31-letni Piotr prowadził dość spokojnie życie. Według doniesień tygodnika "Wprost" mieszkał z narzeczoną. Para miała już nawet ustalony termin ślubu. Pracował jako magazynier w firmie farmaceutycznej z siedzibą w Pabianicach, do której codziennie dojeżdżał rowerem. Nie inaczej było 10 grudnia 2014 roku. Piotr jak zawsze wsiadł na rower i ruszył w dziesięciokilometrową trasę.
Około godziny 13.45 Piotr dojechał do ulicy Nawrockiego w Pabianicach. Jeszcze kilka minut i dotarłby do pracy. Na jego drodze stanęło jednak trzech mężczyzn. Początkowo nic nie zapowiadało problemów, ale tamci zaczęli go zaczepiać.
Konrad B. i Łukasz G. odwozili samochód partnerki pierwszego z nich do mechanika. Już od dawna trzeba było to zrobić. Ostatecznie nie udało im się dojechać na miejsce, bo w aucie wysiadł akumulator. W obliczu tego problemu mężczyźni zadzwonili do młodszego od nich Kamila K. Chłopak miał prawo jazdy i samochód. Nie zawiódł swoich kolegów, którzy poprosili go o holowanie do warsztatu. Kiedy jednak odstawili pojazd partnerki Konrada do mechanika, pojawił się kolejny problem. Nie chcieli wracać autobusem, a Kamil już odjechał. Postanowili zadzwonić do niego jeszcze raz. Chłopak zgodził się na odwiezienie kolegów. Mężczyźni umówili się na ulicy Nawrockiego, ale Kamil nadjechał ze złej strony. Kiedy zobaczył swoich znajomych, przejechał przez podwójną ciągłą, zajeżdżając drogę nadjeżdżającemu rowerzyście. Był nim właśnie Piotr.
Zdenerwowany cyklista krzyknął do Kamila, że złamał przepisy. Kierowca nie pozostał mu dłużny. Podniósł głos na Piotra, mówiąc, że to jego wina, ponieważ powinien jechać ścieżką rowerową. W międzyczasie koledzy Kamila zdążyli wsiąść do jego samochodu. Kierowca jednak nie ruszył, bo wciąż kłócił się z rowerzystą. W pewnym momencie Piotr pokazał Kamilowi środkowy palec.
Mamy do ciebie wysiąść?
- krzyknął Konrad, opuszczając szybę samochodową.
To wysiadajcie
- odpowiedział Piotr, po czym odjechał. Prawdopodobnie sądził, że nie dojdzie do konfrontacji, ale się pomylił. Zirytowani zachowaniem rowerzysty znajomi z samochodu pojechali za nim. Udało im się go wyprzedzić, chwilę później doszło do szarpaniny.
Dwaj mężczyźni obeszli samochód od tyłu, podbiegli do rowerzysty, silnie uderzyli go w głowę i próbowali zepchnąć z roweru. Wyglądało to tak, jakby oni czekali na niego. Chcieli mu zrobić krzywdę
- mówił jeden ze świadków w rozmowie z portalem dzienniklodzki.pl.
Piotr stracił panowanie nad rowerem. Przewrócił się i uderzył z całej siły głową w bok autobusu, który właśnie nadjeżdżał z naprzeciwka. Mężczyzna nie miał szans tego przeżyć. Konrad, Łukasz i Kamil uciekli z miejsca zdarzenia. Jednemu ze świadków udało się jednak spisać ich numery rejestracyjne.
Początkowo cała trójka sprawców chciała się ukryć. Bali się konsekwencji, które mogą ich spotkać za to, co zrobili. Kamil był jednak bardzo młody - miał zaledwie 19 lat. Uznał, że woli przyznać się do winy i już następnego dnia zgłosił się na komisariat. Jego dwaj koledzy byli zbyt wystraszeni, żeby zrobić to samo. Zniszczyli nawet swoje telefony komórkowe.
Gdy ktoś kogoś wpycha pod autobus, musi się liczyć z tym, że ta osoba może zginąć. Powinien przewidzieć efekt takiego zachowania
- mówił prokurator Krzysztof Kopania. Taki wniosek wysnuli również Konrad oraz Łukasz, którzy po pewnym czasie także zgłosili się na komisariat. "Fakt" wskazuje jednak, że choć sprawcy pojawili się na policji, nie chcieli przyznać się do winy. Twierdzili również, że nie znają rowerzysty. Mężczyźni uparcie twierdzili, że to nie przez nich Piotr wpadł na autobus. Świadkowie, a zarazem pasażerowie wspomnianego pojazdu, widzieli jednak dokładnie, co zaszło na drodze. To właśnie oni powiedzieli policji, że mężczyźni popychali rowerzystę. Przestępstwo zakwalifikowano jako pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Śledczy ustalili, że to Konrad był tym, który zainicjował atak na Piotra. Z tego powodu sąd skazał go na osiem lat więzienia. Jego kolega Łukasz otrzymał karę czterech lat pozbawienia wolności, a Kamil - dwóch lat.