To mogła być zbrodnia doskonała. "Siara" i "Kiler" wpadli przez jeden drobiazg

7 listopada 2003 roku ulica Kośnego w Opolu stała się miejscem publicznej egzekucji. To wydarzenie zapoczątkowało skomplikowane i pełne zwrotów akcji śledztwo. Policjanci mieli problem nie tylko ze znalezieniem sprawcy, ale nawet z ustaleniem tożsamości samej ofiary.
'Kiler' na sali sądowej
Fot. Rafał Mielnik / Agencja Wyborcza.pl

7 listopada 2003 roku przechodnie idący ulicą Kośnego w Opolu stali się świadkami nagłego incydentu, który zakłócił ich spokój. Mężczyzna w bordowym dresie stał się celem brutalnego ataku ze strony napastnika w czarnej kurtce i bejsbolówce. Akcja potoczyła się niezwykle szybko. Napastnik odwrócił się i oddał kilka strzałów w kierunku mężczyzny w dresie. Ofiara upadła na chodnik, ale to nie zatrzymało atakującego. Sprawca podbiegł do ofiary i strzelił po raz kolejny, tym razem z bliska. Kiedy upewnił się, że mężczyzna w dresie nie żyje, błyskawicznie przeszukał jego kieszenie, a następnie uciekł, zaskoczony obecnością przechodniów. Służby ratunkowe i policja dotarły na miejsce zdarzenia w krótkim czasie. Portal naszahistoria.pl podaje, że miejsce zbrodni i szpital dzieliło zaledwie kilkaset metrów, jednak wszelkie próby reanimacji ofiary nie przyniosły skutku. Tajemniczy mężczyzna w dresie zmarł.

Zobacz wideo Kara bezwzględnego dożywocia jest jak kara śmierci. "Populizm penalny"

Teren, na którym doszło do zdarzenia, został natychmiast zabezpieczony przez funkcjonariuszy. Mundurowi przesłuchali też świadków, aby ustalić jak najwięcej szczegółów związanych z zajściem. Nic jednak nie przynosiło spodziewanych rezultatów. Problemem okazała się nawet identyfikacja ofiary. Nie było to jednak spowodowane stanem zwłok.

Policjanci ustalili, że zamordowany mężczyzna ukrywał swoją prawdziwą tożsamość. Początkowo ustalono, że zmarłym jest Jerzy Wolf, bo tak wynikało z dokumentów znalezionych przy ciele. Okazało się jednak, że to nazwisko było fałszywe.

Zdjęcia dokumentujące tragiczne wydarzenie szybko znalazły się na pierwszych stronach opolskich gazet. Na rozwiązanie sprawy trzeba było jednak poczekać. Podczas przeszukiwania mieszkania "Wolfa" funkcjonariusze spostrzegli, że nigdzie nie ma żadnych odcisków palców. Lokum było oczyszczone do tego stopnia, że nie było w nim nawet śladów biologicznych samego lokatora. Zabójstwo było prawdziwą zagadką, która przez długi czas spędzała policjantom sen z powiek.

"Wolf" ukrywał się przed policją i byłym wspólnikiem. Nie przebierał w środkach

Portal nto.pl relacjonuje, że policja przeprowadziła intensywne śledztwo, aby zidentyfikować zamordowanego mężczyznę, jednak początkowo wydawało się to zadaniem niemożliwym. Wszystkie dokumenty znalezione w mieszkaniu ofiary okazały się fałszywe. Wydawało się, że kluczem do rozwiązania zagadki okaże się książka, którą czytał "Wolf". Ustalono, że nieżyjący mężczyzna wypożyczył ją w jednej z bibliotek na północy Polski. Mundurowi szybko ustalili, że i tam "Wolf" podał fałszywe nazwisko.

Po kolejnych bezskutecznych próbach ustalenia prawdziwej tożsamości zamordowanego policja postanowiła skorzystać z nietypowego sposobu identyfikacji, a mianowicie analizy tatuaży na ciele ofiary. Okazało się, że zostały one wykonane w zakładzie karnym. Po dokonaniu tego odkrycia funkcjonariusze rozpoczęli objazd po różnych więzieniach w Polsce i pytali osadzonych, czy może rozpoznają, kto mógł być posiadaczem takich tatuaży. W jednym z nich trafili na strażnika pamiętającego mężczyznę z podobnymi tatuażami. To pozwoliło ustalić, że mężczyzna używający pseudonimu "Wolf" w rzeczywistości nazywał się Jan P. i był poszukiwanym przestępcą, którego szukało łącznie 11 prokuratur z różnych części kraju.

Jan P. miał za sobą historię oszustw gospodarczych i spędził pewien czas w więzieniu. Po wyjściu na wolność zmienił tożsamość i używał różnych nazwisk. Zerwał nawet kontakt z rodziną. Co więcej, regularnie korzystał z zabiegów kosmetycznych, które przez długi czas pozwalały mu się ukrywać. Jan P. chciał w ten sposób zniknąć z radaru policji. Powodem, dla którego zmienił tożsamość, były jednak również interesy z Januszem W. ps. "Siara". Mężczyzna ten był biznesmenem z Dąbrowy Górniczej, mającym historię działalności w środowisku przestępczym i politycznym. Współpraca "Wolfa" i "Siary" zaczęła się od biznesowych transakcji, jednak wkrótce wybuchł między nimi konflikt dotyczący finansów. To właśnie wtedy "Siara" postanowił rozliczyć się z "Wolfem", odbierając mu życie.

Sprawcy wpadli przez jeden szczegół. Przez pośpiech ułatwili policji pracę

Jan P. miał na koncie oszustwa gospodarcze ogromnego kalibru. Po wyjściu z więzienia nie zszedł z przestępczej ścieżki i używając różnych fałszywych dokumentów, wciąż prowadził swoją działalność. Janusz W. z kolei czerpał korzyści z nielegalnych interesów, w tym na przykład z handlu skradzionymi towarami. Wspólnie z "Wolfem" oszukali przedsiębiorcę z Białegostoku podczas transakcji na 300 tys. zł. Spór finansowy związany z tym interesem miał być jednym z motywów zamordowania Jana P.

Portal detektywonline.pl podaje, że Janusz W. był związany z Dariuszem P., znanym później jako "Kiler". To właśnie on zamordował "Wolfa". "Kiler" był znany wymiarowi sprawiedliwości, bo został kilkukrotnie skazany za różnego rodzaju przestępstwa i podlegał bezpośrednim wpływom "Siary". To na jego polecenie bez wahania dopuszczał się kradzieży i innych występków. "Kiler" nie miał skrupułów i był gotów zrobić wszystko dla pieniędzy, co wynikało - jak ustalili biegli - z zaburzeń osobowości.

Śledczy ustalili, że Janusz W. chciał się pozbyć Jana P., a egzekucję zlecił Dariuszowi P. Zbrodnia ta mogłaby uchodzić za doskonałą, gdyby nie jeden drobny szczegół. Spłoszony przez przechodniów "Kiler" nie zdążył zabrać ofierze telefonu. Dzięki temu policjanci dotarli do billingów "Wolfa" i przeanalizowali 170 tysięcy połączeń, które wykonał lub odebrał. To właśnie dzięki temu udało się ująć sprawców.

16 czerwca 2004 roku o godzinie 6:05 antyterroryści zdetonowali ładunki wybuchowe w drzwiach mieszkania Dariusza P. Jeszcze zanim opadł kurz, mężczyzna był już zakuty w kajdanki. O tej samej godzinie inne grupy policyjne wkroczyły do mieszkania "Siary", jego córki oraz jego partnerki. Następnie wszystkich przewieziono do Opola.

Sprawcy usłyszeli wyrok. "Kiler" podczas przesłuchań płakał jak dziecko

Brutalne przesłuchanie zmusiło Dariusza P. do otwartości względem funkcjonariuszy. Stało się ono także kluczowym momentem w całej sprawie. Podczas składania zeznań w sądzie "Kiler" nie zdołał powstrzymać łez. Płakał wówczas jak dziecko. Przez bestialskie przesłuchanie "Kiler" był tak poraniony, że personel więzienny nie chciał go przyjąć do izby zatrzymań. Zrobił to dopiero po badaniu przez lekarza. Pomimo odniesionych ran Darek P. nie złożył wniosku o ściganie swoich oprawców. Twierdził, że zawarł układ z policją. Zakładał on, że jeśli przyzna się do zabójstwa i obciąży "Siarę", otrzyma jedynie 15 lat więzienia. W przypadku milczenia groziło mu dożywocie. 

Nie wszystkie tajemnice związane ze zbrodnią na Kośnego udało się rozwiązać. Jasne było, że to "Siara" kierował całą operacją, a "Kiler" zabił "Wolfa". W morderstwie miało jednak brać udział jeszcze dwóch innych mężczyzn, którzy mieli pilnować, aby wszystko poszło zgodnie z planem. Nie udało się ich zidentyfikować. Opolski Sąd Okręgowy na podstawie zebranych dowodów wydał wyrok 25 lat więzienia dla obu głównych oskarżonych. Dariusz P. złożył jednak apelację od wyroku, zmienił zeznania i opowiedział o obietnicach śledczych, które sugerowały, że za obciążenie Janusza W. dostanie maksymalnie 15 lat. To doprowadziło do kolejnych przesłuchań, podczas których "Kiler" opowiadał o brutalności antyterrorystów podczas interwencji w jego mieszkaniu. Mimo wszystko sąd podtrzymał wyrok 25 lat więzienia dla Dariusza P., który dokonał morderstwa na zlecenie.

Więcej o: