Gdy policjanci odebrali zgłoszenie o porwaniu dziecka na ul. Legionów w Sosnowcu, za oknem panował już mrok. Był 24 stycznia 2012 roku, godzina 18, na chodnikach leżał śnieg. Kiedy funkcjonariusze dotarli na miejsce, spotkali młodą kobietę, która roztrzęsionym głosem opowiedziała im o dramatycznych chwilach, które przeżyła.
Katarzyna W. zeznała, że szła z córką do swojej matki. Sześciomiesięczna Madzia leżała wówczas w wózeczku. W pewnym momencie kobieta poczuła, że ktoś się jej przygląda. Okazało się, że idzie za nią jakiś mężczyzna. Kasia poczuła się nieswojo. Kiedy się zatrzymała, on zwolnił. Gdy ruszyła, on przyspieszył. W pewnym momencie zrobiło jej się ciemno przed oczami. Upadła. Prószył na nią śnieg. Kobietę leżącą na chodniku zobaczyły przypadkowe osoby.
Nie ruszała się. Była kompletnie oszołomiona. Cuciliśmy ją 10 minut. Klęknęła na kolana i zapytała, gdzie jest Madzia. Zaczęła płakać i lamentować, że aż mi ciarki przeszły
- wspominała w rozmowie z "Uwagą!" kobieta, która pomogła Katarzynie. Dziecięcy wózek, w którym powinna leżeć Madzia, był pusty.
Z zeznań Katarzyny wynikało, że mężczyzna, który za nią szedł i uderzył ją w głowę, miał na sobie jasną kurtkę z ciemnym pasem na piersi i długie, chude nogi. Policjanci zaczęli ustalać, kim mógł być, a jednocześnie szukali dziecka. Sprawdzili m.in. rzeczkę płynącą przez osiedle, przez które przechodziła Katarzyna, pobliski park i kosze na śmieci. Nie było jasne, jakim motywem kierował się porywacz. Nie było wiadomo, czy dziecko jeszcze żyje.
Historia Katarzyny W. poruszyła lokalną społeczność, a później, za sprawą licznych publikacji medialnych, całą Polskę. Rodzina małej Madzi skontaktowała się z Krzysztofem Rutkowskim. Detektyw postanowił pomóc, nie biorąc za to ani złotówki.
Jest to najbardziej poszukiwane dziecko w Polsce. Takich sytuacji tu nigdy nie było
- mówił.
Pomagali też sąsiedzi i znajomi Katarzyny i jej męża Bartka. Rozwiesili dziesiątki tysięcy plakatów z wizerunkiem zaginionej dziewczynki. Kolejne osoby oferowały nagrody pieniężne za pomoc w odnalezieniu dziecka.
Jeżeli jest to uprowadzenie dla okupu, to z całą pewnością nagłośnienie sprawy niczemu dobremu nie służy. Natomiast jeżeli dziecko zabrała osoba z zaburzeniami psychiki i wywiozła gdzieś na drugi koniec Polski, to wtedy ma to duże znaczenie dla wykrycia sprawcy
- tłumaczył Dariusz Loranty, negocjator policyjny, z którym rozmawiali dziennikarze "Interwencji".
Katarzyna i jej mąż występowali w kolejnych programach telewizyjnych, apelując do porywacza. Z Krzysztofem Rutkowskim zorganizowali także konferencję prasową.
Błagam, oddajcie mi moje dzieciątko
- łkała Katarzyna, a cała Polska jej współczuła.
Policjanci sprawdzali w tym czasie różne scenariusze. Brali pod uwagę także to, że to Katarzyna może mieć coś wspólnego z zaginięciem Madzi. Mogła sprzedać dziecko, mógł je zabrać ktoś z jej rodziny. Sprawdzili także historię o mężczyźnie w beżowej kurtce, który szedł za Katarzyną w dniu zaginięcia dziewczynki. Okazało się, że człowiek ten rzeczywiście istnieje. Policjanci dotarli do nagrań monitoringu, na którym było widać, że szedł tą samą drogą, co Katarzyna. Ale nic więcej. Funkcjonariusze dotarli do niego już po dwóch dniach. Wówczas okazało się, że miał żelazne alibi. Dla funkcjonariuszy stało się jasne, że matka Madzi kłamie, ale wciąż nie mieli pewności, czy dziewczynka żyje, czy też nie.
Sprawą żyła cała Polska. Niektórzy angażowali się w pomoc dla rodziny Madzi, inni modlili się w intencji zaginionego dziecka, jeszcze inni wietrzyli spisek. W mediach społecznościowych dyskutowali o tym, że to pewnie Katarzyna stoi za zaginięciem sześciomiesięcznej córeczki.
Możecie uwierzyć w to, że ktoś mógł porwać tak małe dziecko?
- pytał rodziców dziewczynki dziennikarz TVN-u.
To nie jest kwestia tego, czy my w to wierzymy. Tak się stało, taka jest prawda, takie są zeznania żony. Bardzo mnie bolą wszystkie komentarze ze strony internetu na przykład czy gazet, że może była pijana i dziecko gdzieś wyrzuciła. Nie rozumiem ludzi, którzy tak mówią. Bo co, normalną, spokojną rodzinę, takie rzeczy nie spotykają, tak?
- obruszył się Bartek W.
Z kolejnych doniesień mediów wynikało, że w historii o rzekomym porwaniu dziecka rzeczywiście coś się nie klei. Emocje wzbudziła m.in. publikacja "Gazety Wyborczej", która napisała, że kilka dni przed zaginięciem Madzi ktoś używał komputera jej ojca do wyszukiwania informacji o tym, ile kosztują dziecięce trumny i jak wysoki jest zasiłek pogrzebowy. Rodzice Madzi i pomagający im Krzysztof Rutkowski zorganizowali kolejną konferencję prasową, na której Bartek tłumaczył, że niczego takiego nie szukał, a Katarzyna milczała ze względu na "zły stan psychiczny".
W mediach zaczęły się już opinie, że jesteśmy mordercami. Jak można powiedzieć coś takiego? Ludzie wydali już wyrok. My nie możemy wyjść na ulicę. Kto weźmie odpowiedzialność, kiedy coś nam się stanie? Co wtedy zrobią media? Nic, bo to się nie sprzeda
- mówił Bartek.
Rutkowski wskazywał z kolei, że w trosce o własne bezpieczeństwo rodzice Madzi przenieśli się z Sosnowca do Łodzi, ale i tam zostali namierzeni, a duża grupa ludzi czekała przed ich mieszkaniem po to, by ich zlinczować.
- Czy pan Marcin Pietraszewski zdaje sobie sprawę, że te informacje, które stawiają w stan oskarżenia publicznego Bartka i Katarzynę, powodują zagrożenie życia tych ludzi? Co będzie, panie Marcinie, kiedy Bartek nie wytrzyma psychicznie i się powiesi, a okaże się, że z tą sprawą nie miał żadnego związku? Weźmie pan odpowiedzialność za śmierć człowieka? - pytał Rutkowski, zwracając się do dziennikarza "Gazety Wyborczej".
O społecznych emocjach, które towarzyszyły tej sprawie, opowiadał później prokurator Zbigniew Grześkowiak, który rozwiązywał zagadkę śmierci małej Madzi.
To była sprawa narodowa, wywołała niezwykłe społeczne emocje. (...) Gdy robiłem zakupy, obcy ludzie zaczepiali mnie i wypytywali o sprawę. To były opinie pełne emocji, czasami naładowane nienawiścią do oskarżonej. To mi uświadomiło, jak ludzie czuli się zawiedzeni i oszukani przez Katarzynę W.
- mówił w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
W pierwszych dniach lutego nastąpił zwrot akcji. Krzysztof Rutkowski opublikował nagranie, na którym widać, jak zapłakana Katarzyna przyznaje, że Madzia nie żyje.
- Co się stało? To był wypadek? Spadła ci? - zapytał detektyw.
- To był taki duży próg w sypialni. Ja z nią wychodziłam, ona była w kaftaniku - odpowiedziała Katarzyna.
- Spadła ci?
- Nie wiem kiedy. Ten kocyk był śliski - powiedziała matka Madzi.
Stało się jasne, że dziewczynka nie żyje. Katarzyna powiedziała Rutkowskiemu, że ukryła zwłoki córeczki pod drzewem nad Czarną Przemszą. Zabrała w to miejsce detektywa, ale zwłok tam nie było.Dopiero policjanci nakłonili ją, żeby pokazała, gdzie je ukryła.
Była spokojna, powiedziała, że zakopała ciało w ruinach, w parku Żeromskiego w Sosnowcu. (...) Prosto z parku pojechała do prokuratury, a my przez kilka godzin dokonywaliśmy oględzin. Było tak zimno, że buty przymarzały do ziemi. (...) W pryzmie śniegu znaleźliśmy niedopałek papierosa. Na szczęście nie zamókł i z ustnika udało się wyizolować DNA Katarzyny W. Znaleźliśmy też zasypane rękawice robocze, które matka Madzi wykorzystała do ukrycia ciała córki. Dzięki temu za paznokciami nie miała śladów ziemi, nie pokaleczyła też dłoni o gruz. Później identyczne włókna jak te z rękawic znaleźliśmy na ubraniu Madzi. (...) Z zeznań i ustaleń wynikało, że przed śmiercią matka oglądała film "Kolor zbrodni". To opowieść o kobiecie, która zgłasza porwanie syna i oskarża o to niewinnego człowieka. Okazuje się, że sama zabiła dziecko
- opowiadał później prokurator Zbigniew Grześkowiak.
Wciąż nie było wiadomo, co było przyczyną śmierci dziecka. W świetle prawa Katarzyna W. była w tamtym momencie osobą podejrzaną o zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie oraz nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka. Do sądu trafił wniosek o tymczasowy areszt dla matki Madzi. Podyktowany był on obawą o to, że Katarzyna W. będzie mataczyć i w ten sposób utrudniać śledztwo.
W kwietniu media obiegła informacja, że Katarzyna W. próbowała popełnić samobójstwo w więziennej celi. Prokurator Grześkowiak przyznał później, że był to jedynie "kolejny element jej gry".
Szybko się okazało, że to był pic na wodę. Rozpuściła w szklance trochę proszku do mycia naczyń i udała, że to połknęła. Nic się jej nie stało, nie pozwoliła nawet, żeby zbadał ją lekarz
- opowiedział "Wyborczej". Niedługo później sąd wypuścił Katarzynę W. na wolność.
Nad zwłokami małej Madzi pochylili się eksperci medycyny sądowej. W lipcu 2012 roku prokurator dostał opinię biegłych, z której wynikało, że dziewczynka zmarła w wyniku uduszenia, ale nie był to nieszczęśliwy wypadek. Zebrane dowody wskazywały także, że to Katarzyna W. była ostatnią osobą, która widziała córkę żywą. Postawiono jej zarzut zabójstwa, a prokuratura znów złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie. Sąd najpierw go zatwierdził, po czym ponownie wypuścił ją na wolność. Zamiast siedzieć za kratami, kobieta miała regularnie meldować się na komisariacie.
Katarzyna W. była jedyną znaną mi osobą w Polsce, która z zarzutem zabójstwa nie siedziała w areszcie
- przyznał prokurator. Zapytany o to, jak Katarzyna W. przyjęła informację o zarzucie zabójstwa, odpowiedział, że matka Madzi była "zimna jak głaz".
Przez kolejne miesiące media publikowały dziesiątki artykułów o Katarzynie W. i jej perypetiach. Polacy przeczytali m.in., że kobieta tańczyła w jednym z krakowskich klubów go-go, oglądali też jej zdjęcia w różnych stylizacjach. Katarzyna W. zmieniała fryzurę, nosiła kapelusze i ciemne okulary. Największy szok wywołało głośne wydanie "Super Expressu", na którego okładce można było zobaczyć Katarzynę W. jadącą na koniu. Kobieta miała na sobie jedynie skąpe bikini, a tytuł mówił: "Teraz mam czas na swoje pasje". W środku gazety można było znaleźć wywiad z Katarzyną W., która mówiła, że w celi poznała matkę skatowanego na śmierć Szymona z Będzina. Oceniła, że to "bardzo ciepła, sympatyczna osoba".
Z dramatu robi się show. Pani Katarzyna chce być gwiazdą i chce pobyć jeszcze w snopach światła, co jest godne pożałowania i etycznie wstrętne. Znam środowiska, które mówią, że Polska dzieli się na tę przed Madzią i po niej. To już trwa zdecydowanie za długo. Niech zniknie, bo przemoc i śmierć łączą się z tabloidowością. Apeluję do mediów: To już przeszło wszelkie granice, nie bawcie się już i dajcie tematowi umrzeć
- komentował w rozmowie z Onetem medioznawca prof. Wiesław Godzic.
Wydanie "Super Expreesu" z Katarzyną W. na okładce ukazało się w październiku 2012 roku. W tym samym miesiącu słuch po niej zaginął. Kobieta przestała zgłaszać się na policję, nie przyszła też na przesłuchanie do prokuratury. Zaczęły się poszukiwania. Pod koniec listopada policjanci znaleźli matkę małej Madzi, która ukrywała się w wynajętej chacie w okolicach Białegostoku. Funkcjonariusze ustalili też, że gdy mieszkała w Krakowie, kontaktowała się z członkami sekt.
Po tym incydencie Katarzyna W. znów trafiła do aresztu, bo sąd uznał, że dotychczasowe środki zapobiegawcze nie spełniły swej roli. Na rozpoczęcie procesu czekała do 18 lutego 2013 roku. Ze względu na duże zainteresowanie mediów rozprawy były prowadzone w specjalnej sali przy ul. Koszarowej w Katowicach. To w niej sądzono m.in. gang Janusza T. ps. Krakowiak. "Sala posiada zabezpieczenia, jakich nie posiada żaden inny sąd w Polsce: pancerne szyby, kuloodporną klatkę dla oskarżonych, wykrywacze metali, rentgeny oraz system monitoringu" - opisywała "Gazeta Wyborcza".
Wyrok w sprawie Katarzyny W. zapadł we wrześniu 2013 roku. Sąd uznał, że matka małej Madzi najpierw próbowała zatruć córkę tlenkiem węgla (czyli czadem), a gdy to się nie udało, rzuciła dzieckiem o podłogę, a następnie je udusiła. Katarzyna W. została skazana na 25 lat więzienia. Sprawa trafiła do sądu drugiej instancji, który utrzymał w mocy wyrok skazujący, przy czym zastrzegł, że Katarzyna W. będzie mogła się ubiegać o przedterminowe zwolnienie warunkowe najwcześniej po odbyciu 20 lat kary. 22 lipca 2015 roku Sąd Najwyższy oddalił zarówno kasację wniesioną przez prokuratora, jak i tę, którą wniósł obrońca. Katarzyna W. będzie mogła opuścić zakład karny najwcześniej w 2032 roku.
Media poświęciły wiele uwagi temu, dlaczego matka małej Madzi postanowiła ją zabić. Znajomi Katarzyny W. mówili wprost, że kobieta nie chciała mieć dziecka. Z niektórych doniesień wynika, że gdy zaszła w pierwszą ciążę, podjęła decyzję o aborcji.
Kasia na początku nie chciała dziecka, ale z czasem pogodziła się z tą myślą. Podkreślała, że jakoś się ułoży. Przede wszystkim narzekała na słabnący związek z Bartkiem. Chciała być blisko niego cały czas, i bolało ją, że on tak dużo pracuje. (...) To wciąż budzi we mnie wielkie emocje. Jak rozdrapywanie ran, które się nie zagoiły do końca. Zostałam z tym na długie lata sama. W mojej głowie Kasia, jako mój przyjaciel, umarła. Nie umiem jej wybaczyć. Nie wiem, jak można takie piękne dziecko zamordować. To, co działo się potem, umocniło mnie w przekonaniu, że nie znam tak naprawdę tej osoby
- mówiła po latach była przyjaciółka Katarzyny W. w wypowiedzi dla programu "Uwaga!".
Matka Madzi była też badana pod kątem ewentualnych zaburzeń psychicznych.
Popełniła najgorszy z możliwych czynów, a psychologowie ocenili, że w jej przypadku nie ma szans na resocjalizację, że jest niebezpieczna, szafuje życiem innych. Takiej osobowości nie zmieni wycinanie różyczek z papieru ani pogadanki z więziennym wychowawcą
powiedział "Wyborczej" prokurator Grześkowiak, który żądał dla Katarzyny W. kary dożywocia.
Po tym wszystkim, co się stało, ojciec Madzi wyjechał z rodziną do Wielkiej Brytanii i tam ułożył sobie życie od nowa. On i jego bliscy nie mają kontaktu ze znajomymi z Polski. Mężczyzna wydał także pamiętnik, noszący tytuł "Moja prawda". Historię Katarzyny W. opowiada z kolei książka pt. "Wybaczcie mi" autorstwa Izabeli Bartosz.
Zależało mi na pogłębionym portrecie młodej kobiety, w którym jak w soczewce skupiają się losy innych młodych Polek. W każdym mieście w Polsce żyje Katarzyna W. Albo kilkanaście Katarzyn W. O tym jest ta książka
- powiedziała autorka w rozmowie z "Dziennikiem Zachodnim".