Ania uwielbiała taniec. Przez wiele lat była członkinią Klubu Tańca Towarzyskiego "Chochlik", który działał przy Ośrodku Kultury w Lubartowie. Była bardzo utalentowana, zdobywała nagrody na festiwalach. Mateusz K. pochodził z zamożnej rodziny. Był synem dwójki lekarzy szanowanych w Lubartowie. Poznali się w czasach licealnych. Pierwsze dwa latach ich związku układały się bardzo dobrze. Młodzi postanowili wyjechać razem na studia w Lublinie i wspólnie wynająć mieszkanie. Dopiero tam Mateusz pokazał swoje prawdziwe oblicze.
Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl
Zakochani wyjechali do Lublina w 2012 roku. Ania zaczęła studia kosmetologiczne, Mateusz K. chciał iść w ślady rodziców i wybrał medycynę. Nie dostał się jednak na wymarzoną uczelnię. Wybrał inny kierunek, jednak po dwóch miesiącach z niego zrezygnował. Wówczas zaczął się od wszystkich odsuwać. Stał się również zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Nie pozwalał Ani na przyprowadzanie koleżanek, nie chciał, aby jeździła do domu odwiedzić rodziców. Pewnego dnia Ania i Mateusz pojechali do rodziny w Lubartowie, a później poszli wspólnie na imprezę. Po powrocie matka zauważyła wybroczyny na szyi i twarzy dziewczyny.
Wtedy tłumaczyła to alergią, a mama Mateusza przepisała jej nawet na to lek. Dopiero dużo później przyznała, że ją dusił. Ale była zakochana i szukała sposobów, by to wtedy wytłumaczyć
- opowiadała Ewa, mama Ani, której słowa cytuje Wirtualna Polska.
Okazało się, że to nie była jednorazowa sytuacja, a mężczyzna wcześniej podnosił rękę na swoją partnerkę i zachowywał się agresywnie. Oprócz tego Mateusz miał fobię związaną z brudem. W pewnym momencie stała się ona tak silna, że mężczyzna kazał Ani myć ręce, zanim pozwolił jej się w jakikolwiek sposób dotknąć. Kobieta chciała odejść od Mateusza, ale się go bała. W końcu podjęła decyzję o wyprowadzce. Kiedy chciała zabrać swoje rzeczy, mężczyzna wpadł w szał, zaczął ją szarpać, wyzywać, aż w końcu zamknął ją na balkonie.
Ani udało się wydostać, po czym zadzwoniła po rodziców, żeby ją stamtąd zabrali. Ponownie zamieszkała z rodziną w Lubartowie. Mateusz zasypywał ją wiadomościami, chciał do niej wrócić. Był widziany w pobliżu jej domu, jednak nie robił nic podejrzanego. Ania dostała od niego SMS-a, w którym mężczyzna poinformował ją, że "podjął decyzję". Kobieta myślała, że Mateusz w końcu pogodził się z rozstaniem i nie będzie się z nią więcej kontaktować. Prawda okazała się zupełnie inna.
9 sierpnia 2013 roku 22-letni Mateusz od rana siedział w samochodzie przed domem Ani i czekał na dogodny moment. Kiedy mama dziewczyny wyszła na spacer z psem i chłopak nabrał pewności, że nikogo oprócz Ani nie ma, wszedł do domu, co nagrały kamery monitoringu. Miał nadal swój komplet kluczy, więc bez problemu udało mu się otworzyć drzwi. Ania zakładała soczewki kontaktowe, kiedy w domu pojawił się Mateusz. Miał ze sobą scyzoryk, którym poderżnął jej gardło. Zostawił ją na podłodze, a następnie wsiadł do samochodu i odjechał.
Celem jego podróży okazała się działka jego rodziców pod Lubartowem. Mężczyzna podpalił samochód, w którym siedział, chcąc popełnić samobójstwo. Ból palenia żywcem okazał się jednak zbyt silny, więc Mateusz wybiegł z pojazdu. Osmalony mężczyzna biegał po ulicy i próbował rzucać się pod nadjeżdżające samochody. Okoliczni mieszkańcy, widząc dantejskie sceny, powiadomili odpowiednie służby. Funkcjonariusze znaleźli Mateusza z licznymi oparzeniami. Przetransportowano go śmigłowcem do szpitala. Trzy zastępy straży pożarnej ugasiły płonący samochód. W wyniku wstępnych oględzin stwierdzono, że pojazd został podpalony przez jego właściciela. Na dodatek w jego pobliżu znaleziono zakrwawiony scyzoryk.
Krótko po pożarze samochodu służby otrzymały jeszcze jedno zgłoszenie. Zostali poinformowani o dziewczynie leżącej w kałuży krwi w domu. Ratownicy medyczni, którzy przyjechali na miejsce, nie zdołali uratować Ani.
Patolog stwierdził, że przyczyną zgonu było wykrwawienie. 21-latka miała ranę ciętą szyi
– mówiła Beata Syk-Jankowska, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Lublinie, cytowana przez portal Crime.
Przewieziony do szpitala Mateusz został wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną. Był w ciężkim stanie, jednak prokurator podjął decyzję o areszcie tymczasowym. Policjanci obserwowali go w szpitalu i czekali, aż się wybudzi, aby móc go przesłuchać. Kiedy to w końcu nastąpiło, Mateusz zeznał, że niczego nie pamięta.
Biegli psychiatrzy i psychologowie badali mężczyznę przez wiele miesięcy. W końcu wydali opinię, z której wynika, że gdy Mateusz zaatakował Anię, miał ograniczoną poczytalność. Mężczyzna został oskarżony o zabójstwo swojej byłej dziewczyny, a proces toczył się bez udziału mediów. Prokuratura wnioskowała o 25 lat więzienia, a rodzina domagała się kary dożywotniego pozbawienia wolności. Jednak z uwagi na ograniczoną poczytalność w momencie zabójstwa mężczyźnie groziło od 8 do 15 lat.
23 czerwca 2015 roku w Sądzie Okręgowym w Lublinie zapadł wyrok. Mateusz K. otrzymał karę 12 lat pozbawienia wolności i 50 tys. nawiązki dla matki zamordowanej.
Działając w zamiarze bezpośrednim zabójstwa Anny S., ostrzem noża typu scyzoryk wykonał co najmniej trzy ruchy posuwiste w poprzek szyi bez wyjmowania narzędzia (...) Czynu tego dopuścił się, działając w stanie reakcji dysforycznej, który to stan psychiczny w znacznym stopniu ograniczał zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem
- mówił na sali rozpraw sędzia Maciej Kielasiński, cytowany przez portal lubartow.24wspolnota.
Na poczet kary zaliczono dwa lata, które Mateusz K. spędził w areszcie tymczasowym na oddziale szpitalnym. Na dodatek mężczyzna otrzymał możliwość opuszczenia więzienia po odbyciu połowy zasądzonej kary. Oznaczało to, że Mateusz K. mógłby wyjść na wolność już w 2019 roku.
Nigdy nie zdradzał objawów choroby psychicznej. Czuję pustkę. Jest mi to trudno nawet skomentować
- powiedziała mama Ani po usłyszeniu wyroku. Jej słowa przytacza "Gazeta Wyborcza".
Niedługo po ogłoszeniu wyroku Mateusz K. był widziany na wolności przez koleżankę matki zamordowanej Ani.
Zobaczyła Mateusza K. na ulicy. Myślała, że po prostu uciekł z więzienia. Nikt nie mógł uwierzyć, że został zwolniony. Przecież on jest niebezpieczny, poderżnął gardło mojej córeczce
- relacjonowała pani Ewa w rozmowie z "Faktem".
Dziennik ustalił, że mężczyzna otrzymał dwumiesięczną przepustkę z więzienia. Powodem, dla którego Mateusz K. wyszedł na wolność, miała być operacja, której nie można było przeprowadzić w warunkach więziennych. Sprawa została nagłośniona, co sprawiło, że zainteresował się nią minister sprawiedliwości. Interwencja Zbigniewa Ziobro i jego podwładnych sprawiła, że w krótkim czasie Mateusz K. ponownie trafił do więzienia.
Od wyroku sądu pierwszej instancji prokurator generalny złożył kasację do Sądu Najwyższego. SN uchylił wyrok, a sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia w Sądzie Apelacyjnym w Lublinie. Prokuratura wnioskowała o 25 lat pozbawienia wolności, jednak sędzia uznał, że taka kara byłaby zbyt surowa.
Oskarżony jest zbyt młody, by uznać, że się już nie poprawi
- stwierdził sędzia Wojciech Zaręba cytowany przez Dziennik Wschodni
Jednocześnie uznał, że 12 lat pozbawienia wolności to zdecydowanie za mało, aby oskarżony o morderstwo przeszedł resocjalizację, o której konieczności mówiła opinia biegłych.
Życie straciła osoba młoda, przed którą otworem stało całe życie. Oskarżonego charakteryzuje egocentryzm, nadmierna koncentracja na własnej osobie, przesadne oczekiwanie zainteresowania nim. Są to cechy osobowości nieprawidłowej
- mówił sędzia Zaręba, którego słowa cytuje Radio Lublin.
Ostatecznie podwyższono wyrok Mateusza K. z 12 do 15 lat pozbawienia wolności.
* * *
Jeśli przeżywasz trudności i myślisz o odebraniu sobie życia lub chcesz pomóc osobie w kryzysie, pamiętaj, że możesz skorzystać z bezpłatnych numerów pomocowych:
Pod tym linkiem znajdziesz więcej informacji, jak pomóc sobie lub innym, oraz kontakty do organizacji pomagających osobom w kryzysie i ich bliskim.
Jeśli w związku z myślami samobójczymi lub próbą samobójczą występuje zagrożenie życia, w celu natychmiastowej interwencji kryzysowej, zadzwoń na policję pod numer 112 lub udaj się na oddział pogotowia do miejscowego szpitala psychiatrycznego.