1 października 2007 roku, krótko przed wyborami parlamentarnymi, agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego (którym zarządzał wówczas Mariusz Kamiński) zatrzymali ówczesną posłankę Platformy Obywatelskiej Beatę Sawicką oraz burmistrza Helu Mirosława Wądołowskiego. "Gazeta Wyborcza" przypomina, że politycy zostali złapani na gorącym uczynku. Sawicka przyjęła drugą ratę ze 100 tys. zł, których miała zażądać za pomoc w ustawieniu przetargu, Wądołowski - teczkę, w której znajdowało się 150 tys. zł. Pieniądze wręczyli im agenci CBA, którzy podawali się za biznesmenów chcących kupić atrakcyjną działkę na Helu. Dzień po tych wydarzeniach Platforma Obywatelska usunęła Sawicką z partii, a polityczka zrezygnowała z udziału w wyborach do Senatu.
16 października 2007 roku szef CBA Mariusz Kamiński zorganizował konferencję, na której przedstawił część materiałów operacyjnych w sprawie posłanki. Było wśród nich nagranie z parku koło Sejmu, na którym widać, jak Sawicka przyjmuje torbę.
Mogliśmy ją wtedy zatrzymać, ale nie zrobiliśmy tego, bo celem operacji specjalnej było zweryfikowanie tego, czy za pomocą mechanizmu korupcyjnego można nabyć nieruchomość na Helu. Mieliśmy bardzo mocny materiał dowodowy wobec Sawickiej
- mówił Kamiński, którego wypowiedź cytowała telewizja TVN24.
Po wystąpieniu Kamińskiego Sawicka wydała oświadczenie, w którym zasugerowała, że została wytypowana i uwikłana w sytuację korupcyjną przez funkcjonariusza CBA, który działał w nieszablonowy sposób. Miał wysyłać jej czułe SMS-y, obdarowywać ją kwiatami i upominkami.
Nie uchylam się od odpowiedzialności, lecz to była misternie od roku przygotowana prowokacja, a jej kulminacja nastąpiła przed wyborami. I wczoraj tak naprawdę zostałam zabita, wczoraj mnie ukamienowano za życia. Kiedyś to robiono po wyroku, dziś inne są metody niszczenia człowieka
- mówiła Sawicka.
Była posłanka przyznała, że była zafascynowana człowiekiem, który przedstawił się jej jako przedsiębiorca budowlany Tomasz Piotrowski.
Jestem tylko człowiekiem, którego zgubiła otwartość, ufność i wiara w dobre intencje drugiej osoby. Kiedyś ta wiara, ufność pozwoliła mi uzyskać mandat posła. Przyznaję, że ten człowiek zafascynował mnie swoją przedsiębiorczością, swoją osobowością. Miał coś w sobie
- mówiła.
O słowa płaczącej Sawickiej został zapytany Mariusz Kamiński, który udzielił wywiadu "Rzeczpospolitej". Przekonywał wówczas, że to, co mówi była posłanka, nie jest prawdą.
Funkcjonariusze działający operacyjnie często są narażeni na oskarżenia przestępców, dlatego bardzo starannie dokumentują swoje działania. Tak było również w tym przypadku. Wszystkie spotkania naszego funkcjonariusza z panią Sawicką są udokumentowane. Nie ma mowy o jakichkolwiek kontaktach intymnych. To oszczerstwo
- twierdził. Odpierał także zarzuty, że akcja CBA miała pogrążyć Platformę Obywatelską tuż przed wyborami parlamentarnymi.
Beata Sawicka zdecydowała się na złożenie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, wskazując, że funkcjonariusze CBA, "uciekając się do wyrafinowanych i nieetycznych praktyk, przekraczając swoje uprawnienia, mogą bezkarnie wzbudzać u obywateli zamiar popełnienia przestępstwa".
5 listopada 2007 roku, gdy tylko wygasł mandat Sawickiej, została ona zatrzymana przez CBA po raz kolejny. Dwa dni później Sąd Rejonowy w Poznaniu uznał zatrzymanie za bezzasadne i nie uwzględnił wniosku o jej tymczasowe aresztowanie. Niedługo później Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał część zażalenia prokuratora i zadecydował, że jeśli Sawicka chce zostać na wolności, musi zapłacić 300 tys. zł poręczenia majątkowego. Była posłanka to zrobiła. Oddała także 50 tys. zł, które dostała od agentów CBA.
Sprawa Sawickiej ciągnęła się w sądzie przez dwa i pół roku. W mowie końcowej prokurator wnosił o wymierzenie jej kary za korupcję oraz nakłanianie do płatnej protekcji. Chciał, żeby spędziła w więzieniu 5 lat i zapłaciła 54 tys. zł grzywny.
Odebrano mi godność, odarto z intymności, skrzywdziło mnie demokratyczne państwo, to polityczne barbarzyństwo
- powiedziała Sawicka w tzw. ostatnim słowie przed wyrokiem.
To, co prokurator robił wobec mnie, było nieludzkie. Nic nie będzie w stanie mnie przekonać, że prokuratorzy występujący w tej sprawie są apolityczni. Oni są politykami PiS
- powiedziała Sawicka w wystąpieniu, które trwało 50 minut.
Sąd I instancji uznał, że była posłanka PO jest winna popełnienia zarzucanych jej czynów i skazał ją na karę trzech lat pozbawienia wolności, pozbawienie praw publicznych na cztery lata, przepadek uzyskanej korzyści majątkowej oraz grzywnę.
Po tym, jak zapadł wyrok w sprawie Sawickiej, Donald Tusk przepraszał Polaków za to, że "w polityce - także kiedyś w Platformie - pojawiają się ludzie, którzy nie powinni trafić do polityki, ponieważ nie są w stanie sprostać elementarnym standardom etycznym".
Nie mam wątpliwości, że sprawa Sawickiej - wtedy, kiedy miała miejsce, a więc pięć lat temu, była przez PiS wykorzystywana politycznie - i przed kampanią wyborczą, i po kampanii wyborczej. To, że nie przyniosła skutku i że PiS na tym nie wygrał, to jest to inna sprawa
powiedział Tusk, którego słowa przytacza "Dziennik Gazeta Prawna".
Sprawa byłej posłanki trafiła ostatecznie do Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który uniewinnił Sawicką od popełnienia zarzucanych jej czynów "z powodu rażących uchybień CBA".
CBA nie ma prawa do inwigilacji dowolnie wybranej osoby, gdy nie istnieje choćby domysł, że ta osoba ma choćby zamiar popełnić przestępstwo. Demokratyczne państwo prawa wyklucza testowanie obywateli przy użyciu tajnych metod
- mówił sędzia Paweł Rysiński, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".
Zebrany materiał dowodowy został zdyskwalifikowany, a działania agentów CBA uznane za nielegalne. Sąd podkreślił jednak, że faktem jest, iż Beata Sawicka przyjęła korzyść majątkową.
Sąd uwalnia oskarżoną jedynie od odpowiedzialności karnej, ale nie etycznej i moralnej za przestępcze zachowania w tej sprawie
- kontynuował Rysińki.
Agenta Tomka, który miał uwieść Beatę Sawicką, poznała także Weronika Marczuk. Aktorka została zatrzymana przez CBA 23 września 2009 roku w związku z domniemanym przyjęciem 100 tys. zł łapówki i planowanym przyjęciem kolejnych 300 tys. zł w zamian za pomoc w ustawieniu prywatyzacji Wydawnictwa Naukowo-Technicznego. Groziło jej za to osiem lat więzienia.
W pewnym momencie, zaprzyjaźniając się z panią Marczuk, Tomasz Kaczmarek uzyskał informacje, że ma ona znajomego - Bogusława Seredyńskiego, prezesa Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Okazało się, że te wydawnictwa mają być prywatyzowane. Tomek doszedł do wniosku, że to kolejny trop, że może być przy tym korupcja. Wiadomo było, że nie ma właściwie żadnych dowodów, szczególnie przeciwko Marczuk. Ale sprawę trzeba było zakończyć, nie można było się wycofać i stwierdzić, że cała akcja była na nic, bo te osoby są niewinne. Po prostu musiało być jakieś zakończenie, przynajmniej zatrzymanie. A co potem postanowi prokuratura, to już CBA nie obchodziło
- mówił były funkcjonariusz CBA w rozmowie z Gazetą.pl.
Marczuk trafiła do aresztu, a żeby z niego wyjść, musiała zapłacić 600 tys. zł kaucji. 10 stycznia 2011 roku prokuratura oczyściła ją z zarzutu płatnej protekcji, a śledztwo umorzono.
To nie były metody jednego agenta. To była machina zaprogramowana na bezwzględne osiąganie celów, jakie stawiało sobie CBA. W ten sposób potraktowano wiele osób. Państwo ma taką siłę, że każdego może zmiażdżyć. Potem wystarczy zamówić kilka kamer telewizyjnych, pokazać pikantne zdjęcia i cała Polska żyje np. spreparowanym łapówkarstwem, ale już rzeczywistym aresztem. Gorzka to satysfakcja mówić teraz o tych bandyckich metodach. (...) Nie cofa się utraconych lat i szans na rodzinę. Przeszłam przez piekło i nikomu tego nie życzę
- mówiła po latach Marczuk w wywiadzie dla "Faktu".
Tomasz Kaczmarek uznawany był za "perłę CBA" i najsłynniejszego agenta tej formacji. Nie pracował tam jednak długo, bo od momentu jej powstania w 2006 roku do 2010 roku, a więc do czasu zmiany kierownictwa. Rok później został posłem na Sejm z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.
W listopadzie 2023 roku "Gazeta Wyborcza" ujawniła, że "agent Tomek" zgłosił się do prokuratury i zeznał, że "Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik kazali mu przekazywać ściśle tajne materiały popierającym PiS dziennikarzom, by niszczyć politycznych konkurentów". Zawnioskował też o nadanie mu statusu świadka koronnego. Były agent CBA uważa, że po wyborach parlamentarnych z 2023 roku jest szansa, iż "prokuratura przestanie służyć PiS" i zajmie się tą sprawą.
W styczniu 2020 roku "agent Tomek" był gościem programu "Onet Rano", w którym złożył samokrytykę.
Przepraszam Beatę Sawicką, Weronikę Marczuk i inne osoby, z którymi się zetknąłem podczas mojej pracy operacyjnej. Po prostu to na mnie ciążyło - to że kłamałem, oszukiwałem, to, że wkręcałem ludzi w przestępstwa, których nie popełniali, ponieważ w sposób bezrefleksyjny, bezmyślny, wykonywałem polecenia moich przełożonych
- wyznał były poseł w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem, mówiąc, że ma "ogromnego kaca".