawsze w samochodzie. Na wszelki wypadek. 

Przed ogłoszeniem wyroku ostatnie słowa mógł powiedzieć także H. Było mu jednak ciężko, jednak nie przez wzruszenie czy smutek po tym, czego dokonał. Bartosz miał trudność z mówieniem, ponieważ nie mógł przestać się śmiać. - Nie sposób ogarnąć tragedii, której jestem sprawcą. Nie jestem jednak osobą, która byłaby zdolna do takiego okrucieństwa przy zdrowych zmysłach. To musiało być coś chorego. Pytanie, które dręczy mnie codziennie, dotyczy motywu. Odpowiedzi na pytanie "dlaczego?" nie znajdę, bo jej po prostu nie ma - powiedział ostatecznie. Sąd nie dał jednak wiary zeznaniom oskarżonego.

Pierwszy wyrok zapadł rok po zbrodni. Na wysokość kary miało wpłynąć wyrachowanie Bartosza

Podczas rozprawy sędzia wyjawił, że przed zabójstwem H. - jak sam to określił - uznał, że ciąża Kasi za bardzo "komplikuje mu życie". - Zeznał, że wcale nie cieszyło go to dziecko, że bardzo mu przeszkadzało. Kasia M. była dla niego ołówkiem, który leżał w niewłaściwym miejscu. Dlatego zaplanował zabójstwo - mówił w uzasadnieniu wyroku sąd. 

W 2004 roku Sąd Okręgowy uznał, że Bartosz "zmasakrował swoją ofiarę", gdy odbierał jej życie. Wyrok dożywotniego pozbawienia wolności zapadł trzy dni przed pierwszą rocznicą śmierci Kasi. W uzasadnieniu sędzia podkreślał, że rok temu nad jezioro przyjechał kat i oprawca, szykujący się do egzekucji. A z drugiej strony przyjechała ofiara - ufna, szczęśliwa ciążą i oczekiwanym dzieckiem. - Dziewczyna radosna, pogodna, bo za miesiąc miała być już na świecie jej ukochana córeczka Martusia - takie wybrała dla niej imię. Nie dane było jej przeżyć tych radosnych chwil macierzyństwa - mówił sędzia Andrzej Węglowski. 

Na wysoki wyrok złożyło się także wyrachowane, zdaniem sądu, zachowanie Bartosza. - Uchodził za osobę opanowaną, która nie okazuje emocji i uczuć. Przykładem jest jego udział w późniejszych poszukiwaniach Kasi, to jego przedstawienie, ta teatralność o której przed sądem mówili eksperci (...) Takie są fakty. Zabił w pełni świadomie, zabił tylko dlatego, że Kasia zburzyła jego uporządkowany świat, że śmiała się w nim zakochać, zajść w ciążę i opowiedzieć o tym jego rodzicom. (...) Kasia była dla niego tylko przedmiotem pożądania seksualnego, obiektem zaspokajania chuci. To egoista, egocentryk - argumentował dalej sędzia. 

- Nie interesuje mnie ten wyrok, bo i tak nie zwróci to życia mojej Kasi - powiedziała po ogłoszeniu wyroku mama zamordowanej 30-latki. Będąca w roli oskarżyciela posiłkowego kobieta poprosiła jedynie, by móc dotknąć narzędzia, którym H. zabił jej córkę. Sąd przychylił się do jej woli. - Ja go nie nienawidzę. Czuję żal, ale nie nienawidzę - mówiła z płaczem mama Kasi.

Apelacja i złagodzenie wyroku. Sąd nie dopatrzył się szczególnego okrucieństwa

Od dożywotniego wyroku odwołała się obrona H. Mecenas Beata Godecka-Pirek chciała nawet ponownego procesu, próbując dowodzić, że jej klient działał w stanie ograniczonej poczytalności, miał zaniki pamięci, a po odzyskaniu świadomości nie wiedział, co się z nim działo. A przynajmniej tak twierdził H. 

Przeciwko mniejszemu wyrokowi dla H. nie oponowała też mama Kasi. - Po ostatnim procesie miesiąc spędziłam w szpitalu. Nie chcę już żadnych więcej spraw, niech to się skończy - tłumaczyła pani Halina. Z taką decyzją nie mógł pogodzić się jednak brat Kasi. - Nie rozumiem, dlaczego złagodzono wyrok człowiekowi tak bezwzględnemu i okrutnemu. Przecież on zabił kobietę w ósmym miesiącu ciąży i było to jego dziecko. Sąd potraktował go ulgowo. Ciężko będzie mi żyć z tą świadomością - mówił pan Tomasz w rozmowie z "Wyborczą".

6 października 2004 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku zmienił 29-letniemu Bartoszowi H.  karę dożywotniego więzienia na 25 lat pozbawienia wolności. Zdaniem sądu mężczyzna nie działał ze szczególnym okrucieństwem wobec swojej partnerki i matki jego nienarodzonego dziecka, a Kasia miała zginąć niemal od razu, przy pierwszym zadanym ciosie. Na złagodzenie kary miało wpłynąć też to, że H. nie był wcześniej karany.

- W przypadku tej zbrodni nie może być mowy o szczególnym okrucieństwie, jak uznał to sąd niższej instancji, gdyż, choć oskarżony zadał swojej ofierze kilka uderzeń w głowę drążkiem do kierownicy samochodu, to śmierć kobiety nastąpiła niemalże błyskawicznie - wyjaśniał w uzasadnieniu sędzia Mirosław Cop, cytowany przez trojmiasto.pl. Jak dodał dalej, szczególne okrucieństwo ma miejsce wtedy, gdy ofiara jest dręczona i zadawane jej cierpienie jest ponad miarę.

Bartosz H. opuści więzienie w 2029 roku. Będzie miał 53-54 lata.

"Świeciłaś dobrocią przez całe życie. Zły człowiek skrócił ci życie" - można natomiast przeczytać na grobie zamordowanej Kasi.

Więcej o: