Przeczesali pole kukurydzy, ale niczego nie znaleźli. Po miesiącu pojawił się tam kapelusz Sebastiana

Sebastian Sierpieński przeprowadził się do Gryfina i znalazł tam pracę, którą naprawdę lubił. Gdy rozmawiał z rodziną, wydawał się szczęśliwy. Z tego powodu nik się nie spodziewał, że pewnego dnia wybiegnie z samochodu i zniknie bez śladu w polu kukurydzy. Czy rzeczywiście tak było? Jedynym dowodem na to, że to prawda, są słowa jego szefa.
Sebastian Sierpiński
Fot. gryfino.policja.gov.pl

Sebastian Sierpiński przez sześć lat mieszkał z rodziną w Norwegii. Po tym czasie postanowił jednak wrócić do Polski i zamieszkać w Gryfinie. Sebastian był zadowolony ze swojej nowej pracy i życia, które powoli układał sobie w niewielkiej miejscowości.

Sierpiński pracował dla lokalnego biznesmena Krystiana P. i dobrze się z nim dogadywał. Radio ZET pisze, że Sebastian i jego szef mieli wręcz koleżeńskie relacje. Mężczyzna był również w bardzo dobrych stosunkach z rodziną. Choć dzieliły ich tysiące kilometrów, Sebastian niemal codziennie rozmawiał ze swoimi rodzicami, którzy zostali w Norwegii. W Polsce miał natomiast babcię, u której mieszkał przez krótką chwilę. Po wyprowadzce do Gryfina wciąż utrzymywał z nią kontakt. Kiedy nagle przestał się odzywać, jego bliscy zaczęli podejrzewać, że stało się coś złego.

Zobacz wideo Były szef więziennictwa, Paweł Moczydłowski, krytycznie o polskich służbach: Tego cyrku nie da się wyjaśnić [Oskarżam. Kryminalny cykl Gazeta.pl]

Sebastian pracował przede wszystkim jako kierowca. Często woził swojego szefa służbowym samochodem. Był pracownikiem, który wykazywał inicjatywę, więc Krystian P. nie mógł na niego narzekać. Z podcastu "Piąte: Nie zabijaj" dowiadujemy się, że mężczyźni lubili się na tyle, by wspólnie żartować. Zdarzało się, że Krystian, będąc w zmowie z Sebastianem, dzwonił do dziewczyny swojego pracownika, udając jego głos, przez co kobieta nie wiedziała, z kim rozmawia. Były to jednak niegroźne wygłupy. 

Onet informuje, że 14 sierpnia 2021 roku około godziny 21:30 Sebastian jechał samochodem przez wieś Wirów pod Gryfinem. Towarzyszył mu jego szef. Krystian P. opowiadał później, że tego dnia wyjątkowo to on siedział za kółkiem. Podczas jazdy wydarzyło się jednak coś dziwnego.

Sebastian rozmawiał przez telefon ze swoim znajomym. Powiedział mu, że już jedzie do domu i że oddzwoni, kiedy dotrze na miejsce. Podobną wiadomość wysłał do swojej dziewczyny, która tego dnia miała urodziny i urządzała imprezę. Krystian P. zeznał później, że Sebastian wydawał się poddenerwowany. W pewnej chwili miał poprosić, aby zatrzymał samochód. Kiedy tylko szef spełnił jego prośbę, mężczyzna wybiegł prosto w pole kukurydzy. Nikt więcej już go nie widział. 

Sebastian miał się dziwnie zachowywać. "Zaczął się obracać, mówić, że go namierzyli"

Mimo że 26-letni Sebastian zniknął bez słowa wyjaśnienia, Krystian P. postanowił, że nie zgłosi tego na policję. Przez kilka kolejnych dni zarówno matka, jak i ojciec Sebastiana próbowali się z nim kontaktować, nie wiedząc, co się stało. Brak odpowiedzi ze strony syna przeraził ich na tyle, że zdecydowali się skontaktować z jego pracodawcą.  

Z tego, co Krystian mówi, Sebastian zaczął się w aucie dziwnie zachowywać. Zaczął się obracać, mówić, że go namierzyli. Nie wiadomo kto. Powiedział, że ktoś go obserwuje i próbował otworzyć drzwi. Krystian mówi, że zatrzymał samochód na polanie i Sebastian wybiegł prosto w pole kukurydzy

- opowiadali rodzice Sebastiana w programie "Interwencja".

Ostatnią osobą, która widziała Sierpińskiego, jest jego przełożony. Teoria o tym, że zaginiony był śledzony, nie została nigdy potwierdzona. Niektórzy zaczęli więc podejrzewać, że to Krystian P. ma coś wspólnego ze zniknięciem Sebastiana.

Okoliczności zaginięcia pana Sebastiana są bardzo ciekawe i właściwie trudno jest powiedzieć, na ile one są prawdziwe. To, co wiemy o okolicznościach jego zaginięcia, wiemy tylko od jego szefa

- mówił dziennikarz kryminalny Bartłomiej Mostek w programie "Interwencja". Co ciekawe, policja nie podzielała tej opinii. Krystian P. nigdy nie był podejrzanym. Śledczy wypytali go jedynie o szczegóły zaginięcia. 

Pole kukurydzy, w które rzekomo wbiegł Sebastian, przeszukano wzdłuż i wszerz. W tamtym czasie w głowach rodziców zaginionego rodziły się kolejne pytania. 14 sierpnia 2021 roku ich syn miał na sobie koszulkę z krótkim rękawem, krótkie spodenki, słomkowy kapelusz i klapki. Dziwne wydaje się to, że bez problemu przebiegł przez pole kukurydzy. Liście tej rośliny są ostre, a łodygi bardzo twarde. Osoby zaangażowane w poszukiwania Sebastiana musiały być grubo ubrane, aby kukurydza nie uszkodziła im skóry. Zastanawiające jest, że Sebastianowi udało się bez problemu przebiec przez pole i nie zgubić nawet klapka...

Dzikie zwierzę na posesji Krystiana P. "Mnie ten kot od początku siedzi w głowie"

Trudno stwierdzić, co dokładnie wydarzyło się tamtego dnia. Sebastiana nigdy nie udało się odnaleźć. Wiele osób uważa, że jego szef wie o sprawie więcej, niż mówi. Uwagę opinii publicznej i rodziny zwróciło przede wszystkim to, że Krystian P. nie zgłosił zaginięcia swojego pracownika. Jego zeznania, z których wynika, że uważał zachowanie Sebastiana za żart, nie wszystkich przekonują. Niektórzy zwracali również uwagę, że szef zaginionego miał na swojej posesji niebezpieczne zwierzę. Okazało się, że Krystian P. hoduje lamparta.

Mnie ten kot od początku siedzi w głowie, że mogło dojść do nieszczęśliwego wypadku

- mówiła Anita Suchińska-Miszczuk, administratorka strony Gdziekolwiek Jesteś. Policji nie udało się jednak znaleźć żadnego dowodu na to, że zwierzę miało cokolwiek wspólnego ze zniknięciem Sebastiana.

Portal NaTemat.pl pisze, że uwagę śledczych przykuła jeszcze jedna sprawa. Otóż miesiąc po zaginięciu Sebastiana na polu kukurydzy znaleziono słomkowy kapelusz. Wyglądał dokładnie tak samo, jak ten, który nosił zaginiony. Znalezisko to jest jednak zastanawiąjące, ponieważ to samo miejsce było już wcześniej przeszukiwane zarówno przez policję, jak i rodzinę. Wyglądało to tak, jakby ktoś podrzucił kapelusz w to miejsce.

Sprawa Sebastiana Sierpieńskiego do dzisiaj pozostaje nierozwiązana. Śledczym nie udało się ustalić, co stało się z mężczyzną. Rodzice nie przestają jednak szukać syna. Za wszelkie ważne informacje związane ze sprawą wyznaczyli nagrodę w wysokości 20 tysięcy złotych.

Więcej o: