Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Manipulacje, półprawdy i wyrok. Czy w sprawie "Skóry" skazano niewinnego człowieka?

W tej sprawie coś nie gra - twierdzą dziennikarze i policjanci. Robert J. został skazany za zabójstwo 23-letniej studentki religioznawstwa, choć śledczy nigdy nie znaleźli narzędzia zbrodni i nie wskazali miejsca, w którym doszło do makabrycznego mordu. Nie wiadomo nawet, czy Robert J. kiedykolwiek spotkał Katarzynę Z. A mimo to siedzi. Czy w sprawie "Skóry" ważniejsze od sprawiedliwości okazały się układy towarzyskie pewnego hodowcy gadów?
Proces Roberta J. przed Sądem Okręgowym w Krakowie
Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl

23-letnia Katarzyna Z. była studentką religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Rówieśnicy uważali, że była miła, ale skryta, że stroniła od spotkań towarzyskich, a bliższe kontakty utrzymywała jedynie z nielicznymi. W 1996 roku zmarł ojciec Kasi, co było dla niej ogromnym ciosem. Zdiagnozowano u niej depresję, z którą zmagała się do końca życia.

Zobacz wideo Były szef więziennictwa, Paweł Moczydłowski, krytycznie o polskich służbach: Tego cyrku nie da się wyjaśnić

12 listopada 1998 roku Kasia miała spotkać się ze swoją matką u lekarza na osiedlu Uroczym w Krakowie, ale nigdy tam nie dotarła. Zaniepokojona kobieta zgłosiła zaginięcie córki jeszcze tego samego dnia. 

Policja jej szukała, ale niezbyt intensywnie. Wynajęłam detektywa. I miotałam się z jednego miejsca do drugiego, chodziłam, szukałam. Odwiedzałam sekty, inne miejsca. Jedni mówili: rób to, inni: rób tamto. Jedni: zgłoś się tam, inni: zobacz gdzie indziej. A ja czułam, że znikąd nie mam pomocy. Straszny czas. A potem policjant przyniósł mi wezwanie do prokuratora... 

- wspominała ten dzień w rozmowie z "Gazetą Krakowską" matka zaginionej dziewczyny. 

Dwa miesiące później, w styczniu 1999 roku, płynący Wisłą statek "Łoś" doznał awarii silnika. Okazało się, że coś wkręciło się w śrubę maszyny. Gdy kapitan wyciągnął ten przedmiot na pokład, zobaczył płat skóry. Nie było wątpliwości, że to fragment ciała człowieka, o czym świadczyło ludzkie ucho.

Tydzień później pracownicy stopnia wodnego na Dąbiu w Krakowie poinformowali policję, że w kracie wyłapującej odpadki utkwiła ludzka noga. Badania DNA wykazały, że zarówno skóra, jak i kończyna wyłowione z rzeki to części ciała Katarzyny Z.

Policja uważała, że 23-latka, która leczyła się na depresję, mogła popełnić samobójstwo. Funkcjonariusze brali pod uwagę, że młoda kobieta mogła skoczyć do rzeki, a jej ciało zostało rozkawałkowane przez pływające po Wiśle barki. Badali także inne hipotezy, m.in. dotyczące zabójstwa, ale nie znaleźli żadnych dowodów potwierdzających ten scenariusz. W 2000 roku śledztwo w sprawie śmierci Katarzyny Z. zostało umorzone.

W tym samym roku w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Krakowie utworzono grupę, której zadaniem było rozwiązywanie spraw sprzed lat. Media nazwały ją "Archiwum X". Pierwszym zadaniem, przed jakim stanęli funkcjonariusze z tej grupy, była sprawa śmierci 23-letniej studentki. Nadano jej kryptonim "Skóra".

Ogromne koszty śledztwa. Policjanci zaangażowali egzorcystę i profilera z FBI

Policjanci z "Archiwum X" próbowali rozwikłać zagadkę przez kilka lat. Patolodzy ocenili, że wygląd skóry znalezionej w Wiśle, wskazuje, że nie doszło do nieszczęśliwego wypadku czy samobójstwa, a brutalnej zbrodni. Ich zdaniem ofiara została oskórowana przez kogoś, kto miał doświadczenie w preparowaniu ciał, (np. zwierząt) i wprawę w posługiwaniu się nożem lub skalpelem - pisze "Gazeta Policyjna".

Śledczy sprawdzali przestępców, którzy mieli na swoim koncie podobne czyny. Onet pisze, że jednym z nich był Władimir W., student z Rosji, który zabił swojego ojca, zdjął skórę z jego czaszki, a następnie zszył ją tak, by przypominała kominiarkę. Młody mężczyzna ubierał ją na głowę, by udawać przed dziadkiem swojego ojca. Policjanci wykluczyli jego udział w zabójstwie Katarzyny, ponieważ w momencie jej śmierci był w rosyjskim więzieniu. Policjanci sprawdzali także mężczyznę, który 15 lat wcześniej zdjął skórę z głowy swojej żony, a syna poćwiartował i wrzucił do Wisły. Człowiek ten był jednak zamknięty w szpitalu psychiatrycznym.

W 2012 roku prokuratura postanowiła podjąć sprawę z umorzenia. To poszerzyło spektrum metod, którymi mogli posługiwać się śledczy z "Archiwum X". W tym czasie sięgnęli m.in. po pomoc jasnowidza, egzorcysty i profilera pracującego dla FBI. Ten ostatni porównał sposób okaleczenia ofiary do działania seryjnego mordercy Eda Geina, który ze skór swoich ofiar robił ubrania i abażury. Amerykański ekspert uważał, że policjanci z Krakowa też mogą mieć do czynienia z seryjnym zabójcą, który jednak nie zaatakował po raz kolejny, bo nie spodziewał się, że sprawa zabójstwa Katarzyny stanie się tak głośna.

W sprawie tej wypowiedział się także ekspert ONZ specjalizujący się w badaniu śladów torturowania. Portugalski biegły ocenił, że noga znaleziona w rzece nosi ślady wskazujące na to, że ofiara była bita przez kogoś, kto ćwiczył sztuki walki. Podobną opinię wydali później polscy specjaliści od urazów sportowych.

W 2016 roku prokurator podjął decyzję o przeszukaniu dna Wisły. Policjanci i nurkowie wykorzystali w tym celu najnowocześniejsze środki techniki, ale niczego nie znaleźli. Wielu ekspertów uważa, że sprawa prowadzona pod kryptonimem "Skóra" to jedno z najdroższych przedsięwzięć polskiej kryminalistyki.

"Etatowy podejrzany". Policjanci wracali do niego, gdy tylko znaleźli się w martwym punkcie

Lata mijały, policjanci sprawdzali różne scenariusze, wykorzystywali kolejne metody prowadzenia śledztwa, ale nie przyniosło to przełomu w sprawie. Onet podaje, że za każdym razem, gdy nie udawało się znaleźć dowodów, że to któraś z podejrzewanych osób zamordowała 23-letnią Kasię, funkcjonariusze "Archiwum X" wracali do tego samego człowieka. Był nim Robert J.

Mężczyzna został "etatowym podejrzanym", bo cień podejrzeń rzucił na niego jego znajomy Leszek L. W "Dużym Formacie" czytamy, że 13 maja 1999 roku zadzwonił on na policję i powiedział, że jego zdaniem to właśnie Robert mógł zabić Kasię. L. twierdził, że jego kolega nienawidzi kobiet, a gdy pracował w Instytucie Zoologii UJ, znęcał się nad zwierzętami. Na związek Roberta J. z tą sprawą miało wskazywać też to, że mieszkał blisko Wisły i lubił spacerować wzdłuż rzeki. Wskazany przez L. mężczyzna pasował policjantom do profilu psychologicznego, jaki nakreślili.

Ustalono, że sprawca to mężczyzna w średnim wieku, uprawiający sporty walki, sprawnie posługujący się nożem lub skalpelem i z pewnością zaburzony psychicznie

- czytamy w "Gazecie Policyjnej".

Robert J. od lat był pod opieką lekarza psychiatry, ponieważ kilkukrotnie zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną. Jego znajomi opisywali go jako człowieka, który jest samotny i chciałby się z kimś związać. Kiedy jakaś kobieta mu się spodobała, stawał się natarczywy. Kupował jej kwiaty, śledził, podglądał. Z publikacji w "Dużym Formacie" wynika, że przynajmniej dwie kobiety zgłosiły to policji, skarżąc się na nękanie z jego strony. Co więcej, Robert J. uprawiał kulturystykę i miał pewne doświadczenie w pracy ze zwierzętami. 

Kilkanaście miesięcy po zabójstwie Katarzyny policjanci wpadli do mieszkania na ul. Trynitarskiej na krakowskim Kazimierzu, w którym Robert J. mieszkał ze swoją matką. Funkcjonariusze przetrzepali wszystkie pomieszczenia i zabezpieczyli wiele śladów. Żaden z nich nie dał jednak pewności, że Kasia kiedykolwiek tam była, a co dopiero, że została tam zamordowana. 

Śledczy przeszukali także działkę na peryferiach Krakowa, która należała do kolegi ojca Roberta J. Policjanci twierdzili, że Katarzyna była tam kiedyś z dwiema koleżankami. 

Wyrzucali meble przez okna, drzwi... Słychać było tylko trzask łamanych rzeczy i brzęk tłukącego się szkła. W pokoiku na piętrze wypruli styropian do ściany. A tu mi dziurę wycięli w stropie piłą spalinową. Prokurator był pewny, że coś tu znajdzie

- powiedział właściciel działki w rozmowie z "Dużym Formatem". 

Policjanci przeprowadzili w tym miejscu dwa przeszukania. Mimo to nie znaleźli żadnego dowodu na to, że Katarzyna kiedykolwiek tam była.

Nie zbadali dowodu jak należy. Prokurator "bał się, że wszystko legnie w gruzach"?

Choć śledczy nie znaleźli ani narzędzia, ani miejsca zbrodni, byli przekonani, że za wszystkim stoi Robert J. W listopadzie 2017 roku zatrzymali go tuż przed budynkiem, w którym mieszkał. Nagranie z tej akcji upublicznili na portalu YouTube. 

 

Rzekomym dowodem, który prawdopodobnie pozwolił funkcjonariuszom na zatrzymanie Roberta J., były włosy znalezione pod wanną w jego mieszkaniu. Prokuratura przekazała mediom, że badania morfologiczno-porównawcze wykazały, że pochodzą one z uda zamordowanej 23-latki. Problem jednak w tym, że badania takie uchodzą za bardzo niedokładne.

Kiedy chcieliśmy potwierdzić wyniki tych badań u innych ekspertów, okazało się, że wszyscy złapali się za głowy. Według nich takie badania nie są badaniami, które mogą stanowić dowód w procesie karnym. To są badania, dzięki którym dokonuje się pewnej selekcji, podzielenia materiału zebranego na miejscu zdarzenia, czy to są włosy z głowy, czy z innej części ciała, czy może sierść albo włókna tkaniny. Dopiero później stwierdza się, że ta część włosów powinna być poddana badaniom DNA

- tłumaczył w rozmowie z Gazetą.pl dziennikarz "Superwizjera" Michał Fuja.

Na badania DNA znalezionych włosów się nie zdecydowano. Onet pisze, że zrezygnowano z tego pomysłu w obawie przed zniszczeniem materiału dowodowego. Policjanci są tym zaskoczeni. 

Zachowanie prokuratora Krupińskiego (z Prokuratury Krajowej - red.) jest niewytłumaczalne. Wygląda to tak, jakby się bał, że badania DNA nie potwierdzą jego teorii i wszystko legnie w gruzach

- tłumaczył dziennikarzom policjant z Krakowa znający kulisy śledztwa.

Mimo to Robert J. trafił za kraty. Zespół biegłych ocenił wówczas, że jest człowiekiem zdrowym, choć gdy był na wolności, badali go różni lekarze i za każdym razem wystawiali tę samą diagnozę - schizofrenia. Zastanawiające jest to, że mimo niewiary systemu sprawiedliwości w problemy zdrowotne mężczyzny, podczas pięciu lat pobytu w więzieniu dostawał on leki psychotropowe - łącznie 180 tabletek miesięcznie. 

Kontrowersje wzbudzają również inne praktyki, które musiał przejść Robert J. Dziennikarze "Superwizjera" dowiedzieli się, że mężczyzna co najmniej dwukrotnie został poddany badaniom polegającym na sztucznym wywoływaniu erekcji. Polegało to najprawdopodobniej na wstrzykiwaniu środków farmakologicznych w prącie zatrzymanego. Celem tych testów miało być ustalenie, czy pod koniec lat 90. Robert J. był impotentem. Psychiatra i seksuolog Zbigniew Lew-Starowicz uważa jednak, że takie badania prowadzone po 20 latach nie mają najmniejszego sensu.

Sąd zwlekał z uzasadnieniem wyroku. "Jakby sędzia dopiero teraz zastanawiała się, dlaczego to zrobiła"

Robert J. przez pięć lat czekał na wyrok za kratami. W międzyczasie pisał listy do rodziców. Skarżył się w nich, że w niektóre dni przechodzi rewizję aż siedem razy, a funkcjonariusze każą mu się rozbierać do naga. Przez półtora roku nie mógł się strzyc, przez trzy lata jego bliscy nie mogli go odwiedzać. Uwięziony mężczyzna cały czas twierdził, że jest niewinny, a Katarzynę zobaczył po raz pierwszy, gdy jej zdjęcie pokazali mu policjanci.

14 września 2022 roku zapadł wyrok w sprawie "Skóry". Sąd Okręgowy w Krakowie uznał, że Robert J. jest winny tego, że "działając z mieszanej motywacji wynikającej z zaburzeń preferencji seksualnych o typie złożonym, o cechach sadystycznych i fetyszystycznych z elementami nekrosadyzmu, fetyszyzmu nekrofilnego, zasługującej na szczególne potępienie, pozbawił życia Katarzynę Z., po czym dokonał zdjęcia znacznej powierzchni powłok ciała pokrzywdzonej" i skazał go na dożywocie. Jego obrońca mec. Łukasz Chojniak chciał się odwołać od tego wyroku, ale przez długi czas nie mógł tego zrobić, bo sąd przez rok nie był w stanie sporządzić pisemnego uzasadnienia swojej decyzji.

Nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, aby w takiej sprawie pisanie uzasadnienia trwało tak długo. To wygląda tak, jakby sędzia wydała wyrok i dopiero teraz zastanawiała się, dlaczego to zrobiła

- mówił Onetowi doświadczony śledczy z Krakowa.

W listopadzie 2023 roku do sądu wpłynęły dwa pisma.

Apelacja jest złożona dlatego, że sąd nie był w stanie wskazać żadnego racjonalnego dowodu, który sprowadził go do wniosku, że mój klient jest sprawcą przypisanego mu czynu

powiedział PAP mec. Łukasz Chojniak. Drugą apelację wniosła też prokuratura, która domaga się  domaga się, aby Robert J. został obciążony całością kosztów postępowania.

Manipulacje i półprawdy. "Ja nawet o tym nie mówiłem w sądzie"

Sprawa "Skóry" wróci więc na wokandę. Wielu dziennikarzy uważa, że śledztwo w sprawie zabójstwa Katarzyny było prowadzone w sposób nieodpowiedni i mogło doprowadzić do skazania niewinnego człowieka. Na liczne manipulacje, które można było spotkać zarówno w mediach, jak i w policyjnych dokumentach, wskazywała Monika Góra w książce "Kryptonim 'Skóra'". Dziennikarka pisze m.in., że jedną z poszlak, która miała doprowadzić do aresztowania Roberta J., była informacja, że został on zwolniony z pracy w Instytucie Zoologii UJ, bo uśmiercił tam wszystkie króliki doświadczalne. Nie jest to prawda. 

Robert zabił kilka królików, bez porozumienia z kolegą, który pobierał od nich krew na surowicę. Uważał, że kolega do nich nie przychodzi, a przysparzają mu pracy. I bez pytania je zabił. Cztery czy pięć królików. To był tylko taki jeden incydent. Ja nawet o tym nie mówiłem w sądzie, bo to nie była kwestia znęcania się, tylko niesubordynacji

- powiedział dziennikarce prof. Zbigniew Dąbrowski, który był przełożonym Roberta J. Naukowiec podkreślił, że Robert J. "miał prawo zabijać zwierzęta niepotrzebne", a po wspomnianym incydencie nie stracił pracy.

W dokumentach policji znalazła się też informacja, że Robert J. układał znicze na grobie Katarzyny tydzień po wyłowieniu jej szczątków z Wisły. W rzeczywistości nie mógł tego robić, bo 23-latka została pochowana dopiero latem 1999 roku. Prawdą jest, że Robert był widziany przy grobie zamordowanej dziewczyny, ale znacznie później. 

Myślę, że te odwiedziny na grobie przekonały śledczych, że Robert ma na sumieniu zabójstwo Katarzyny. (...)  Zresztą wcześniej, nie stosując żadnych metod konspiracji, napisał oficjalne pismo do zarządu cmentarzy z prośbą o informacje, gdzie jest grób Katarzyny. Zarząd mu oficjalnie odpisał. Później o swojej wizycie na cmentarzu opowiadał wielu osobom - między innymi swojemu psychiatrze, a także znajomemu

- powiedziała Monika Góra w wywiadzie dla "Dziennika Polskiego". Bliscy Roberta J. uważają, że poszedł na grób Kasi, bo po tym, jak został podejrzanym w jej sprawie, poczuł się z nią w jakiś sposób związany. Po ludzku jej też współczuł - taka młoda, a zginęła w tak dramatyczny sposób.

Rzucił cień podejrzeń na Roberta J. Czy wiedział o śmierci Kasi coś więcej?

Wątpliwości w tej sprawie jest znacznie więcej. Możliwe więc, że karę dożywocia odsiaduje dziś niewinny człowiek. Jeśli jednak Robert J. nie zabił Katarzyny, to kto to zrobił? Zastanawiającą rolę w tej sprawie odgrywa Leszek L. - mężczyzna, który zadzwonił na policję i powiedział funkcjonariuszom, że to jego znajomy mógł zabić 23-letnią studentkę.

Dziennikarze ustalili, że L. przyjaźnił się z wieloma wysoko postawionymi policjantami i prokuratorami. Miał też znajomości w krakowskim sądzie. Był ekspertem policyjnym i sądowym do spraw niebezpiecznych gadów, a z jednym z funkcjonariuszy CBA jeździł na wyprawy nurkowe. Jego znajomym był także sędzia, który został wylosowany do rozpoznania pierwszego zażalenia na areszt Roberta J. Po tym, jak nagłośniły to media, sędzia został odsunięty od sprawy i przesłuchany jako świadek. 

Gdy Leszek L. umarł (było to w 2007 roku) w jego mieszkaniu pojawili się policjanci.

Wszystko sprawdzali, przez tydzień tam byli. Czegoś szukali, nie wiem czego. Wszystkie papiery przepatrzyli, zdjęcia. Nie wiem, czy coś pozabierali, ale wszystko było porozwalane

- mówiła matka mężczyzny w rozmowie z "Dużym Formatem".

Z tekstu tego wyłania się obraz mężczyzny zaburzonego. Monika Góra pisze, że zdaniem sąsiadów L. miał skłonności sadystyczne, a swoje partnerki bił i robił im niepokojące zdjęcia, o których być może nawet nie wiedziały. Jednej ze swoich sąsiadek miał pokazywać, jak się skóruje króliki, a w mieszkaniu trzymać dubeltówkę, krótki pistolet oraz pistolet gazowy. Okna w swoim mieszkaniu zaklejał wylinkami gadów ze swojej kolekcji.

Proszę pani, L. to był człowiek nieodpowiedzialny, niezrównoważony psychicznie. Różne pomysły siedziały mu w głowie, więc my, sąsiedzi, nie szukaliśmy z nim zwady. Trochę żeśmy się obawiali, że znowu się opije i podrzuci nam węża

- powiedziała jedna z sąsiadek. Inna stwierdziła z kolei, że widziała dziewczynę przypominającą Katarzynę w sklepie zoologicznym prowadzonym przez L. Czy miał on coś wspólnego ze śmiercią 23-latki, a potem świadomie rzucił cień podejrzeń na swojego znajomego?

Robert J. jest bardzo łatwym celem. Jest samotnikiem, ma tylko starych rodziców i nikogo, kto się za nim wstawi

- powiedział Gazecie.pl Łukasz Frątczak, współautor reportażu "Dowód w sprawie oskórowanej studentki".

Czy po jego (Leszka L. - przyp. red.) donosie ktoś powiedział: "Tego pana nie ruszamy, bo to 'nasz' człowiek?" Moim zdaniem, tak mogło być

- oceniła Monika Góra w rozmowie z "Dziennikiem Polskim".