Zabójstwo wiceministra PiS. Choć winny szybko się przyznał, niektórzy wciąż łączą tę sprawę ze Smoleńskiem

Eugeniusz Wróbel zginął w szczególnym momencie historii Polski, bo pół roku po katastrofie lotniczej w Smoleńsku. Gdy media obiegła informacja o jego zabójstwie, opinia publiczna czekała na raport MAK. Prawicowe media szybko połączyły te dwa wydarzenia, ale śledczy ustalili, że śmierć Wróbla nie ma związku z tym, co dzieje się wokół wraku samolotu Tu-154. Prawdę o tym, jak wyglądały ostatnie chwile życia byłego wiceministra, wyjawił jego syn.
Eugeniusz Wróbel (po środku)
GRZEGORZ CELEJEWSKI/ Agencja Wyborcza.pl

Eugeniusz Wróbel był wicewojewodą katowickim, a następnie posłem i ekspertem sejmowej Komisji Transportu i Łączności. W latach 2005-2007 pełnił funkcję wiceministra transportu w pierwszym rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Po zakończeniu kariery politycznej wrócił do pracy na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, wykładał na tamtejszym Wydziale Automatyki, Elektroniki i Informatyki. To z jego inicjatywy powstało Górnośląskie Towarzystwo Lotnicze, które doprowadziło do uruchomienia Międzynarodowego Portu Lotniczego w Pyrzowicach. Wróbel był też zaangażowany w powstanie Centrum Kształcenia Kadr Lotnictwa Cywilnego Europy Środkowo-Wschodniej przy Politechnice Śląskiej.

Zobacz wideo Prof. Skarżyńska: Okres przeżywania wspólnej żałoby po Smoleńsku był bardzo krótki

Ze względu na jego wykształcenie i zainteresowania Eugeniusz Wróbel miał brać udział w wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej, która miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" potwierdził to były minister transportu Jerzy Polaczek.

Z pewnością wsparcie Eugeniusza w takim kluczowym momencie byłoby nieocenione. Myślę, że nie zdradzę tu nic nadzwyczajnego, jeśli powiem, że uzgadnialiśmy nawet scenariusz jego pomocy i zakres współpracy w kwestiach trudnych, zwłaszcza jeśli chodzi o tematykę samego lotniska Siewiernyj. Eugeniusz specjalizował się m.in. w zagadnieniach z zakresu utrzymania i rozwoju lotnisk oraz kompetencji służb zarządzających ruchem lotniczym. Pod tym względem w Polsce takich osób z tak dużym doświadczeniem zawodowym, ale i państwowym jest niewiele

mówił.

Eugeniusz Wróbel nie wziął udziału w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy, bo zaginął 15 października 2010 roku, czyli sześć miesięcy po tragedii w Smoleńsku i trzy dni przed publikacją raportu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). Prawicowe media szybko połączyły ze sobą te wydarzenia. Śledczy wykazali jednak, że wyjaśnienie zaginięcia byłego wiceministra jest całkiem inne.

Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Detektyw nie wierzył z porwanie. "Zbyt wiele rzeczy nie pasowało do tej wersji"

W dniu, w którym Eugeniusz Wróbel zaginął, miał urlop. Chciał wytapetować pokój na parterze swojego domu przy ulicy Hibnera w Rybniku. Zebrał wszystkie potrzebne narzędzia i wziął się do pracy.

Z podcastu Morderstwo (nie)doskonałe dowiadujemy się, że około godziny 15 pod dom podjechała żona Eugeniusza Wróbla. Wówczas zadzwonił do niej syn, 30-letni Grzegorz. Poprosił, żeby jeszcze nie wchodziła, bo ma dla niej niespodziankę. Kobieta ucieszyła się i nie weszła do domu, zamiast tego odwiedziła mieszkającą obok córkę. Gdy w końcu postanowiła wrócić do siebie, nie zastała ani syna, ani męża. 

Kobieta zaczęła się niepokoić. Jej mąż nie odbierał telefonu, w domu zostawił nawet obrączkę. Grzegorz twierdził, że ojciec wyszedł do sklepu, bo chciał kupić zamek do drzwi, a on sam wrócił do swojego mieszkania w Katowicach. Żona Eugeniusza Wróbla i jego córki zaczęły podejrzewać, że doszło do porwania. Jeszcze tego samego dnia w Rybniku zaroiło się od plakatów mówiących o poszukiwaniach byłego wiceministra. W wyjaśnianie sprawy zaangażowała się policja oraz wynajęty przez rodzinę polityka prywatny detektyw.

Rodzina sugerowała, że wiceminister z przyczyn politycznych mógł zostać porwany dla okupu. Od samego początku w to nie wierzyłem. Zbyt wiele rzeczy nie pasowało do tej wersji

- wspominał Arkadiusz Andała, prywatny detektyw z Chorzowa, z którym rozmawiała "Gazeta Wyborcza".

Zwrócili uwagę na rolki tapety. W domu Wróbla czegoś brakowało

Andała szybko zasugerował, że za zaginięciem Eugeniusza Wróbla może stać jego syn, Grzegorz. Rodzina byłego wiceministra nie chciała w to wierzyć, ale wiele wskazywało na to, że detektyw ma rację. Zwrócił on uwagę, że w pokoju, który remontował polityk, było zbyt mało rolek tapety, by mógł pokryć wszystkie ściany. Co więcej, choć Wróbel miał przerwać pracę, żeby tylko pójść do sklepu, podłoga w remontowanym pokoju lśniła czystością.

Policja też poszła tym tropem. Do domu Wróblów wkroczyli  technicy kryminalistyczni, którzy użyli lamp ultrafioletowych i w ten sposób znaleźli ślady krwi na ścianach i suficie. Badania DNA wykazały, że to krew zaginionego Eugeniusza Wróbla. Śmierć byłego wiceministra stała się realnym scenariuszem.

Dzień po zaginięciu Eugeniusza Wróbla media obiegła nieoficjalna informacja, że policja zatrzymała jego syna. 30-latek podczas przesłuchania miał przyznać się do zabójstwa. Dwa dni później do sądu w Rybniku trafił wniosek o aresztowanie młodego mężczyzny.

Prokuratura przyznała, że dowody wskazują na śmierć byłego wiceministra, oraz że narzędziem zbrodni był najprawdopodobniej nóż

- informował wówczas Onet.

Tej zbrodni nikt się nie spodziewał. "To wydaje się niemożliwe. Rodzina jak z obrazka"

"Fakt" podawał, że Grzegorz opowiedział śledczym o tym, co zrobił, ale odmówił udziału w wizji lokalnej. Przyznał, że zaatakował ojca nożem, zadając mu kilka ciosów w szyję, bark oraz tułów. Po zabójstwie zaciągnął ciało ojca do łazienki, rozłożył folię malarską, a następnie poćwiartował zwłoki elektryczną piłą łańcuchową. Kawałki ciała owinął w tapetę i włożył do worków, a następnie po sobie posprzątał. Potem zapakował ciało ojca do samochodu i wywiózł je nad Zalew Rybnicki. Był instruktorem żeglarstwa, znał teren i miał dostęp do hangarów w przystani. Fragmenty zwłok wrzucił do wody. W kolejnych dniach płetwonurkowie przeczesywali dno zbiornika wodnego. Wyciągali z niego kolejne części ciała byłego wiceministra.

Nie spałam całą noc. To mi się w głowie nie mieści, że Grzesiu zabił ojca. To wydaje się niemożliwe. Rodzina jak z obrazka, zawsze braliśmy z nich przykład. Mieszkają dwa domy od nas. Pan Eugeniusz był wspaniałym człowiekiem, znałam go od dziecka, mieszkał w domu po swojej babci. Zawsze ułożony, kulturalny i taki uprzejmy. Mój syn dzięki niemu trafił jeszcze w podstawówce do harcerstwa. Pan Eugeniusz był jego instruktorem. Prowadził młodzież w zastępie harcerzy wodnych. Czasem wypływali na jachtach nawet pod Warszawę. Nikomu z nas nie mieści się w głowie ta makabryczna zbrodnia

mówiła w rozmowie z "Faktem" jedna z sąsiadek Wróblów.

Dlaczego Grzegorz zabił swojego ojca? Prawdopodobnie chodziło o pieniądze. Media obiegła informacja, że 30-latek chciał wyjechać do USA, ale żeby to zrobić, potrzebował pomocy finansowej. Ojciec nie chciał mu jej udzielić. Detektyw Arkadiusz Andała stwierdził z kolei w rozmowie z "Gazetą Wyborczą", że między ojcem a synem był "pewnego rodzaju spór światopoglądowy", ale nie chciał tej myśli rozwinąć.

Grzegorz W. nie został oskarżony. "Były w tej decyzji jakieś kontrowersje"

Grzegorz W. usłyszał zarzuty, ale do procesu nie doszło, ponieważ biegli stwierdzili, że jest on niepoczytalny z powodu choroby psychicznej. Wzbudziło to pewne kontrowersje.

Pamiętam, kiedy prokuratura w Rybniku przysłała wniosek o umorzenie postępowania i umieszczenia Grzegorza W. na detencji, czyli na przymusowym leczeniu w zakładzie zamkniętym, wszyscy byliśmy bardzo zaskoczeni. Nie tylko my, cała opinia publiczna. Nie ukrywam, że były w tej decyzji jakieś kontrowersje, które mnie wówczas też niepokoiły. Dlaczego? Niepoczytalność stwierdzono w oparciu o opinię biegłych z Rybnika, dwóch psychiatrów, na podstawie opinii laboratoryjnej. A więc nie wysłano go na obserwację psychiatryczną. (...) Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że żona Eugeniusza Wróbla była wówczas szefową lokalnej instytucji pedagogiczno-psychologicznej 

powiedział w rozmowie z NaTemat.pl Jacek Bombor, dziennikarz "Dziennika Zachodniego".

Ze względu na stwierdzoną niepoczytalność Grzegorz W. nie został oskarżony. Sąd umieścił go na oddziale psychiatrii sądowej w szpitalu w Branicach. 

"Gdyby w Polsce miała powstać szkoła, ucząca odpowiedzialności za innych, byłby dziekanem"

Po miesiącu od zabójstwa Eugeniusza Wróbla odbył się jego pogrzeb. W uroczystościach pogrzebowych wzięło udział ponad 1000 osób.

Żegnamy dziś najbardziej kompetentnego, rozumiejącego problemy lotnictwa w sposób najbardziej kompleksowy, wysokiego urzędnika państwowego, jakiego w ciągu minionych 20 lat miała niepodległa Polska, której dobrze służył. Był wybitnym urzędnikiem państwowym, człowiekiem służby publicznej. Gdyby w Polsce miała powstać szkoła, ucząca odpowiedzialności za innych w państwie, byłby z pewnością dziekanem tej uczelni

- mówił na cmentarzu w Rybniku były minister transportu Jerzy Polaczek.

Więcej o: