Był 22 lutego 2000 roku. Mama Basi przygotowała śniadanie i włożyła je do tornistra córki. Chwilę przed godziną 10 dziewczynka założyła go na plecy i wyszła z domu. Niemalże każdego dnia w drodze do szkoły towarzyszyło jej rodzeństwo lub koleżanki, lecz tym razem tylko ona zaczynała lekcje nieco później i dlatego szła sama. Szkoła Podstawowa nr 7 przy ulicy Kaszubskiej w Jastrzębiu-Zdroju była oddalona od jej domu o kilkaset metrów. Z tego powodu mama dziewczynki nie widziała przeciwwskazań ku temu, by Basia poszła na zajęcia bez opieki. Wiadomo, że po drodze do szkoły 11-latka spotkała sąsiadkę, z którą zamieniła kilka zdań. Była to najprawdopodobniej ostatnia osoba, która miała okazję rozmawiać z Basią przed jej zaginięciem.
Przez większość dnia rodzice i bliscy dziewczynki nie podejrzewali, że mogło stać się coś złego. Wszyscy byli przekonany, że Basia jest w szkole i pilnie się uczy. Wybiła jednak godzina 16, a córki Majchrzaków wciąż nie było w domu. Szybko okazało się, że Basia w ogóle nie dotarła do szkoły. Gdy informacja ta dotarła do rodziców Basi, natychmiast zgłosili sprawę na policję. Nie chcieli jednak czekać bezczynnie, dlatego wzięli sprawy w swoje ręce.
Myśleliśmy, że ona ciągle jest w szkole. Jakby człowiek wiedział, to by ją zaprowadził
- powiedział pan Ryszard Majchrzak w rozmowie z dziennikarzem "Faktu".
Lokalna społeczność pomagała rodzinie Basi, mając nadzieję, że dzięki temu dziewczynka lada moment wróci do domu. Miejscowa kopalnia za darmo wydrukowała tysiąc plakatów, które rozwieszane były niemalże na każdej ulicy Jastrzębia-Zdroju. Niestety, nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Nie pomogły także starania policji. W poszukiwaniach Basi brał udział wyszkolony pies, który podjął trop 11-latki. Okazało się jednak, że ślad ten urywa się tuż pod szkołą. Sprawą zainteresowały się także media, które nagłośniły informacje o akcji poszukiwawczej. Wówczas zaczęły się pojawiać pierwsze donosy od osób, które miały widzieć Basię.
Od zaginięcia Basi minęło już ponad 20 lat. Przez cały ten czas rodzice dziewczynki otrzymali wiele listów i telefonów, które dawały im nadzieję na to, że ich dziecko się znajdzie. Niestety, żaden z dotychczasowych tropów nie okazał się być tym właściwym, choć był jeden, który zaskoczył nawet policję.
Kilka tygodni po zaginięciu Basi na komisariat zgłosił się pewien kierowca autobusu. Człowiek ten twierdził, że gdy prowadził pojazd, dostrzegł dziewczynkę podobną do poszukiwanej. Ze słów kierowcy wynikało, że była ona pod opiekę starszego pana z blizną na policzku. Kierowca autobusu zwrócił też uwagę, że młoda pasażerka miała mieć jakieś problemy z mową, ponieważ sepleniła. Policja uznała że to dobry trop, ponieważ Basia faktycznie miała wadę wymowy ze względu na to, że miała rozszczep podniebienia. Informacja ta nie była wówczas wyjawiona publicznie, istniało więc podejrzenie, że kierowca rzeczywiście widział Basię. Funkcjonariusze zajęli się sprawą i stworzyli portret pamięciowy mężczyzny, z którym miała podróżować dziewczynka. Mimo to do tej pory nie udało się ustalić tożsamości rzekomego porywacza.
Minęły lata, a rodzice Basi wciąż nie poznali prawdy o losie swojego dziecka. Pewnego dnia postanowili więc udać się do jasnowidza z Wrocławia. Podczas tej wizyty usłyszeli, że ich córka żyje w innym kraju i boi się bicia oraz gwałtów. Słowa wróżbity były dla nich przerażające, ale dawały im także nadzieję na to, że Basia wciąż żyje.
Basia Majchrzak nie wróciła jednak do domu. Jeśli żyje, jest już po 30-tce. Ojciec zaginionej wierzy, że jeszcze kiedyś spotka się z córką, która była jego oczkiem w głowie. Matka dziewczynki natomiast straciła wiarę w to, że Basia kiedykolwiek wróci do domu, lecz mimo to co roku przygotowuje dla niej opłatek i miejsce przy wigilijnym stole.
Mąż każe mi mówić, że Basia się odnajdzie, ale ja już nie wierzę. Wolałabym dowiedzieć się najgorszego
- powiedziała Małgorzata Majchrzak.