O Marcie, co nie chciała Węgra. Co się stało nad brzegiem lodowatej rzeki?

Samochód, którym jechała Marta Herda, wpadł do lodowatej wody w porcie w Arklow. Młodej kobiecie udało się uciec z tonącego pojazdu, ale mężczyzna, który z nią podróżował, utonął. Sąd uznał, że Polka chciała się pozbyć uciążliwego adoratora i z premedytacją wjechała do rzeki. Czy rzeczywiście tak było? Sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Wikimedia Commons / Cianboy// Twitter / Eamon Dillon
Marta Herda

Marta Herda pochodzi spod Lublina. Uczyła się w liceum o profilu socjalnym, bo chciała pracować w ośrodku pomocy społecznej. Latem 2006 roku, zachęcona przez koleżankę, postanowiła wyjechać do Irlandii. Chciała trochę dorobić w czasie wakacji, a potem wrócić do kraju, żeby ukończyć naukę. Tak się jednak nie stało. 

Zobacz wideo Jak wygląda proces oskarżonego w procesie karnym? "Tylko raz widziałam, żeby po wyroku zaczął płakać"

Kolega z pracy stał się natarczywy. "Zdarzało się, że przyjeżdżał pod mój dom, za Martą"

Marta rzuciła szkołę i została w Irlandii. Uczyła się, jak funkcjonować w nowej rzeczywistości, poznawała język i ludzi, jednocześnie odkładając pieniądze na wymarzony samochód. Pracowała m.in. w jednym z hoteli w Arklow, mieście leżącym kilkanaście kilometrów na południe od Dublina. Była kelnerką, zajmowała się salą, na której urządzano wesela. To w tym hotelu poznała pochodzącego z Węgier Csabę Orsasa, który też był kelnerem.

Marta lubiła go, bo jak przyszła do pracy do hotelu, to Csaba był jednym z pierwszych, którzy jej pomogli rozeznać się w pracy, pokazać, co gdzie jest, jak pracować i tak dalej

- mówiła siostra Marty Herdy w programie "Superwizjer".

Marta i Csaba się zakolegowali, ale w pewnym momencie mężczyzna zaczął żywić do niej głębsze uczucia. Ze słów znajomych Polki wynika, że ona ich nie odwzajemniała i dawała Węgrowi do zrozumienia, że między nimi nic nie będzie. Ten nie dawał za wygraną. Zaczął kręcić się wokół jej domu, okazywał zazdrość, śledził ją. 

Zdarzało się, że przyjeżdżał pod mój dom, za Martą. Ale do mnie do domu nigdy nie wszedł. Raz wyszłam przed dom, tak się dziwnie spojrzałam na niego: po co on mi tu przyjechał w ogóle? Także później tylko podjeżdżał, sprawdzał, czy jest jej samochód i odjeżdżał

- opowiedziała dziennikarzom TVN-u Katarzyna Błaszczyk, koleżanka Marty Herdy.

Znajomi Polki mieli świadomość, że Csaba ją osaczył. Doradzali jej, żeby zgłosiła to na policję, ale Marta nie chciała tego robić. Tłumaczyła, że w ten sposób zaszkodzi Węgrowi, a mimo wszystko go lubii nie chce sprawiać mu problemów.

Marta jeździła ulicami miasta. Do Csaby zadzwoniła aż trzy razy

Noc z 25 na 26 marca 2013 roku Marta spędziła w domu swojego znajomego, Victora, który również pochodzi z Węgier. Pod jego oknami miał się kręcić Csaba. Polka piła czerwone wino, dlatego Victor odwiózł ją do domu jej samochodem, a następnie wrócił do siebie na piechotę. Marta nie poszła jednak spać. 

Ze słów kobiety wynikało, że Csaba Orsas przyszedł pod jej dom. Miał wsiąść do jej samochodu i powiedzieć, żeby pojechała z nim na plażę. Był zdenerwowany, mówił podniesionym głosem, bo był zazdrosny o Victora. Policjanci ustalili jednak inną wersję wydarzeń. Z nagrań monitoringu wynika, że Marta wsiadła do swojego samochodu sama. Kiedy jeździła po mieście, trzykrotnie dzwoniła do Csaby i krótko z nim rozmawiała. Nie jest jasne, o czym. 

Na nagraniu z monitoringu widać, że mimo niemal pustej ulicy, kobieta jedzie bardzo ostrożnie. Z analizy billingu wynika, że w tym czasie dzwoniła do Csaby Orsasa i rozmawiała z nim przez blisko siedem minut. Była zaledwie kilkaset metrów od jego domu. Po trzech minutach od zakończenia tej rozmowy zadzwoniła do niego ponownie. Na kilkanaście minut przed wjechaniem auta do wody. Podczas przesłuchania, skonfrontowana z tymi ustaleniami, nie potrafiła wyjaśnić, gdzie w takim razie wsiadł jej pasażer. I dlaczego do niego dzwoniła. Twierdziła, że tego nie pamięta

- relacjonują dziennikarze "Superwizjera".

Rodzina Marty twierdzi, że kobieta nie bała się Csaby, ale obawiała się o niego. Mężczyzna miał mówić, że Polka "odebrała mu ostatnią nadzieję" i twierdzić, że zrobi sobie krzywdę, jeżeli nie odwzajemni jego uczucia.

Była wyziębiona, a policjanci zachęcali ją do zeznań. "Robiłam wszystko, co tylko chcieli"

Wiadomo, że 26 marca 2013 roku Marta i Csaba jechali razem samochodem marki Volkswagen Passat, który należał do niej. W pewnym momencie pojazd przebił się przez barierki w pobliżu kanału portowego i wpadł do wody. Marta zdołała się uratować, uciekając z pojazdu przez otwarte okno od strony kierowcy. W wodzie straciła buty, prąd pchnął ją na falochron. Wyziębiona kobieta zdołała wydostać się na brzeg, prosiła o pomoc przypadkowe osoby. Mówiła chaotycznie, miała sine wargi, powtarzała, że w samochodzie, który wpadł do wody, jest Csaba. Na miejsce przyjechały służby. Okazało się, że Węgier nie żyje. Fale wyrzuciły jego ciało na jedną z pobliskich plaż.

Martą zajęło się pogotowie. Ratownicy zawinęli ją w koc, próbowali ją rozgrzać. Stwierdzono hipotermię. Jeszcze zanim stanęła na nogi, policjanci zachęcali ją do zeznań.

Powiedzieli mi, żebym jak najszybciej poszła zeznawać. Będzie to dla mnie najlepsze, jeśli to jest świeże, więc ja się zgadzałam na wszystko, podpisywałam wszystko, robiłam wszystko, co tylko chcieli. Chciałam jak najwięcej pomóc i zrobić

- wspominała Marta Herda w programie "Uwaga!".

W czasopiśmie "Prokuratura i Prawo" czytamy, że tuż po zdarzeniu kobieta miała powiedzieć do funkcjonariuszy Gardy: "Wjechałam do wody" (ang. I drove into water). Zdaniem śledczych słowo "wjechałam" wskazuje na to, że zrobiła to celowo, bo gdyby mówiła o przypadkowym zdarzeniu, użyłaby słowa "wpadłam". Marta Herda miała też powiedzieć: "Miałam tego dość" (ang. I had enough of this). Funkcjonariusze uznali, że mówiła w ten sposób o swoim uciążliwym adoratorze. Komentatorzy podkreślają jednak, że język angielski nie jest językiem ojczystym Marty, dlatego mogła używać go w sposób nieprecyzyjny, zwłaszcza w sytuacji stresującej. Nikt też nie zadbał o to, by Polka mogła skorzystać z pomocy tłumacza.

Tabloidy wydały wyrok w sprawie Marty. Nazywały ją "Ice Queen Killer"

Gdy samochód Marty został wyciągnięty z wody, śledczy skupili się na tym, bo go zbadać. Ustalili, że kilka metrów przed wpadnięciem do wody ktoś zaciągnął w nim hamulec ręczny. Nie jest jednak pewne, czy zrobiła to Marta, czy Csaba. Specjaliści uznali także, że po tym, jak auto znalazło się w wodzie, przez 30-40 sekund można było w nim otworzyć okna. Po tym czasie system elektroniczny w pojeździe odmówił posłuszeństwa. 

Śledczy uznali, że zebrane dowody wskazują na to, że mają do czynienia z zaplanowaną zbrodnią, a nie nieszczęśliwym wypadkiem. O tym, że Marta chciała zabić Csabę, miało świadczyć m.in. to, że w chwili zdarzenia miała na sobie lekkie ubrania, niepasujące do marcowej pogody. Na niekorzyść Polki działały też jej pierwsze zeznania, w których nie umiała wyjaśnić, w jaki sposób Csaba znalazł się w jej aucie. To, że Marta wydostała się z tonącego pojazdu, miało z kolei udowadniać, że wiedziała, iż wjedzie do wody i z wyprzedzeniem otworzyła okno po stronie kierowcy. Obciążające były także słowa pielęgniarki, która zajmowała się nią po tym, jak doszło do tragicznego zdarzenia. Kobieta zeznała, że Polka mówiła o tym, że Csaba nie potrafi pływać. Co więcej, Marta miała powiedzieć: "Nie wierzył, że to zrobię" (ang. He didn’t believe I will do that). Wątpliwości rodziny Marty wzbudza jednak to, że pielęgniarka wspomniała o tym dopiero po trzech latach od zdarzenia.

Sprawę zabójczyni o lodowatym sercu opisywały irlandzkie media. Zanim zapadł wyrok, tabloidy uznały Martę za winną i przyglądały się jej z każdej strony, analizując m.in. to, jak się ubiera. "Świadoma mody zabójczyni Marta Herda wypróbowywała nowe stylizacje KAŻDEGO DNIA procesu" - pisał "The Irish Sun".

Ławnicy nie mieli wątpliwości. "On powiedział też jedno słowo"

Marta dostała obrońcę z urzędu. Ten doradził jej, by podczas procesu nie zeznawała. Polka posłuchała i w sądzie uparcie milczała. Po zapoznaniu się z dowodami decyzję w jej sprawie podjęli ławnicy. Obrady trwały ponad osiem godzin. Kierujący rozprawą sędzia Patrick McCarthy wyjaśnił, że możliwe są trzy rozstrzygniecia - uznanie kobiety za niewinną, winną zaplanowanego morderstwa lub winną zabójstwa będącego skutkiem wypadku. 11 z 12 ławników uznało, że Marta Herda jest winna morderstwa swojego kolegi z pracy, co oznaczało dla niej wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. 

Polka trafiła do więzienia Dochas, które jest placówką o zaostrzonym rygorze. Jej rodzina wciąż twierdzi, że Csaba zginął w nieszczęśliwym wypadku, a Marta nie chciała mu zrobić krzywdy. Ona sama też przekonuje o swojej niewinności.

Nie był moim chłopakiem, nie miałam z nim żadnych seksualnych powiązań czy nawet pocałunków. Nie spotykaliśmy się poza pracą. Wszystkie sytuacje się działy po prostu w mieście. Ja nigdy w życiu go nie prosiłam ani nie zapraszałam do samochodu. Zatrzymałam się, chciałam się z nim dogadać, żeby po prostu było dobrze. To było głupie, żałuję tego bardzo. Jestem pewna, że nie miał pasów i był skierowany cały czas w moją stronę, machał rękami i był bardzo zły. Krzyczał: 'F***ing Victor, f***ing Victor!'. Nie mógł przestać krzyczeć tego. I wtedy, ostatnie co pamiętam, to była twarz jego przy mojej twarzy. Później nie pamiętam uderzenia... Musiałam stracić kontrolę nad tym wszystkim, co się dzieje dookoła. Skupiłam się tylko na jego postaci i nie pamiętam w ogóle uderzenia w barierki. Nie mogłam uwierzyć w ogóle, co się stało, zamarłam. To jest uczucie nie do opisania. Spojrzałam na niego, powiedziałam: 'No i co teraz? Zobacz. On powiedział też jedno słowo, jak pamiętam: 'Uciekaj'

- mówiła Marta Herda w rozmowie z dziennikarzami "Uwagi!".

Polka złożyła apelację od wyroku, ale Irlandzki Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję ławników. W 2018 roku "Kurier Lubelski" poinformował, że adwokat skazanej złożył wniosek do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Liczymy, że Trybunał uzna, że w przypadku Marty doszło do naruszenia praw człowieka i jej sprawa zostanie na nowo zbadana. Szykujemy też nowe dowody w sprawie. Udało nam się m.in. ustalić, że Węgier umiał doskonale pływać. Marta nie mogła więc zaplanować jego utopienia

- powiedziała siostra Marty Herdy, której słowa cytuje "Dziennik Wschodni".

Rodzina skazanej założyła też stronę internetową o sprawie Marty i zorganizowała zbiórkę pieniędzy na pomoc prawną dla niej.

Więcej o: