30 sierpnia 1955 roku Bronisława sprzątała w pociągu relacji Kraków-Gdynia. Nic nie zapowiadało, że nie będzie to zwyczajny dzień w pracy. Kiedy kobieta schyliła się, aby zamieść pod jednym z siedzeń, jej miotła natrafiła na przeszkodę. Serce Bronisławy zamarło gdy spostrzegła, że w zamiataniu przeszkadza ludzka noga. Przerażona zawołała innego pracownika. Portal archiwum.tvn24.pl informuje, że to właśnie wtedy oboje spostrzegli, że pod siedzeniem jest też druga noga. Natychmiast wezwali milicję, bo wszystko wskazywało na to, że w Krakowie doszło do morderstwa. Reszty ciała wówczas nie odnaleziono, dlatego trudno było zidentyfikować ofiarę.
Niedługo później we Wrocławiu doszło do równie makabrycznego odkrycia. W dworcowej bagażowni roztaczał się paskudny odór. Pracownicy ustalili, że smród wydobywa się z bagażu nr 85703. Wiklinowy kosz wyglądał niepozornie. Kiedy jednak pracownicy stacji otworzyli bagaż, zamarli. W środku były ludzkie zwłoki pozbawione głowy, rąk i nóg. Rozpoczęło się śledztwo w sprawie zabójstwa. Milicjantom dość szybko udało się ustalić, że nogi znalezione w Krakowie i korpus z Wrocławia należą do jednej osoby. Ciężko było jednak ustalić, kim dokładnie była. Udało się określić mniej więcej wiek, wzrost i płeć. Wiadomo, że była to kobieta między 30. a 40. rokiem życia, która miała nie więcej niż 160 cm wzrostu. Bez głowy trudno było ją jednak zidentyfikować.
Rok po odnalezieniu zwłok rozpoczęła się sprawa zaginięcia Marianny Gałuszki, choć kobieta zniknęła znacznie wcześniej. Nikt jednak nie zgłosił sprawy na milicję. Marianna nie była z nikim szczególnie blisko. Tak przynajmniej wtedy wydawało się śledczym. Wiadomo było, że kobieta prowadziła kiosk, w którym sprzedawała papierosy. Udało się też ustalić, że Marianna handlowała towarami luksusowymi oraz walutą. Kojarzyło ją więc wiele osób. Jak się okazało, kobieta była mocno schorowana. W dodatku była osobą skrytą. Raczej nie zwierzała się ze swoich problemów. Była jednak pewna osoba, o której Marianna wspominała właściwie wszystkim. Tajemniczy "doktorek" stał się wkrótce kluczową postacią w sprawie jej zaginięcia.
Śledczy ustalili, że zwłoki, które znaleziono na stacjach kolejowych, należały właśnie do Marianny. Z milicyjnego dochodzenia wynikało też, że daty zaginięcia kobiety oraz znalezienia korpusu i nóg zbiegają się ze sobą w czasie. Milicja postanowiła pokazać koleżance Marianny Jadwidze Zapasek odzież, w którą były owinięte zwłoki. Kobieta bez problemu rozpoznała ubrania. Było jasne, że Mariannę musiał ktoś zamordować. Mundurowi nie mieli jednak żadnego tropu.
W 1947 roku Stanisław Wójcik miał iść na studia medyczne. Przygotowywał się do egzaminów, ale na uczelnię się nie dostał. Portal medonet.pl pisze, że mimo to mężczyzna kupił kitel lekarski oraz czapkę studencką i zaczął chodzić na wykłady i ćwiczenia. Według portalu kryminatorium.pl miał on nawet własną pieczątkę i znajomości wśród lekarzy.
Stanisław nie miał zamiaru przyznawać się rodzinie i znajomym, że nie udało mu się dostać na studia. Nikt nie miał jednak powodu, aby nie wierzyć mężczyźnie. Tym bardziej że miał pewne "sukcesy" medyczne na swoim koncie. Pewnego razu zmartwiona sąsiadka przyszła do domu Wójcika. Jej dziecko mocno się rozchorowało i nie wiedziała, co robić. Stanisław zareagował jak profesjonalista. Bez wahania podał dziecku środek przeczyszczający. Mimo jego znikomej wiedzy na temat medycyny był to strzał w dziesiątkę. Od tego momentu Wójcik był postrzegany jako znakomity specjalista.
Na terenie Krakowa utworzyłem atmosferę wokół mojej osoby, że jestem lekarzem, w ten sposób, że nosiłem biały kitel lekarski oraz chodząc do kliniki chorób kobiecych w Krakowie, przedstawiałem się jako lekarz terenowy, który interesuje się swoimi pacjentami znajdującymi się w klinice
- mówił później w zeznaniach Stanisław. To właśnie dzięki swojej renomie poznał Mariannę - schorowaną, samotną kobietę, która szukała opieki.
Stanisław często odwiedzał kiosk Marianny. Przynosił leki, doradzał, ale też pożyczał coraz większe ilości pieniędzy. Bardzo zgrabnie manipulował kobietą. Prawdopodobnie myślała, że kiedy tylko Stanisław skończy studia i otworzy prywatny gabinet, zwiąże się z nią na stałe. Ten miał jednak inne plany. Tym bardziej że w czasie rozwoju tej osobliwej relacji zdążył związać się z pewną kobietą, a nawet zostać ojcem. Wszystko zmieniło się jednak dopiero, gdy Marianna straciła koncesję i została bez grosza. Poprosiła wówczas Stanisława o zwrot pieniędzy, które mu pożyczała. Mężczyzna nie chciał ich jednak oddać. Długi czas zwodził Mariannę. Portal dziennikpolski24.pl wskazuje, że kobieta poprosiła wówczas o pomoc znajomego mecenasa. Prawnik często kupował u niej gazety. To właśnie jemu udało się ustalić, że Stanisław wcale nie jest lekarzem. Marianna była w szoku. Postanowiła pozwać Wójcika. On z kolei postanowił ją uciszyć.
29 sierpnia 1955 roku Stanisław Wójcik postanowił, że pozbawi Mariannę życia. Tego dnia żona mężczyzny wyjechała gdzieś wraz z dziećmi. W całym budynku była wówczas tylko jedna sąsiadka. Stanisław zwabił Mariannę do siebie i zaprosił ją do łazienki. Kiedy kobieta się odwróciła, Wójcik strzelił jej w głowę aparatem do uboju bydła, a następnie porąbał jej zwłoki. Część spakował do wiklinowego kosza, a nogi owinął gazetą. Zwłoki podrzucił do pociągu i magazynu.
Głowę owinął drutem mosiężnym i utopił w Wiśle poza Krakowem, utopił też aparat do uboju bydła. Mówił, że choćby cały świat przeszukali, głowy nie znajdą. Gdy pytałem raz Wójcika, czy on miał sumienie dokonać na Gałuszkowej morderstwa takim rzeźnickim sposobem, to mi odpowiedział, że gdy chodzi o własne życie, człowiek jest zdolny do wszystkiego
- zeznawał Władysław Ścibor, więzień, który był osadzony razem z Wójcikiem po jego zatrzymaniu i któremu "doktorek" opowiadał o zbrodni. To właśnie dzięki niemu udało się postawić zarzuty Stanisławowi. Mężczyzna spędził w więzieniu 18 lat. Dopiero gdy zniesiono karę śmierci, oficjalnie przyznał się do zabójstwa Marianny. Twierdził jednak, że głowę kobiety zakopał na cmentarzu Rakowickim. Po wyjściu z więzienia opiekował się matką w Stalowej Woli. Nie wiadomo, czy utrzymywał kontakt z żoną i dziećmi.