Udało mu się uciec z Auschwitz. Po latach wrócił do obozu, aby zagrać rolę więźnia

Wielu widzów pamięta go jako wójta z "Chłopów" oraz austriackiego generała z "Janosika". Niewiele osób jednak wie, że aktor, który nieraz wcielał się w role czarnych charakterów, był jednym z dziewięciu więźniów, któremu udało się przed laty uciec z obozu w Auschwitz.

August Kowalczyk chciał zostać księdzem. Plany 18-latka przerwała wojna. Wówczas wraz z kolegą postanowił, że chce dostać się do Francji, gdzie tworzono polski oddział wojskowy. Podczas przekraczania granicy ze Słowacją został jednak schwytany i aresztowany. 4 grudnia 1940 roku Kowalczyka przewieziono z więzienia do obozu w Auschwitz. Tam zaczęła się prawdziwa walka... ale o przetrwanie.  

Opuszczone miasto PstrążeNiegdyś tętniły życiem, dziś mówi się o nich "miasta widmo"

Zobacz wideo "Mistrz" - oficjalny zwiastun filmu o legendarnym pięściarzu z KL Auschwitz

W obozie spędził półtora roku. Swoje wspomnienia postanowił później opisać w książce 

Próbę ucieczki z obozu w Auschwitz podjęło łącznie około 800 osób, z czego znaczną większość stanowili mężczyźni. Niestety udała się ona tylko 144 z nich. Wśród nich znalazł się August Kowalczyk. W 2005 roku w rozmowie z "Dziennikiem Zachodnim" mężczyzna powiedział, że "nie ocalał po to, żeby żyć, a dać świadectwo". 

Ręce wykonywały gwałtowny ruch, coraz szybszy. Zgięte w łokciach poruszały się do przodu i do tyłu. Dłonie zakreślały niewielkie koła w powietrzu. To była rozgrzewka. Sam potem stosowałem, niejeden raz, to pompowanie, czyli samoobronę przed chłodem. Pasiaki, wykonane z juty, papieru i jeszcze jakichś odpadów produkcyjnych nie chroniły przed zimnem. (...) Przez chwilę krew krąży szybciej, robi się cieplej, a potem wszystko wraca do normy. Jest znów zimno. Pompowanie było zabronione i dla SS-manów i kapów stanowiło pretekst do bicia. Walka z zimnem stawała się niekiedy walką o życie. Niektórzy ryzykowali nawet „papierowe pulowery". Był to worek po cemencie. Przy odrobinie szczęścia można było taki worek znaleźć na terenie obozu. (...) Ryzyko jednak było spore. Zdarzało się, że przy osobistej rewizji SS-man odkrywał pulower, a wtedy karny meldunek.

Tak opisywał realia obozu w swojej książce "Refren drutu kolczastego". Kowalczyk przyznał, że niektórzy więźniowie nie wytrzymywali i dostosowywali się do panujących w Auschwitz warunków. Były to jednak wyjątki, osoby o słabszych charakterach. Często to właśnie współosadzeni otaczali się wzajemną opieką. Zdarzały się również wyjątkowe sytuacje, kiedy można było liczyć na okazjonalną pomoc niektórych SS-manów: 

Najważniejsze, co wydarzyło się w tym czasie, bo miało wpływ na nasze dalsze losy, to nawiązanie kontaktu z tajną, konspiracyjną organizacją kobiet polskich w Oświęcimiu. Organizacją, która była jakby agendą Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej, i miała na celu jedno jedyne zadanie: niesienie pomocy więźniom w Auschwitz. (...) Groziło to jednak nieustannie – dekonspiracją. Była to w końcu ograniczona liczebnie grupa i chociaż nie te same kobiety codziennie pokazywały się na naszych placach budowy, po dwóch, trzech miesiącach SS-mani doskonale orientowali się, że jest to akcja zorganizowana, a co gorsze, które kobiety biorą w niej udział.

To nie pieniądze były jednak na wagę złota, a jajka, masło i alkohol. Będąc w posiadaniu tych produktów, można było liczyć na to, że SS-mani przymknął oko na przekazywane przez kobiety żywność, leki i ubrania. 

Lekarstwa, dostarczane wcale nie w małych ilościach, przenosiliśmy do obozowego szpitala. Słowo szpital należałoby pisać w cudzysłowie. (...) Nawet polscy lekarze i pielęgniarze, zatrudnieni w szpitalu pod czujnym okiem SS-manów, byli bezsilni. Natomiast kierowane na ich ręce lekarstwa pozwalały na uratowanie niejednego życia.

Niestety Kowalczyka przyłapali na próbie porozumienia się z organizacją kobiet ci, którzy przekupić się nie dali, za co został zesłany do Birkenau w maju 1942 roku. Wiedział, że oznacza to dla niego pewną śmierć. W obozie zaczęły nasilać się egzekucje. Podjął więc decyzję o próbie ucieczki wraz z innymi więźniami. Miała ona nastąpić 10 czerwca 1942 roku po wydanym sygnale, że nadszedł koniec pracy — w Birkenau budowano rów melioracyjny. 

Jerzy Turek i Katarzyna ŁaniewskaJerzy Turek: aktor komediowy, który przeżył prawdziwy dramat

W dniu ucieczki okazało się, że plan wymaga modyfikacji. Ulewny deszcz sprawił, że dowódca karnej kompanii SS-Hauptscharfuehrer Otton Moll skrócił więźniom czas pracy. Nikt nie spodziewał się wcześniejszego gwizdu i zakończenia budowy, co wprowadziło dezorientację. 50 więźniów zaczęło uciekać. 13 od razu zostało zastrzelonych. Na wolność wydostało się jedynie 9: August Kowalczyk, Jerzy Łachecki, Zenon Piernikowski, Aleksander Buczyński, Jan Laskowski, Józef Traczyk, Tadeusz Chrościcki, Józef Pamrow i Eugeniusz Stoczewski.

Przede mną las… Brama do wolności. Najszybciej, jak to tylko możliwe, zniknąć z pola widzenia SSmanów… Do krzaków… Najbliższe w lewo ode mnie… Skok z grobli i najkrótszą drogą do wolności… - pisał w książce Kowalczyk.

August, aby zmylić psy, zdjął obozowe ubranie. Po wydostaniu się z lasu przepłynął na drugą stronę rzeki i ukrył się w zbożu. Napotykanych ludzi poprosił o damskie ubrania, aby nie dać się schwytać Niemcom. Później pomocy udzielili mu mieszkańcy Bojszów. Przez 7 tygodni ukrywał się na poddaszu jednego z domów. Udało mu się przedostać na Śląsk, a następnie do Krakowa do swojej matki. Dołączył do AK w okolicach Miechowa, gdzie walczył do końca okupacji. 

August Kowalczyk po wojnie postanowił rozpocząć aktorską karierę

Po wojnie Kowalczyk rozpoczął na Uniwersytecie Jagiellońskim studia polonistyczne. Postanowił także, że zostanie aktorem. W 1945 roku dołączył do Teatru Rapsodycznego w Krakowie, w którym grał przez 6 lat. Od 1953 roku występował na deskach Teatru Ludowego, a od 1955 roku Teatru Polskiego. 

W międzyczasie zadebiutował też na wielkim ekranie, wcielając się w rolę Zenona w filmie "Piątka z ulicy Barskiej". Kultowych ról w jego dorobku artystycznym znalazło się jednak znacznie więcej. Widzowie mogli Kowalczyka podziwiać w "Pokoleniu" Wajdy, "Chłopach", "Janosiku" czy "Stawce większej niż życie". Grał często czarne charaktery, w tym oficera UB, gestapowca czy sturmbannführera Dehne. - Ludziom się wydaje, że skoro ja tych zbrodniarzy widziałem, to mogę ich teraz naśladować. To nieprawda. Ja ich zachowań nie pamiętam. Zapamiętałem za to doskonale jakie emocje, reakcje, jaki strach budzili we mnie. Grając te postaci, starałem się u publiczności, wywołać takie same emocje. I to jest cała tajemnica — mówił dla "Dziennika Zachodniego". 

August KowalczykAugust Kowalczyk screen z serialu 'Stawka większa niż życie' vod.tvp.pl

W pewnym momencie otrzymał natomiast propozycję zagrania więźnia z obozu w Auschwitz. - Niemka wybiera mi pasiak. I nie pozwala założyć skórzanych butów, identycznych jak te, które miałem w obozie! Mówi, że wie lepiej, jakie buty noszono w Auschwitz, jakie ubrania, gdzie trzeba przyszyć numer na pasiaku. Ma dokumentację. Wskazuje na stos drewnianych chodaków. No to ja wyciągam z portfela obozowe zdjęcie, zrobione parę bloków dalej. Przymocowuję do lustra. "Oto moja dokumentacja. Nr 6804". Bardzo się speszyła — wspominał. 

W latach 1962-1966 pełnił funkcję dyrektora Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, a w latach 1968-1981 szefa artystycznego Teatru Polskiego w Warszawie.

Skupiał się nie tylko na karierze aktorskiej, ale też "dawaniu świadectwa" 

Z monodramem "6804", w którym opowiadał o swoich doświadczeniach z Auschwitz, jeździł po całej Polsce i zagrał ponad 6000 razy. W 2002 roku odznaczono go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Ponadto działał w Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, która przypominała o wydarzeniach II wojny światowej, angażował się w sprawy Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, a ostatnie lata życia poświęcił na tworzenie Pomnika-Hospicjum w Oświęcimiu. Miejsce to było stworzone z myślą o osobach, które podczas okupacji, pomagały więźniom. To właśnie tam zgodnie z życzeniem, August Kowalczyk przebywał aż do śmierci. Aktor zmarł 29 lipca 2012 roku. 

Zobacz też: Jego słynna lista ocaliła aż 1100 istnień. Prawdziwa historia Oskara Schindlera

Więcej o: