Był piątek 23 maja 2003 roku, kiedy Bartosz H. postanowił umówić się z Kasią M. na spotkanie pod jej blokiem na Brodwinie w Sopocie. Kiedy pojawił się na miejscu, zaproponował byłej partnerce wycieczkę na Kaszuby. Bartosz zdradzał Kasię, ale ponieważ spodziewali się dziecka, starali się utrzymywać dobre relacje. "Podobno w połowie maja obiecał jej, że będzie jej dawał na dziecko 650 zł miesięcznie, że kupi wózek, wyprawkę" - pisze portal trojmiasto.pl.
Kasia wybrała się z Bartoszem nad jezioro Bródno Małe, nie mówiąc o tym bliskim. Gdy dotarli na miejsce, postanowili zejść stromą ścieżką na brzeg. To właśnie wtedy Bartosz H. zaatakował Kasię, uderzając ją w głowę metalową blokadą do kierownicy. Po chwili dziewczyna padła nieprzytomna na ziemię, mężczyzna zabrał jej telefon i dokumenty, po czym odjechał.
Dwa dni później rodzina Kasi zgłosiła jej zaginięcie. Policjanci przesłuchali Bartosza H., ale ten uparcie twierdził, że nie wie, gdzie się podziała jego była partnerka. Z doniesień portalu trojmiasto.pl wynika, że dzień po zabójstwie Bartosz H. wybrał się ze swoją matką do sklepu i kupił... wózek dziecięcy. W jej obecności dzwonił do Kasi.
Kilka dni później przypadkowi turyści znaleźli zwłoki ciężarnej 30-latki leżące na skarpie. Wówczas Bartosz H. się złamał.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Gdybym nie zauważył tej laski, leżącej na podłodze w samochodzie, to nic by się nie stało. Nie miałem zamiaru zabicia Kasi, po prostu chwyciłem ten przedmiot
- mówił w prokuraturze sprawca, którego słowa cytuje Wirtualna Polska.
Bartosz H. przyznał się do winy, ale utrzymywał, że nie pamięta, co się stało nad jeziorem. Zbadali go biegli psychiatrzy, którzy stwierdzili, że oskarżony nie jest chory psychicznie, a w momencie popełnienia przestępstwa nie miał ograniczonej poczytalności. Ocenili, że to człowiek inteligenty i spokojny, ale przy tym egocentryczny i pedantyczny.
To inteligentny i wykształcony człowiek. Skończył studia. Zna języki obce - angielski i chiński. Podczas przesłuchań spokojny i opanowany. Przyznał się do zabójstwa. W jego mieszkaniu znaleźliśmy rzeczy Kasi. Nietypowy zabójca.
- tak charakteryzował Bartosza H. prokurator Wiesław Malinowski, którego słowa przytacza "Gazeta Wyborcza".
Portal gansk.naszemiasto.pl relacjonuje, że matka oskarżonego zeznała przed sądem, iż jej syn "nigdy nie miał kolegów ani przyjaciół", ale był bardzo skrupulatny - ołówki miał ułożone od najmniejszego do największego. Do tych słów nawiązał sędzia Andrzej Węglowski, który uzasadniał wyrok gdańskiego Sądu Okręgowego.
Uchodził za pedanta, był tak pedantyczny, że nawet ołówki na jego biurku leżały od najmniejszego do największego. Kasia M. była dla niego ołówkiem, który leżał w niewłaściwym miejscu. (...) Dlatego zaplanował zabójstwo
- mówił.
20 maja 2004 roku sąd skazał Bartosza H. na dożywocie. Uznał, że sprawca zabił, bo nie chciał być ojcem. Ciąża miała mu przeszkadzać w realizacji jego planów na życie.
Sprawa zabójstwa Kasi M. trafiła do sądu apelacyjnego, który zmienił wyrok dla Bartosza H. 6 października 2004 roku został skazany na karę 25 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał, że zbrodnia, której się dopuścił, nie była zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem.
Nie może być mowy o szczególnym okrucieństwie, bo choć ofiarę uderzył w głowę kilka razy blokadą kierownicy, to śmierć nastąpiła błyskawicznie. Szczególne okrucieństwo polega na dręczeniu ofiary, zadawaniu jej cierpień ponad miarę
- tłumaczył sędzia Mirosław Cop, którego słowa przywołuje portal trojmiasto.pl. Brat zamordowanej nie mógł przeboleć tej decyzji.
Nie rozumiem, dlaczego złagodzono wyrok człowiekowi tak bezwzględnemu i okrutnemu. (...) Przecież on zabił kobietę w ósmym miesiącu ciąży i było to jego dziecko
- komentował w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Matka zamordowanej kobiety - ku zdziwieniu wielu - nie chciała walczyć o surowszą karę dla zabójcy Kasi.
Po ostatnim procesie miesiąc spędziłam w szpitalu. Nie chcę już żadnych więcej spraw, niech to się skończy
- mówiła portalowi gdansk.naszemiasto.pl.
Obrończyni Bartosza H. Beata Godecka-Pirek stwierdziła z kolei, że nie powinna być zadowolona z ostatecznego wyroku w tej sprawie, jednak jej zdaniem jej klient to "człowiek chory psychicznie, czego biegli nie zdołali dostrzec".