Czy Marek W. zabił 76-letniego krawca? Zagadka z Gorzowa wciąż bez odpowiedzi

Choć Marek W. miał motyw, a wiele dowodów wskazywało na to, że to on zabił Jerzego, sąd uniewinnił 40-latka. Mimo to mężczyzna trafił do więzienia. Wszystko dzięki niemieckim śledczym, którzy udowodnili, że z rąk W. zginął Ingolf P.
Marek W. na sali sądowej
Fot. Daniel Adamski / Agencja Wyborcza.pl

Marek W. poznał Jerzego - 76-letniego krawca z Gorzowa Wielkopolskiego, podczas sprzedaży mieszkania. Mężczyźni mieli wiele wspólnych tematów i z czasem się zaprzyjaźnili. W wolnych chwilach wspólnie wędkowali i oglądali samochody na giełdach. Choć znali się krótko, ich więź szybko się zacieśniała.

Zobacz wideo Rozmowa Justyny Mazur z Heleną Kowalik. Cykl kryminalny Gazety.pl - Oskarżam

Po kilku miesiącach Marek dowiedział się, że Jerzy kupił nowe mieszkanie. 40-latek szybko zaoferował swoją pomoc przy remoncie. Okazało się, że ich przyjaźń ma jednak granice. Marek próbował wyłudzać od Jerzego coraz większe kwoty, 76-latek zauważył też, że z jego mieszkania znikają cenne przedmioty. Domyślił się, że za kradzieżami musi stać Marek. Relacja mężczyzn zaczęła się psuć. Coraz częściej się kłócili.

Więcej podobnych artykułów można znaleźć na naszej stronie głównej Gazeta.pl

Marek W. miał przyjść do zakładu Jerzego. Tego dnia krawiec zginął

Mimo wszystkich nieporozumień Jerzy cenił Marka. Krawiec miał nadzieję, że uda mu się porozmawiać z przyjacielem i wyjaśnić całą sytuację. Zaprosił go do swojego zakładu. Mężczyźni mieli się spotkać 3 kwietnia 2013 roku. Tego samego dnia 76-latek zginął. 

Na ciele Jerzego znaleziono liczne obrażenia. Śledczy ustalili, że otrzymał kilka mocnych ciosów w głowę. Miał kompletnie zmiażdżoną klatkę piersiową, a dookoła szyi miał ciasno zaciśnięty kabel. Najpewniej zginął przez uduszenie. 

Czy to Marek W. zabił 76-letniego krawca? 40-latek nigdy nie przyznał się do winy, a dowody były niewystarczające, aby mu ją udowodnić. Mimo to prokurator Arkadiusz Roćko był pewien, że to właśnie Marek W. doprowadził do śmierci Jerzego.

Zachowywał się dziwnie i uciekał przed policją. Jego partnerka opowiedziała o nerwowej rozmowie

Były dowody, które wskazywały na winę Marka, ale sąd wydał wyrok uniewinniający. Jak do tego doszło? Warto przyjrzeć się poszlakom. Na miejscu zbrodni znaleziono jedynie ślady biologiczne należące do ofiary. Nie udało się także odszukać świadków zabójstwa - w zakładzie krawieckim nie było innych pracowników, a sąsiedzi zeznali, że niczego nie słyszeli. Nie pomógł także monitoring miejski.

Według prokuratury na winę Marka wskazywały motyw, jego przeszłość, ale przede wszystkim dane z telefonu komórkowego. Dzięki zapisom logowania urządzenia śledczy ustalili, że mężczyzna musiał być w pobliżu zakładu krawieckiego, kiedy doszło do zbrodni. Ważne okazały się także zeznania ówczesnej partnerki Marka, Ewy. Kobieta zeznała, że kiedy wróciła do domu, partnera już w nim nie było. Zwróciła też uwagę na dziwny pośpiech mężczyzny. Kiedy Marek skontaktował się z Ewą, poprosił ją, aby przywiozła jego rzeczy do Drezdenka. Wychodząc, nie zabrał ze sobą ubrań na zmianę.

Policja miała problem z zatrzymaniem podejrzanego. Marek regularnie zmieniał kartę SIM oraz swoje położenie. Mimo to po 10 dniach udało się go wreszcie namierzyć. Mężczyznę przyłapano w Redzie. Policjant, który wykonywał wtedy czynności, wspomina twarz Marka. Z jego zeznań wynika, że podejrzany był agresywny, a jego mimika wskazywała na desperację.

"Nie rozumiem tego, że tu jestem w ogóle". Sąd uznał, że dowodów jest zbyt mało

Mimo zebranych dowodów sąd nie był w stanie udowodnić Markowi zabójstwa Jerzego. Mężczyzna nie przyznawał się do winy. 

Nie rozumiem treści aktu oskarżenia. Nie rozumiem tego, że tu jestem w ogóle. Nikomu krzywdy nie wyrządziłem. Ja mam czyste ręce. Brakuje tu jednego człowieka

- mówił Marek na sali sądowej. Jego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".

Mężczyzna próbował przerzucić odpowiedzialność za morderstwo na Mykołę S. Ten jednak utrzymywał, że nie zna Marka, a na jego udział w zabójstwie było jeszcze mniej dowodów. Ze względu na zbyt małą liczbę dowodów, sąd wydał wyrok uniewinniający. Mimo to Marek W. trafił za kratki. Jak do tego doszło?

Marek W. zabił swojego pracodawcę. Zadał mu 11 ciosów nożem

Okazało się, że Marek W. miał na swoim koncie inną zbrodnię. Pół roku przed wydarzeniami z Gorzowa usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności, od którego później się odwoływał. Chodziło o sprawę z listopada 2012 roku. Marek W. przebywał wówczas w Niemczech. Wyjechał tam do pracy, która polegała na pomocy przy remontach. Zatrudnienie dostał u 70-letniego Ingolfa P., który szukał pracownika poprzez ogłoszenia umieszczane w gazetach.

Przyjęcie Marka W. okazało się błędem. Ingolf był bogaty, a Marek doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Z tego powodu w nocy z 24 na 25 listopada 2012 r. zamordował swojego pracodawcę, zadając mu dziewięć ciosów nożem w plecy i dwa w klatkę piersiową. Niemieckim śledczym udało się znaleźć ślad biologiczny Marka, ale sprawę tę oddali polskiej prokuraturze. Mężczyzna do tego zabójstwa również się nie przyznał, co rusz wymyślał nowe alibi. Dowody były jednak niepodważalne.

Pękata kartoteka Marka W. Wymiar sprawiedliwości znał go od lat

Marek W. ma na koncie więcej przestępstw. Na początku lat 90. dopuścił się napadu na starsze małżeństwo, związał seniorów i groził im zabójstwem. Regularnie bił jedną z ofiar pogrzebaczem. Podżegał także swoich kolegów do zabójstwa pary.

Pod koniec 1999 roku Marek W. napadł na taksówkarza. Przywiązał mężczyznę do drzewa, a następnie ukradł jego mercedesa. W 2005 roku przeprowadził natomiast napad na mieszkanie w Gdyni. Był to pierwszy czyn, za który został skazany. Po czterech latach odsiadki wyjechał do zachodniej Polski, gdzie popełnił kolejne zbrodnie.

Więcej o: