1 listopada 2020 roku Imanali oraz jego trzej koledzy postanowili wymknąć się z internatu Zespołu Szkół Zawodowych w Kluczkowicach. Celem ich wieczornego wyjścia była wizyta w przyszkolnym sadzie. Chłopcy chcieli po prostu nazbierać jabłek. Portal OKO.press relacjonuje, że w pewnym momencie czwórka nastolatków usłyszała nadjeżdżające auto. Przestraszeni pomyśleli, że to ochrona. Chłopcy wiedzieli, że jeżeli ktoś się dowie, że po 20 wybrali się do sadu, będą mieli kłopoty. Z obawy przed karą postanowili się ukryć - skulili się pod drzewami i czekali na rozwój wydarzeń.
"Fakt" pisze, że w pewnym momencie chłopcy usłyszeli strzał i krzyk Imanaliego. Okazało się, że 16-latek został postrzelony. Koledzy Imanaliego opowiadali później, że chłopak mocno krwawił.
Myśleliśmy, że to ochrona sadu. Przez parę minut ktoś świecił, a potem padł strzał. Imanali krzyknął. Miał krew na piersiach i nodze. Zaciągnęliśmy go do internatu. Samochód odjechał
- zeznał jeden z chłopców podczas przesłuchania w Sądzie Okręgowym w Lublinie.
Gdy koledzy Imanaliego przetransportowali go do internatu, wezwano pogotowie. Mimo prób reanimacji nastolatka nie udało się uratować. Sekcja zwłok chłopca wykazała, że pocisk wystrzelony z broni palnej uszkodził jego nerkę, wątrobę i płuca. Imanali miał też rany na udzie i kolanie.
Ustalenie, kto strzelał w sadzie, nie było trudnym wyzwaniem. Okazało się, że byli to dwaj myśliwi. W samochodzie, który słyszeli nastolatkowie, siedzieli 51-letni Dariusz Ch. oraz 41-letni Marcin B. "Dziennik Wschodni" pisze, że podczas jazdy autem Marcin B. nagle krzyknął: "Dzik!". Dariusz Ch. postanowił się zatrzymać i sprawdzić, gdzie dokładnie znajduje się jego przyszła ofiara. Wyciągnął wówczas telefon i zaczął oświetlać sad latarką.
Zobaczyłem czarną plamę bez nóg. Też stwierdziłem, że to dzik. Byłem pewny na 1000 procent. Ta plama wyglądała na tył odyńca. Nie ruszała się, a one tak czasem robią. Cel był jakieś 70 metrów ode mnie. Oddałem strzał. Wtedy obiekt stanął na dwie nogi
- zeznał później w sądzie Dariusz Ch., co opisywał portal OKO.press.
Zeznania mężczyzny wzbudził ogromne oburzenie. Gdy sprawa obiegła media, wiele osób zastanawiało się, jak można pomylić człowieka z dzikiem. Kontrowersje wzbudzało też to, że Dariusz Ch. i Marcin B. byli zarejestrowani w Polskim Związku Łowieckim (PZŁ), ale nie zgłosili, że będą polować. Gdyby w dniu śmierci Imanaliego zabili zwierzę, dopuściliby się kłusownictwa. Z tego powodu PZŁ postanowił odciąć się od całej sprawy.
Sprawca zdarzenia w momencie popełnienia czynu nie wykonywał polowania, lecz kłusował. Dodatkowo złamał wszelkie obowiązujące myśliwych zasady bezpieczeństwa, jak i normy etyczne
- czytamy w oświadczeniu Polskiego Związku Łowieckiego.
"Gazeta Wyborcza" relacjonowała, że każdej rozprawie przed lubelskim sądem towarzyszyli aktywiści. Przynosili ze sobą banery z hasłami: "Kto będzie następny" i "Myśliwi zagrożeniem dla społeczeństwa".
Tragicznej śmierci Imanaliego i wielu innych tragedii z udziałem broni myśliwskiej można było uniknąć, gdyby nie systemowy problem z egzekwowaniem prawa łowieckiego o obowiązkowych badaniach lekarskich. Imanali by żył, gdyby Dariuszowi Ch. odebrano broń, którą miał jedynie z racji bycia myśliwym
- skomentowała w rozmowie z dziennikiem Katarzyna Wiekiera z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Dariuszowi Ch. postawiono zarzut zabójstwa w zamiarze ewentualnym. Prokuratura domagała się dla niego kary 15 lat pozbawienia wolności. Marcin B. został z kolei oskarżony o utrudnianie śledztwa i nieudzielenie pomocy chłopcu.
Walczymy z myśleniem, w którym można skutecznie oprzeć swoją obronę wyłącznie na stwierdzeniu o pomyleniu człowieka z dzikiem. Proces Imanaliego dotyczy przede wszystkim krzywdy chłopca, pozbawienia go życia, ale moim zdaniem jest też o czymś więcej. Myśliwi powinni zacząć być dużo surowiej rozliczani za swoje "pomyłki". W przypadku myśliwego mamy do czynienia z osobą, na której ciąży naprawdę ogromna odpowiedzialność w zakresie używania broni - i musi sprawdzić bardzo dokładnie, czy na pewno zabije tę istotę, do której ma prawo strzelić
- mówiła mecenas Karolina Kuszlewicz, która w sądzie reprezentowała babcię Imanaliego.
W dniu, w którym zginął 16-latek, jego matka była uznawana za osobę zaginioną. Jego ojciec zmarł z kolei w 2011 roku. Osobą, która go wychowywała, była jego babcia, która mieszkała wówczas w Kazachstanie. Kiedy kobieta dowiedziała się, że jej ukochany wnuk zginął po zaledwie miesięcznym pobycie w Polsce, kompletnie się załamała. Nie znała tutejszego prawa ani języka polskiego. Z pomocą przyszła jej właśnie Karolina Kuszlewicz oraz Lubelski Ruch Antyłowiecki. Dzięki temu kobieta mogła walczyć w sądzie o zadośćuczynienie.
Wyrok, który zapadł w sądzie pierwszej instancji, wzbudził wiele kontrowersji. Mariusz B. został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata i grzywnę 2,5 tys. zł. Dariusz Ch. został z kolei uznany za winnego nieumyślnego spowodowania śmierci i nieudzielenia pomocy. Usłyszał za to wyrok sześciu lat pozbawienia wolności i 25 tys. zł nawiązki dla babci Imanaliego. Sprawa trafiła w sądu apelacyjnego, który... obniżył karę dla Dariusza Ch. Myśliwy został skazany na cztery lata i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności oraz 110 tys. zł nawiązki dla babci nieżyjącego chłopca.