Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Podszedł do policjantów i powiedział, że zabił znanego dziennikarza. "Podpisałem pakt z diabłem"

- Krzysiek nie bał się zapraszać do siebie ludzi z ulicy. Był bardzo ufny. Tak żył - mówiła o Krzysztofie Leskim jego przyjaciółka. Kiedy dziennikarz poznał Łukasza B., który zmagał się z szeregiem problemów, bez wahania postanowił mu pomóc. Za swoją otwartość i dobroć zapłacił jednak najwyższą cenę. Zginął kilka godzin po tym, jak napisał, że "odzyskał wiarę w sens życia"
Krzysztof Leski (po lewej) i Łukasz B. (po prawej)
Fot. Maciek Jaźwiecki / Fot. Krzysztof Miller / Agencja Wyborcza.pl

Krzysztofa Leskiego znało bardzo wiele osób. Dziennikarz pracujący na co dzień między innymi dla "Gazety Wyborczej" i telewizji TVP był ciepłą, towarzyską osobą. Najczęściej można go było spotkać na sejmowych korytarzach, gdzie przeprowadzał wywiady z najważniejszymi politykami w Polsce. Teksty Krzysztofa są z resztą czytane do dzisiaj.

Zobacz wideo Dziennikarz Gazeta.pl poddał się badaniu wariografem. Czy został rozszyfrowany? [Oskarżam. Kryminalny cykl Gazeta.pl]

Jesienią w 2019 roku dziennikarz poznał Łukasza B. "Super Express" pisze, że mężczyzna ten miał wiele problemów. Był wielokrotnie karany m.in. za kradzieże i leczył się psychiatrycznie. Krzysztof postanowił mu pomóc w stawaniu na nogi i zaproponował wspólne mieszkanie.

Krzysiek nie bał się zapraszać do siebie ludzi z ulicy. Był bardzo ufny. Tak żył

- mówiła o nim jedna z przyjaciółek. Za otwartość, której nauczyły go między innymi podróże, Leski zapłacił najwyższą cenę.

Krzysztof Leski pisał, że "odzyskał wiarę w sens życia". Kilka godzin później już nie żył

W sylwestrową noc, która wieńczyła 2019 rok, dziennikarz dodał swój ostatni wpis. 

Wbrew wielu szczegółom (porażka opieki nad Mateczką, fatalny szpital) to nie był aż tak zły rok. Odzyskałem wiarę w sens życia będącego czymś więcej niż codzienna wegetacja. Pogodziłem się z rzadkimi znakami życia od dzieci, uznając je za dobry znak. Na razie przygniata mnie nieustający strajk software’u. Nie sądziłem, że tego typu problemy mogą tak znacząco wpływać na nastrój. Kot też ma zły czas - wciąż domaga się wypuszczenia na klatkę schodową, by szukać kotów, które poznał, gdy byłem w szpitalu. Być może przestanie być samotny już w przyszłym tygodniu - formalności bliskie dopełnienia. Jaki był Twój 2019? Nie wiem. Życzę Tobie i sobie, by był wspaniały

- napisał Krzysztof Leski, którego wpis cytuje "Viva!". Niedługo po jego publikacji dziennikarz zginął.

31 grudnia 2019 roku Łukasz chwycił za kuchenny nóż, będąc pod wpływem środków odurzających. Uzbrojony w ostre narzędzie mężczyzna podszedł do swojego dobroczyńcy i poderżnął mu gardło, po czym zabrał zamordowanemu portfel i telefon, przebrał się i wyszedł z mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Rana, którą zadał Krzysztofowi, miała aż 22 centymetry długości. 

Łukasz sam zgłosił się na policję. Mówił, że podpisał pakt z diabłem

Po śmierci Leskiego Łukasz zaczął podróżować po Polsce. W czasie późniejszych zeznań twierdził, że nie do końca dotarło do niego, co zrobił. Ostatecznie postanowił jednak, że zgłosi się na policję. "Fakt" informuje, że 6 stycznia 2020 roku podszedł do funkcjonariuszy na Rynku Głównym w Krakowie i powiedział, że w sylwestra zamordował znanego dziennikarza. Policja potraktowała zgłoszenie bardzo poważnie. Jeszcze tego samego dnia odnaleziono ciało Krzysztofa. Funkcjonariusze bez trudu ustalili, że Łukasz mówił prawdę. Na miejscu zbrodni znaleziono nóż kuchenny, którym mężczyzna zamordował Leskiego oraz ślady biologiczne, które bezpośrednio wskazywały sprawcę. 

Łukasz nie zamierzał wypierać się zbrodni. Podczas przesłuchania twierdził jednak, że do popełnienia tego straszliwego czynu nakłonił go diabeł.

Podpisałem pakt z diabłem, że będę co miesiąc zabijał człowieka. Pan Leski był pierwszy

- mówił Łukasz po zatrzymaniu przez policję. Tej wersji wydarzeń trzymał się aż do zakończenia procesu. Twierdził, że kiedy diabeł znów do niego przyjdzie, dokona kolejnego zabójstwa

Zbigniew Ziobro chciał surowszej kary. "Zachowanie Łukasza B. bulwersuje"

Mimo dość osobliwych wyjaśnień Łukasza sąd uznał, że w chwili popełnienia przestępstwa był on poczytalny. Wirtualna Polska informuje, że warszawski sąd okręgowy skazał mężczyznę na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo i kradzież. Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok. Na taki wymiar kary nie zgodził się jednak prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Złożył nawet skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego i poprosił o skierowanie sprawy do ponownego rozpoznania. Według prokuratury sąd nie wziął pod uwagę, że Łukasz był już wcześniej karany. Z tego powodu powinien dostać najsurowszy możliwy wyrok. Wskazano też na jego bezwzględność oraz fakt, że po wyjściu z więzienia mógłby stanowić realne zagrożenie dla społeczeństwa.

Uczynił to bez żadnego, najmniejszego powodu. Zachowanie Łukasza B. szczególnie bulwersuje w świetle tego, że dziennikarz udzielił mu schronienia we własnym domu, ze wszech miar usiłując mu pomóc

- podawała prokuratura, informując o złożeniu kasacji. Sąd Najwyższy ją jednak oddalił, co oznacza, że wyrok 25 lat pozbawienia wolności dla Łukasza B. jest ostateczny.

Więcej o: