Ojciec był u 30 jasnowidzów, mąż twierdził, że wyjechała. Tajemnicze zaginięcie Iwony Mogiły-Lisowskiej

Zaginęła przeszło 30 lat temu. Iwona Mogiła-Lisowska miała zobaczyć się z rodzicami wieczorem w ich domu, jednak na to spotkanie nigdy nie dotarła. Zrozpaczony ojciec przez wszystkie lata szukał córki i zawsze wierzył, że sprawę zaginięcia uda się w końcu wyjaśnić. Był nawet kilkukrotnie gościem programu "Z archiwum 997". Korzystał też z pomocy kilkudziesięciu jasnowidzów - żaden jednak nie potwierdził, że jego córka żyje.

Historia łódzkiej dziennikarki Iwony Mogiły-Lisowskiej wydaje się być jedną z trudniejszych i wciąż nierozwiązanych polskich spraw zaginięć. Nigdy nie znaleziono bowiem ciała kobiety ani nie natrafiono na żadne konkretne dowody, wskazujące na jej morderstwo. Poszlak jest również stosunkowo niewiele, a te, które są - wydają się być niejasne. 

Zobacz wideo Czy wiesz, co zrobić, gdy zaginie ktoś bliski?

W chwili zaginięcia Iwona Mogiła-Lisowska miała 32-lata. Horror rodziny rozpoczął się w 1992 roku. W tym samym dniu, oprócz kobiety miały zniknąć również jej rzeczy osobiste (m.in. paszport oraz torba podróżna), a także dywan ze stołowego pokoju. Jak twierdził wówczas jej mąż, dziennikarka miała początkowo nie wrócić na noc (najprawdopodobniej z powodu pracy), a następnego dnia udać się do Niemiec. Z jej strony nie było jednak żadnego kontaktu, a pogrążony w smutku ojciec szuka swojej córki do dzisiaj.  

Sprawa zaginięcia Iwony Mogiły-Lisowskiej. "Nie żegnałem się z nią, bo wiedziałem, że wieczorem ma przyjść do nas"

Iwona Mogiła-Lisowska była początkującą dziennikarką. Niedługo przed zniknięciem dostała pracę w jednej z łódzkich stacji - Tele 24. Ostatni raz rodzice widzieli ją 10 listopada 1992 roku. To właśnie wtedy ojciec zaginionej kobiety wrócił z pracy z Jugosławii do Łodzi i przyjechał odwiedzić córkę w jej domu przy ulicy Świetlików. Jak wspomina po latach w wywiadzie dla "Polska Times", tego dnia rano postawił na stole szampana, bo wiedział, że był to jej ulubiony trunek. 

- Zapytała czy będę coś robił na budowie, bo pomagałem przy wznoszeniu garażu i budynku gospodarczego. Powiedziałem, że zajmę się tym następnego dnia, bo jestem zmęczony po podróży. Wróciłem do domu. Nie żegnałem się z nią, bo wiedziałem, że wieczorem ma przyjść do nas - mówił w wywiadzie ojciec Iwony, Adam Puzio.

Po południu dziennikarka odwiedziła jeszcze wraz z mężem swoją matkę w miejscu jej pracy. Po spotkaniu wsiadła do samochodu z mężem i odjechali. Wieczorem jednak, mimo umówionego spotkania, 32-latka nie pojawiła się w domu swoich rodziców. Następnego dnia, zaniepokojony tym faktem ojciec, pojechał ją odwiedzić. W miejscu jej zamieszkania zastał jednak tylko swojego zięcia, który poinformował go, że Iwona nie wróciła na noc. Ze względu na zawód, który wykonywała, ojciec pomyślał, że być może została dłużej w pracy - jak zdarzało się już wcześniej.

Jednak i kolejnego dnia ze strony młodej kobiety nie było żadnego kontaktu w kierunku rodziców.

Adam Puzio twierdzi, że następnego dnia zięć powiedział mu, że córka wyjechała na tydzień do Niemiec. Jeździła tam wcześniej, bo pracowała jako kelnerka w restauracji koło Mannheim, prowadziła też jej właścicielom księgowość

- możemy przeczytać na portalu. Ojciec dziennikarki chciał zgłosić jej zaginięcie już wtedy. Miał się jednak wstrzymać za namową zięcia, który jak twierdził Puzio, prosił, by poczekali na powrót kobiety z Niemiec i nie robili jej wstydu przez zaangażowanie całego miasta w poszukiwanie. Służby zawiadomiono zatem dopiero dziewięć dni od zaginięcia. Kobiety szukano, jednak sprawa stanęła w martwym punkcie. Do dzisiaj nie wiadomo co stało się z Iwoną Mogiłą-Lisowską. 

Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Joanna Gibner w chwili zaginięcia miała 23 lata24 lata szukała córki, za ostatnie pieniądze opłacała nurków. Aż nadszedł ten Dzień Matki

Dwa metry pod ziemią, na terenie posiadłości znajdowały się ubrania oraz dywan

Z powodu braku efektów śledztwa ojciec kobiety postanowił szukać córki na własną rękę. W tym celu udał się chociażby do Niemiec - ostatniego miejsca, w którym miała przebywać przed zniknięciem. Podróż nie przyniosła jednak żadnego rezultatu ani nowego tropu. Mijały kolejne lata od zaginięcia i rodzina Mogiły-Lisowskiej postanowiła skorzystać z pomocy jasnowidzów.

Jeden z nich doradził, by szukać na terenie byłego zamieszkania kobiety. Puzio rozkopał wówczas teren działki i dwa metry pod ziemią natknął się na poskładane w kostkę ubrania, które dziennikarka miała rzekomo zabrać na wyjazd do Niemiec. To jednak nie wszystko - w ziemi znajdował się także dywan, a nieopodal również torba podróżna. Policji nie udało się jednak ustalić ani daty zakopania przedmiotów, ani osoby czy celu, w jakim schowała je pod ziemią. 

 

Po latach, siostra zaginionej miała powiedzieć portalowi Kryminatorium, że znalezione wówczas ubrania oraz dywan nie należały do Iwony. - Już nie mam Panie redaktorze nadziei, bo moja córka przez pięć lat, by się odezwała do mnie, jakby żyła. Nie wierzę... Ona już nie żyje. Ja tylko pragnę i proszę Boga, żebym mogła odnaleźć jej ciało - mówiła w 1997 roku matka zaginionej w wywiadzie dla "Z archiwum 997".

Przez wszystkie lata poszukiwań, Adam Puzio korzystał z pomocy przeszło 30 jasnowidzów. Niektórzy zgłaszali się do niego po programie telewizyjnym, chcąc pomóc w odnalezieniu ciała jego córki. Jedni mówili, że została zamordowana podczas kąpieli, inni na miejsce pochowania zwłok wskazywali żydowski cmentarz czy jezioro. Każdy teren przeszukiwano. Jeden z jasnowidzów mówił również, że szczątków należy szukać w szambie. Jak się okazało, znaleziono wówczas tam kości. Analiza wykazała jednak, że należały one do zwierzęcia. 

Śledztwo zawieszano i umarzano niemal 20-krotnie 

Sprawą zniknięcia kobiety zajmowała się Prokuratura Rejonowa Łódź-Bałuty. Jak informuje serwis Polska Times, śledztwo w tej sprawie było 20-krotnie zawieszane, wznawiane czy umarzane. Zdesperowany ojciec dziennikarki, próbował zgłaszać sprawę nawet do Ministerstwa Sprawiedliwości. Był również kilkukrotnie gościem programu "Z archiwum 997". 

Policja w czasie czynności operacyjnych / Zdjęcie ilustracyjneDom wyglądał tak, jakby wyszli tylko na chwilę. Minęło 18 lat, a po rodzinie Bogdańskich nie ma nawet śladu

Na cmentarzu rodzina odwiedza pusty grób 

Sprawa łódzkiej dziennikarki pozostaje nierozwiązana od 30 lat. W 2005 roku wyrokiem sądu kobietę uznano za zmarłą. Jej rodzina na cmentarzu odwiedza pusty grób i wciąż liczy, że sprawę z czasem uda się jeszcze rozwiązać i dostaną odpowiedź na pytanie, co stało się z Iwoną. Jeśli kobieta żyje, miałaby już 63 lata.

Więcej o: