Dają schronienie 500 uchodźcom z Ukrainy. "Przyjeżdżają do nas ludzie, którzy uciekli z piekła"

- Uciekali z Charkowa, które jest zrównane z ziemią. Przy synach - czteroletnim i dwunastoletnim - opowiadała mi o tym, jak żołnierze gwałcili jej sąsiadki, jak strzelali do przedszkoli. Opowiedziała też, jak musieli wszyscy uciekać przez pole minowe, a potem, gdy znaleźli samochód, to w trakcie ucieczki do Odessy został on ostrzelany. Gdy dotarli do Odessy, to akurat było bombardowanie. W końcu trafili do nas. Po 5 dniach ucieczki. Z czteroletnim dzieckiem - mówi nam Kamil Prusinowski, jeden z wolontariuszy w Jarosławiu, którzy postanowili dać dom i nowy początek najbardziej potrzebującym.

Fundacja Poland Welcomes od ponad miesiąca pomaga uciekającym przed wojną Ukraińcom. Grupa przyjaciół wspierana lokalowo i finansowo przez Patrycjusza Gawła rzuciła niemal wszystko, by przyjąć uchodźców i zapewnić im nocleg i wyżywienie.  

Ostatnio rozmawialiśmy miesiąc temu, powiedz mi, jak wygląda teraz sytuacja? Zmieniliście nazwę na Poland Welcomes 

Nie mamy jeszcze żadnego finansowania, tzn. jakieś tam drobne mamy, ale ono jest niewystarczające. Weszliśmy we współpracę z Compass Group Poland, który jest częścią Grupy Compass obecnej w ponad 45 krajach na całym świecie. Zatrudnili dla nas panie z Ukrainy i to one dla nas gotują. Używają kuchni Patryka, mojego przyjaciela, który to wszystko zainicjował. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni. Robią naprawdę coś niesamowitego. Compass jest w stanie ugotować do dwunastu tysięcy posiłków dziennie, zaopatrują nasze sześć schronisk, gdzie mamy teraz ponad 500 osób, a w ciągu dwóch tygodni, jak dostaniemy łóżka piętrowe, to będzie pond 1000 osób. Dostarczają też obiady ludziom na granicę, na dworce kolejowe - są absolutnie fantastyczni. Specjalizują się w żywieniu zbiorowym w zakładach pracy, prowadzą też restauracje w biurowcach. W Polsce mają ponad 100 restauracji i bardzo nam pomagają. Bez nich byłoby ciężko.

Nazwę zmieniliśmy. Przyjechał znajomy, który jest trenerem mediów i dziennikarzem i powiedział: "Stary, Unitatem? Jak ty chcesz to komuś pokazać?" Dlatego uznaliśmy, że dla ludzi spoza Polski Poland Welcomes jest bardziej przemawiające.  

Mamy teraz pond 500 osób. Z takich większych lokalizacji - mamy teraz lokalizację w Radymnie, gdzie docelowo 60 - 75 osób będzie mieszkać. Teraz jest ich 300. Jesteśmy trochę przyblokowani, bo nie mamy łóżek piętrowych. Ktoś kupił ze Stanów od jakiejś fundacji, ale nie dość, że w ciągu miesiąca łóżka podrożały ponad trzykrotnie z 300 zł na 1000 zł, to jeszcze trzeba na nie czekać miesiąc. Do tego bursa W Radymnie nie była używana przez 12 lat. Trzeba było wszystko pomalować, naprawić przeciekający dach, niesprawne ogrzewanie, elektrykę. Kanalizację naprawialiśmy pięć razy, bo ciągle się psuła i zatykała. Planowaliśmy, że remont potrwa dłużej. Chcieliśmy jedno piętro remontować tydzień, ale przez to, że nie mieliśmy już miejsca, a nie chcieliśmy nikomu odmówić pomocy, to musieliśmy w trzy dni przygotować bursę, łącznie ze stołówką na 200 osób. Pracowaliśmy więc sobota, niedziela po 24 godziny, żeby to odświeżyć. No i ludzie już sobie tam mieszkają - 300 osób nawet zadowolonych.

Grupa wolontariuszy z Jarosławia pomaga uchodźcom w obliczu kryzysu wojennegoPrzyjmują uchodźców z Ukrainy. W pół godziny dali dom 86 dzieciom

Widziałam też, że już pierwszą zrzutkę zakończyliście i zbieracie teraz na dwa samochody.  

Tak, przy tej pierwszej zbiórce pomogły nam bardzo Maja i Sonia Bohosiewicz i to dzięki nim uzbieraliśmy pieniądze. 

Problem jest taki, że myśmy się umówili, że będziemy płacić opłaty we wszystkich tych lokalizacjach. Te opłaty nie są pełne, ale nie dostajemy jeszcze pieniędzy od rządu, więc mamy problem z płaceniem rachunków. Żeby to się jakoś wyrównało, to w bursie musiałoby mieszkać ponad 500 osób. Nie możemy sobie na to pozwolić.  

Nie chcieliśmy też od razu zapełniać wszystkich lokalizacji, bo baliśmy się, że wydarzy się na Ukrainie coś jeszcze. Wydarzyła się Bucza. Dwa dni temu byłem na dyżurze tutaj w Radyminie i dostałem telefon o 4.00 rano - co jest normalne, bo tak po prostu dzwonią przez całą noc - i kobieta mówi, że potrzebuje noclegu dla czterech osób. Pytam więc: Na kiedy pani potrzebuje ten nocleg? A ona odpowiada: Właściwie to stoję już pod drzwiami. I co się okazało: Uciekali z Charkowa, które jest zrównane z ziemią. Przy synach - czteroletnim i dwunastoletnim - opowiadała mi o tym, jak żołnierze gwałcili jej sąsiadki, jak strzelali do przedszkoli. Opowiedziała też, jak musieli wszyscy uciekać przez pole minowe, a potem, gdy znaleźli samochód, to w trakcie ucieczki do Odessy został on ostrzelany. Gdy dotarli do Odessy, to akurat było bombardowanie. W końcu trafili do nas. Po 5 dniach ucieczki. Z czteroletnim dzieckiem.  

Teraz przyjeżdżają do nas właśnie tacy ludzie, którzy uciekli z piekła, które zaraz będzie jeszcze większym piekłem. Albo ci, których Putin nie wywiózł do Rosji przymusowo. Wywożą przymusowo. Od razu odbierają paszporty, telefony komórkowe.  

To jest straszne, co mówisz. Gdy rozmawialiśmy miesiąc temu, to w ciągu dziesięciu dni udało wam się zorganizować naprawdę wielką pomoc. A jak jest teraz? Z tego co widziałam, to wszystko poszło bardzo fajnie do przodu 

Mamy teraz właściwie sześć lokalizacji - trzy takie naprawdę duże, gdzie jest możliwość zakwaterowania 120 osób, 250 i 670. Mamy dwa naprawdę duże magazyny, dostaliśmy grant ze Stanów z fundacji Core, żeby zatrudnić dwadzieścia Ukrainek na trzy miesiące. Dostaliśmy też grant, żeby kupować świeże warzywa i produkty mleczne. Pomaga nam Compass Group. Niestety wciąż musimy pracować na okrągło, bo nie mamy ludzi do pracy. Gdy już panie z Ukrainy zaczną pracować, to nas trochę odciążą. Wcześniej nie mogliśmy sobie na to pozwolić... Może inaczej: obliczyliśmy, że przy 1100 łóżek, które możemy mieć w tych lokalizacjach, to koszt jednego miejsca na jedną noc wynosi 4,5 dolara - czyli taka kawa w sieciówce. To koszt utrzymania jednego dziecka albo jednej matki uciekających przed wojną. Mają mieszkanie, ciepły posiłek, prywatną opiekę medyczną, portugalskich lekarzy, którzy co dwa tygodnie się zmieniają (mam nadzieję, że przyjadą kolejni), lekarstwa, kosmetyki - wszystko, czego potrzebują do życia. Dzieci mają prywatne przedszkole, które otworzyliśmy.  

Gdy rozmawialiśmy wcześniej, mówiłeś, że macie praktycznie wszystko, a ubrań nadwyżkę. Dalej tak jest?  

Ubrania jeszcze mamy. Dostaliśmy też rzeczy z Włoch. Najbardziej potrzebujemy teraz pieniędzy. Za przedszkola za 13 dni w dwóch lokalizacjach - teraz mamy trzy - musieliśmy zapłacić ponad 4 tys. zł.  

Są rzeczy, których jeszcze potrzebujemy: dodatkowe półki, szafki, parawany, ale tak naprawdę nie zapłaciliśmy jeszcze ludziom za remont bursy. Oni się liczyli, że jeśli nie zbierzemy pieniędzy, to ich pieniądze przepadną, ale mam nadzieję, że kiedyś się uda i będziemy mogli im zwrócić to, co włożyli. Przynajmniej za materiał. 

Musimy jeszcze zapłacić rachunki, a nie bardzo mamy z czego. Dziś rano miałem szron na szybach, więc trzeba jeszcze dogrzewać. Tam są dzieci i nie mogą marznąć. Dorośli zresztą też. Grzać musimy 24 godziny na dobę.

Niedawno otworzyliście przedszkole. I jak ono działa?  

To przedszkole ogólnie działało, ono jest Patryka mamy, i tam było około dwustu dzieci. Pani Ela po prostu powiedziała "mam jeszcze 50 miejsc, nie będę nikogo przyjmować, za darmo przyjmę dzieci z Ukrainy". Zatrudniliśmy nauczycielki - ukraińską i polską. Dzieci na początku są w grupach adaptacyjnych, a później przechodzą do tych wspólnych grup i się integrują z polskimi dzieciakami. Chcemy, żeby się obeznali z sytuacją, jaka tutaj jest. 

Dziewczynka napisała list do mamy, która zginęła w BorodzianceDziewczynka napisała list do mamy, która zginęła w Borodziance. "Nigdy cię nie zapomnę"

Cieszę się, że wam to wszystko tak świetnie idzie 

Tak, ale wiesz, to jest bardzo smutne, jak muszę chodzić i prosić o pieniądze. Nie proszę o kasę na swój biznes, tylko na to, żebym mógł za te cztery dolary dziennie utrzymać jedno dzieciątko, żeby ono nie musiało myśleć o tym, jak się tu odnaleźć i o tym co się działo, zanim tu trafiło.  

Tym bardziej że wszystko sami załatwiacie 

Tak. Każdy z nas ma swoją profesję, ale zostawił to, żeby zająć się pomocą.

Fundacja zbiera teraz pieniądze na samochody dostawcze, w których mogliby zmieścić termosy z ciepłym jedzeniem lub setki kilogramów produktów do ich przygotowywania. Link do zbiórki tutaj: Pomóż nam dostarczyć jedzenie dla matek i dzieci z Ukrainy!

Więcej o: