Zapłacił 380 dolarów za pudełko ze zdjęciami. Ich tajemnica odmieniła jego życie

Żeby ustalić, kim był fotograf, który zrobił tysiące zdjęć na ulicach Chicago, John Maloof musiał wcielić się w detektywa. Przeczesywał internet, odwiedzał muzea, dzwonił do mediów. W końcu się udało - rozwiązał zagadkę dzięki opowieściom ludzi, u których mieszkała ta tajemnicza, artystyczna dusza. Historia ta tak go wciągnęła, że zrezygnował ze swojej dotychczasowej pracy i stworzył film nominowany do Oscara.
Vivian Maier i jej fotografie
Pexels.com / Paula Schmidt // Facebook / photographervivianmaier

Gdy John Maloof wchodził do domu aukcyjnego RPN Sales w Chicago, nie miał pojęcia, że ta chwila odmieni jego życie na dobre. Młody agent nieruchomości szukał w zbiorach fotografii przedstawiających dzielnicę Portage Park, bo w wolnych chwilach pisał o niej książkę. Podczas poszukiwań, które prowadził końcem 2007 roku, natknął się na pudło, w którym znajdowały się tysiące negatywów z lat 50. i 60. Nie był pewny, czy pomogą mu one w dokończeniu książki, ale postanowił je kupić. Zapłacił niecałe 400 dolarów i wrócił z pudełkiem do domu.

Zobacz wideo Dlaczego kobiety decydują się na fotoreportaż z narodzin? Fotografka mówi, co słyszy od mam

Maloof przejrzał fotografie, ale nie znalazł wśród nich kadrów z Portage Park. Zamiast swojej ulubionej dzielnicy przyglądał się twarzom ludzi sprzed lat - zapłakanej dziewczynce o blond lokach, czarnoskóremu chłopcu z uszami Myszki Miki na głowie, starszemu mężczyźnie, który przysnął w pracy. Okazało się, że w pudełku, które kupił, było aż 30 tysięcy negatywów. Maloof włożył je wszystkie do szafy, ale coś nie dawało mu spokoju.

Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Mężczyzna zaczął przeglądać zdjęcia po raz kolejny. Choć nie znał się na fotografii, podobały mu się obrazy, które trzymał w rękach. Dostrzegał w nich, że ich twórca miał poczucie humoru. Widział też, że interesowały go głównie biedniejsze dzielnice i zwykli, prości ludzie. Postanowił, że musi się dowiedzieć, kim był tajemniczy fotograf sprzed lat.

Po dwóch latach odkrył, kim był fotograf. "Wolna dusza"

Maloof wrócił do domu aukcyjnego i zapytał, do kogo należały zdjęcia, które kupił. Sprzedawcy nie znali nazwiska fotografa, ale wiedzieli, że pudełko było niegdyś własnością starszej, schorowanej kobiety. To nie rozwiązywało zagadki. Maloof wrócił do domu i znów zaczął przyglądać się zdjęciom. Wśród nich znalazł dokument ze studia fotograficznego, na którym widniało nazwisko kobiety - Vivian Maier. Wpisał je w wyszukiwarkę internetową, ale ta nie wyrzuciła żadnego wyniku. Poszukiwania utknęły w martwym punkcie. 

Czas mijał, ale zagadki nie udawało się rozwiązać. Maloof od czasu do czasu szukał nazwiska nieznanej mu kobiety w internecie, ale bez skutku. Wszystko zmieniło się w kwietniu 2009 roku, gdy wyszukiwarka zapytana o Maier wyrzuciła jeden wynik - tekst z "Chicago Tribune" opublikowany zaledwie kilka dni wcześniej. Było to płatne zawiadomienie o śmieci starszej kobiety.

Vivian Maier, dumna obywatelka Francji mieszkająca od 50 lat w Chicago, zmarła spokojnie w poniedziałek. Była drugą matką Johna, Lane'a i Matthew. Wolną duszą, która w magiczny sposób wpłynęła na życie wszystkich, którzy ją znali. Była zawsze gotowa, by udzielić rady, wyrazić opinię lub wyciągnąć pomocną dłoń. Krytyczka filmowa i niezwykła fotografka. Naprawdę wyjątkowa osoba, za którą będziemy bardzo tęsknić, ale której długie i wspaniałe życie zawsze będziemy pamiętać

- brzmiał nekrolog, którego treść cytuje portal chicagomag.com.

Maloof miał więc już pewność, że Vivian Maier to nazwisko fotografki, która zrobiła te wszystkie niezwykłe zdjęcia. Zadzwonił do redakcji "Chicago Tribune", żeby zapytać o ludzi, którzy wykupili publikację nekrologu, ale niczego się nie dowiedział. Znów utknął w miejscu, dlatego postanowił opublikować wpis na portalu Flickr.

Kupiłem ogromną liczbę negatywów w małym domu aukcyjnym w Chicago. To dzieła Vivian Maier, francuskiej fotografki, która zmarła niedawno, w kwietniu 2009 roku w Chicago, gdzie mieszkała. Stworzyłem bloga w serwisie Blogspot, gdzie publikuję jej prace. Mam mnóstwo jej fotografii (około 30-40 tys. negatywów) datowanych na lata 1950-1970. Co mam zrobić z tymi rzeczami? Czy tego typu twórczość zasługuje na wystawę, książkę? A może takie prace nie są niczym niezwykłym? Będę wdzięczny za każdą wskazówkę

- napisał Maloof.

Jego wpis zyskał ogromną popularność - odpowiedziało na niego kilkaset osób. Komentujący wskazywali, gdzie warto się udać, żeby dowiedzieć się, kim mogła być Vivian Maier i kto mógłby ocenić, jaką wartość artystyczną mają jej zdjęcia. 29-letni Maloof zaczął kontaktować się z miejscowymi galeriami i muzeami, chcąc zorganizować wystawę tajemniczej fotografki. W końcu wpadł też na trop osób, dla których - według nekrologu - Maier była "drugą matką". 

Vivian Maier "była jak Mary Poppins"? Nie dla wszystkich

Na dnie pudełka po butach, w którym leżały kupione przez niego negatywy i zdjęcia, widniał adres niejakiego Avrona Gensburga. Gdy Maloof wpisał to nazwisko w wyszukiwarkę internetową, odkrył, że nazwisko Gensburg noszą też mężczyźni o imionach John i Lane - osoby wspomniane w nekrologu Vivian Maier. Maloof postanowił pójść tym tropem. Śledztwo 29-latka wykazało, że Vivian Maier mieszkała w domu Avrona Gensburga i jego żony Nancy. Fotografka była nianią ich synów - Johna, Lane'a i Matthew. To oni okazali się skarbnicą wiedzy o Vivian.

Maloof  ustalił, że Vivian Maier urodziła się 1 lutego 1926 roku w Nowym Jorku. Była córką Marii Jaussaud Maier i Austriaka Charlesa Maiera. Jako dziecko wyjechała z USA do Francji, a gdy miała cztery lata, jej ojciec porzucił swoją rodzinę z nieznanych dotąd powodów. Wiadomo, że mała Vivian miała kontakt z fotografką Jeanne Bertrand. Możliwe więc, że to od niej złapała fotograficznego bakcyla.

Gdy Vivian miała 25 lat, postanowiła wrócić do Stanów Zjednoczonych. 16 kwietnia 1951 roku wsiadła na statek we francuskim porcie Hawr, a 10 dni później wysiadła w Nowym Jorku. Nie jest jasne, co robiła przez kolejnych pięć lat. W 1956 roku odpowiedziała na ogłoszenie Gensburgów, którzy szukali opiekunki dla swoich dzieci. Dostała tę pracę i zamieszkała w domu swoich pracodawców w mieście Highland Park w aglomeracji chicagowskiej. Żyła z nimi przez 16 lat, aż do 1972 roku.

Była jak Mary Poppins. Miała niezwykłą umiejętność nawiązywania kontaktu z dziećmi

- mówił po latach Lane Gensburg.

Vivian Maier robiła wrażenie. Była wysoka, szczupła, nosiła dość niezwykłe ubrania przypominające "strój radzieckiej pracownicy". Mówiła przy tym z francuskim akcentem, a do swojego nowego domu wprowadziła się z wielką podróżną walizą. Szybko poprosiła, by w drzwiach do jej pokoju zamontować zamki i zaczęła gromadzić gazety, które niedługo później tworzyły już wysokie stosy. 

Ze słów Nancy Gensburg wynika, że Vivian "tak naprawdę nie była zainteresowana pracą niani". Z jakiegoś powodu jednak wybrała ten zawód. Możliwe, że zdecydowała się na to, bo praca ta dawała jej pewną mobilność, której najprawdopodobniej pożądała jako fotografka.

Dzieci Gensburgów, dziś już dorośli mężczyźni, dobrze wspominają "fotograficzne safari", na które zabierała je Vivian. Wraz ze swoją nianią wybierali się do dzielnic zupełnie innych niż ta, w której sami mieszkali. Dzięki niej mogli zobaczyć, że nie wszyscy żyją tak, jak oni. Podczas jednej z takich wycieczek mały Lane dostrzegł sznury rozwieszone między budynkami, na których schnęło pranie. - Spójrz, Vivian! Szafy wiszą na zewnątrz! - powiedział chłopiec. - Naprawdę myślisz, że każdy ma suszarnię i pralkę, Lane? - zapytała go niania.

Nie wszyscy podopieczni wspominają francuską nianię z taką samą sympatią. "The Guardian" pisze, że Inger Raymond, którą Vivian opiekowała się od piątego do 11 roku jej życia, twiedzi, że na fotograficznych wyprawach z nianią jej się nudziło. Nie podobało się jej to, że musi chodzić brudnymi ulicami i czekać, aż Maier przestanie robić zdjęcia. Raymond wskazywała także, że jej niania bywała wobec niej okrutna, że karmiła ją na siłę, a jej brata karała klapsami, gdy zdarzyło mu się rozlać mleko.

"Moje życie jest w pudełkach". Po 30 latach fotografowania miała ich 200

Vivian Maier nigdy nie wyszła za mąż, nie miała też swoich dzieci. Gdy ktoś nazywał ją "panią Maier", poprawiała go, mówiąc, że jest panną i jest z tego dumna. Wiadomo, że była feministką i miała wyraziste poglądy polityczne. Mówiła czasem, że jest "kimś w rodzaju szpiega" i ceniła swoją prywatność. To, że robi zdjęcia, nie było tajemnicą, bo wciąż chodziła z aparatem Rolleiflex zawieszonym na szyi, ale nigdy nie chwaliła się wynikami swojej pracy. Ludzie, w których domach mieszkała latami, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wiele fotografii zrobiła i jaki miała talent.

W 1987 roku Vivian Maier zamieszkała w domu matematyka Zalmana Usiskina i jego żony. Zanim to się jednak stało, powiedziała im wprost: "Przychodzę ze swoim życiem, a moje życie jest w pudełkach". Nie mieli z tym problemu, bo mieli duży garaż. Vivian wprowadziła się do nich z 200 kartonami wypełnionymi negatywami, które powstały w ciągu poprzednich 30 lat.

Gdy Vivian skończyła pracę jako niania, zamieszkała w niewielkim lokalu w mieście Cicero. Żyła skromnie, choć najprawdopodobniej nie musiała - w pudełkach Maier znaleziono tysiące dolarów w formie niezrealizowanych czeków. Swoje negatywy trzymała w schowku, ale gdy przestała go opłacać, jej pudełka trafiły do domu aukcyjnego RPN Sales - tego samego, w którym kupił je John Maloof.

W 2008 roku Vivian Maier poślizgnęła się na zamarzniętej kałuży w centrum Chicago i uderzyła głową w krawężnik. Po tym zdarzeniu stan jej zdrowia stopniowo się pogarszał. Trafiła do domu opieki, gdzie zmarła. W dniu śmierci miała 83 lata.

W 2013 roku John Maloof, nabywca większości jej fotografii, nakręcił film "Szukając Vivian Maier". Był on nominowany do Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny. Pośmiertnie Maier została uznana za jedną z najważniejszych artystek XX wieku, a jej prace wystawiane są w galeriach całego świata. Do dziś nie rozwiązano sporu o to, kto jest prawowitym spadkobiercą jej dziedzictwa. 

 
Więcej o: