Monika była wesołą dziewczynką i nie sprawiała większych problemów wychowawczych. We wsi znali ją wszyscy, otaczała się wieloma koleżankami. Pewnej nocy, kiedy wracała od jednej z nich, słuch po niej zaginął. Od 2012 roku nie wiadomo, co się z nią stało. Choć policja dawno umorzyła śledztwo, to wciąż zachęca, aby zgłaszać się z ewentualnymi informacjami na temat tej sprawy.
Więcej podobnych artykułów można znaleźć na naszej stronie głównej Gazeta.pl
W 2012 roku podczas świeżo rozpoczętej przerwy wakacyjnej 15-letnia Monika nie próżnowała. Często spotykała się ze znajomymi i korzystała z czasu wolnego, ile się tylko da. Nie inaczej było 7 lipca. Około godziny 21 Monika poinformowała mamę, że idzie spotkać się z koleżanką. Kobieta nie miała powodów do zmartwień - jej córka zawsze była odpowiedzialna i posłuszna, kiedy więc powiedziała jej, że wróci do domu o 23, była pewna, że tak się właśnie stanie. Rodzina mieszkała w Woli Gałeckiej. W niewielkiej wsi Monikę znali się dosłownie wszyscy. Tym bardziej nie było więc powodów, aby obawiać się o bezpieczeństwo nastolatki.
Monika spędzała czas z koleżanką aż do ustalonej z mamą godziny. Dziewczyny miały między sobą umowę, że zawsze odprowadzają się nawzajem mniej więcej do połowy drogi. Uznały, że taki układ jest sprawiedliwy. Tak samo było tym razem. Monika rozstała się z koleżanką na przystanku, około 200 metrów od domu. O godzinie 23.09 napisała jeszcze do swojej znajomej SMS-a, że u sąsiadów odbywa się głośna impreza. Od tego momentu ślad po niej zaginął.
Mama Moniki była bardzo zaniepokojona tym, że córka nie pojawiła się o umówionej godzinie w domu. Dzwoniła do niej o 23.12, ale nie odebrała. Według późniejszych ustaleń policji telefon nastolatki przestał odpowiadać około godziny 2 w nocy.
To była sobota. Ładna, ciepła, wakacyjna. Cały dzień spędziłyśmy na podwórku, przy obowiązkach. Wieczorem wyjechałam z domu, wróciłam późno. Rano mama powiedziała mi, że Monika nie wróciła na noc. Czekała na nią, dzwoniła na komórkę, ale telefon nie odpowiadał. Od razu wsiedliśmy w samochód i zaczęliśmy jej szukać
- wspomniała siostra Moniki w rozmowie z portalem Onet.pl.
Rodzina była bardzo zaniepokojona. Monice nie zdarzały się takie wypadki. Samodzielne poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów, dlatego bliscy 15-latki udali się na komendę.
Funkcjonariusze rozpoczęli śledztwo bezzwłocznie, bo zaginięcie dziecka zawsze traktowane jest priorytetowo. Jednak nie tylko rodzina i policja były zaangażowane w sprawę. Pomóc próbowali także sąsiedzi oraz internauci. Na próżno.
W poszukiwania zaginionej włączyła się rodzina, policja, sąsiedzi, znajomi. Niestety, nie udało się ustalić, co stało się z dziewczynką. Nie natrafiono na żaden ślad, nie odnaleziono żadnej z jej rzeczy. Nie było żadnych świadków. Poddano analizie logowania telefonów, kilka osób przebadano wariografem, przeszukano łąki, pola, sprawdzono szamba, stodoły, opuszczone budynki – bez rezultatu
- informowała Komenda Wojewódzka Policji w Radomiu.
Podczas śledztwa udało się dotrzeć do osób, które były około 15 minut później na tym samym przystanku, na którym Monika rozstała się z koleżanką. Nikt jednak nie widział dziewczyny. Policja ustaliła też, że nie ma możliwości, aby zaginiona wsiadła do autobusu, bo w tamtym czasie żaden nie zajechał na przystanek. Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że Monika wsiadła do obcego samochodu lub została do niego wciągnięta. Dziewczyna była bardzo ufna, dlatego istniało podejrzenie, że mogła przystać na propozycję obcej osoby i wejść do auta.
Śledztwo trwało aż do 2014 roku, ale ze względu na brak postępów i jakichkolwiek podejrzanych zdecydowano się je umorzyć. Nie oznacza to jednak, że policji nie interesują już informacje związane ze sprawą. Służby wciąż czekają na ewentualnych świadków lub poszlaki.
Prokuratura prowadziła w tej sprawie śledztwo, ale umorzyła je w 2014 roku ze względu na niewykrycie sprawców. Funkcjonariusze jednak nieustannie poszukują zaginionej. Policjanci korzystają z coraz nowocześniejszych narzędzi wykorzystywanych w takich sprawach
- powiedział Rafał Jeżak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Radomiu, którego słowa cytuje TVN24. Co ciekawe, pod koniec listopada 2016 roku decyzją Mazowieckiego Komendanta Wojewódzkiego Policji wyznaczona została nawet nagroda w wysokości 5000 zł za przekazanie informacji, które pomogą rozwiązać sprawę. Nie przyniosło to jednak żadnych rezultatów.
Interesującym wydaje się fakt, że do sprawy zgłosił się nawet jasnowidz Krzysztof Jackowski. Mężczyzna próbował pomóc funkcjonariuszom i rodzinie, rozpatrywał różne tropy, a nawet rozrysowywał mapki. Sprawa okazała się dla niego zbyt trudna. Z tego powodu po tygodniu prób oficjalnie zrezygnował.