Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Mają "przekonanie graniczące z pewnością", ale brakuje im dowodów. Zabójca Pauliny wciąż jest na wolności

Był marzec, za oknem robiło się ciemno, gdy nagle zadzwonił telefon. Paulina odebrała. W słuchawce usłyszała męski głos, który powiedział jej, że w jednej z rodzin, którymi się opiekuje, trwa alkoholowa libacja, a dwuletnie dziecko zostało bez opieki. Paulina nie miała wątpliwości, że musi tam jechać. Podjęła jednak złą decyzję. - Kolosalny błąd zrobiła, że pojechała tam sama. Kolosalny błąd. Ten błąd kosztował ją życie - powiedział dyrektor GOPS-u w Kostomłotach w rozmowie z "Interwencją".
Dom na wsi (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

28-letnia Paulina Ozga była społeczną kuratorką sądową. W zimie 2009 roku podjęła pracę w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej w Kostomłotach, gdzie szybko zyskała reputację zaangażowanej i empatycznej profesjonalistki. Kilka miesięcy później awansowała, zostając kuratorem sądowym przy Sądzie Rejonowym w Środzie Śląskiej. Jej głównym zadaniem było troszczenie się o rodziny dotknięte trudnościami, a szczególnie te, w których krzywdy doświadczały dzieci.

Zobacz wideo Codzienna "praca" oszustów wygląda jak praca w biurze?

16 marca 2010 roku był wyjątkowo ponurym dniem. Paulina Ozga dostała wówczas anonimowy telefon o libacji alkoholowej w rodzinie ze wsi Michałów. Dziennikarze "Interwencji" ustalili, że chodziło krewnych podopiecznej Pauliny.

Cholery jasne! Uciekaj! Tu już policji tyle było, że… Ktoś ją zwabił, że u nas pijaństwo. A policja badała nas i każdy zero promili miał. Nic nie słyszeliśmy tego wieczoru

- opowiadała Antonina W., była podopieczna Pauliny Ozgi.

Nieznany numer wydzwaniał w konkretnym celu. Portal NaTemat.pl pisze, że zwabienie kuratorki do Michałowa było częścią planu. Kiedy Paulina dotarła pod wskazany adres, została zaatakowana od tyłu. Po zadaniu kilku ciosów prętem sprawca zaciągnął ranną kobietę do szopy. Jak słyszymy w podcaście "Piąte: Nie zabijaj", napastnik uderzył tam Paulinę jeszcze kilkanaście razy. Śledczy opowiadali później, że ofiara była tak poturbowana, że początkowo nie byli w stanie stwierdzić jej płci.

Jak pojechałem na sekcję zwłok, to lekarz pytał się, czy chcę zobaczyć żonę. Mówił, że gdyby to była jego żona, to by nie chciał oglądać. Pierwszy raz widział tak zmasakrowane ciało

- wspominał "Interwencji" mąż zamordowanej.

Napastnika spłoszyła sąsiadka. Kiedy usłyszała dziwne hałasy i szczekające psy, poprosiła męża, żeby sprawdził, co się dzieje w pobliskiej szopie. W chwili, gdy mężczyzna znalazł Paulinę, sprawcy już tam nie było. Kuratorka zmarła w szpitalu. Lekarze byli bezsilni.

Wśród podejrzanych jest "człowiek porywczy". Z Pauliną łączyła go "toksyczna znajomość"

Sprawa śmierci Pauliny Ozgi wciąż budzi pytania. Śledczy nie znaleźli żadnych dowodów, które pozwoliłyby na postawienie kogokolwiek przed sądem, dlatego morderca nadal pozostaje na wolności. Przez pewien czas podejrzewano, że za zabójstwem 28-latki mógł stać jej mąż, ale mężczyzna ma solidne alibi. Prokuratura wykluczyła jego związek z tą sprawą. 

Kolejnym podejrzewanym był kolega męża Pauliny, Grzegorz S. Uwagę śledczych przykuła jego znajomość z kuratorką. "Super Express" pisze, że choć nie ma na to oficjalnych dowodów, to wiele osób, które znały Ozgę, twierdziło, że z Grzegorzem S. mogło ją łączyć coś więcej niż przyjaźń.

Policji udało się stworzyć profil potencjalnego mordercy. Miał to być mężczyzna, który wykazywał się agresją i mógł mieć kryminalną przeszłość. Okazuje się, że opis ten pasuje do Grzegorza S. Mężczyzna zeznawał jako świadek, ale nie zgodził się na badania wariografem.

To była toksyczna znajomość. To jest człowiek, dyplomatycznie mówiąc, porywczy. Była próba wykonania portretu psychologicznego tego sprawcy. Podobno bardzo pasował do tego człowieka. Podjęto próbę przesłuchania go przy pomocy wariografu, co wcześniej nawet sugerował, ale w ostatniej chwili odmówił. Dowodów jednoznacznie obciążających tę osobę nie ma. Jest, jak to się mówi zwykle w takich sytuacjach, przekonanie graniczące z pewnością

- mówił Marcin Rybak, dziennikarz Gazety Wrocławskiej w programie "Interwencja". 

Przez brak dostatecznych dowodów śledztwo utknęło w martwym punkcie, a sprawa pozostaje nierozwiązana aż do dzisiaj.

Więcej o: