Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Kto zabił - żona czy syn? Sąsiedzi górala z Kościeliska zwrócili uwagę na dziwny dym

Kościelisko to niewielka miejscowość w okolicy Zakopanego, w której doszło do rodzinnej tragedii. O brutalnym morderstwie mężczyzny śledczy dowiedzieli się dopiero siedem lat po jego śmierci. Kulisy sprawy są jednak dużo bardziej dramatyczne. Co wydarzyło się w góralskiej rodzinie?
Cmentarz parafialny w Kościelisku
Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl

Jerzy* był cieślą z dobrym fachem w ręku. Często wyjeżdżał na kilka tygodni na place budowy w różne rejony Polski. Był ceniony także w swojej rodzinnej miejscowości, Kościelisku. Miał posłuch wśród sąsiadów i członków góralskiej społeczności. Tylko nieliczni wiedzieli, jak mężczyzna zachowuje się w domu, ale nie reagowali. Pod wpływem alkoholu Jerzy znęcał się psychicznie i fizycznie nad swoją żoną i dziećmi. Na przełomie maja i czerwca 1996 r. Jerzy zniknął bez śladu. Jednak dokładne kulisy jego "zaginięcia" ujrzały światło dzienne dopiero w 2003 r. 

Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Góral poznał żonę pod Warszawą. Rodzinna sielanka trwała krótko

Dobry w swoim fachu cieśla pracował ze swoim ojcem. Podczas jednej z podróży po Polsce Jerzy spotkał swoją przyszłą żonę. W 1983 r. poznał Hannę, która mieszkała pod Warszawą. Niedługo później wzięli ślub i zamieszkali na Podhalu, w domku pod lasem. Na ich potomstwo nie trzeba było długo czekać. Bardzo szybko pojawił się ich pierwszy syn Krystian, a następnie kolejna trójka dzieci: Kasia, Henryk i Karolina.

Kiedy Jerzy wyjeżdżał do pracy na kilka tygodni, domem zajmowała się Hanna. Z czasem podjęła pracę w lokalnej restauracji, w której dorabiała jako barmanka. Niestety sielanka w rodzinie nie trwała długo. Jerzy coraz częściej sięgał po duże ilości alkoholu. Stawał się po nim agresywny, przez co jego rodzina cierpiała psychicznie i fizycznie. 

Zobacz wideo "Potrzebujemy narodowej strategii walki z przemocą wobec dzieci"

Hanna jako ofiara przemocy domowej zgłaszała sprawy na policję, jednak na interwencję służb trzeba było czekać. W tym czasie oprawca uciekał z domu, aby skryć się w pobliskim lesie i uniknąć konfrontacji z funkcjonariuszami. Taki obrót wydarzeń oznaczał dla policji, że sprawa jest nieważna. Nie ma oprawcy, nie ma incydentu. Sytuacja w domu pogarszała się. Dzieci zaczęły unikać ojca, aby nie narażać się na uderzenie, Hanna starała się chronić swoje potomstwo, przyjmując ciosy wymierzane w innych członków rodziny. W pewnym momencie wszystko ustało, ponieważ mężczyzna nagle zniknął

Sąsiedzi widzieli Jerzego w dziwnym stanie. Ich uwagę zwrócił też czarny dym

Jerzy zaginął w czerwcu 1996 r. Hanna twierdziła, że jej mąż po prostu wyjechał do pracy na kolejne tygodnie, tak jak zwykle. Rodzina mężczyzny miała jednak przeczucie, że może chodzić o coś innego. Kiedy Jerzy po kilku miesiącach nadal nie wracał, siostra mężczyzny powiedziała Hannie, aby w końcu zgłosiła zaginięcie męża na policję. Kobieta zgodziła się i powiadomiła służby. Na pytanie funkcjonariusza, dlaczego tak długo zwlekała ze zgłoszeniem zaginięcia męża, odpowiedziała, że często wyjeżdżał, więc myślała, że w końcu wróci. Powiedziała też, że gdyby zgłosiła sprawę wcześniej, a Jerzy by wrócił, zostałaby przez to poturbowana. Policjanci przyjechali do domu rodziny, aby zapytać o szczegóły, a także porozmawiać z sąsiadami, którzy mogli coś wiedzieć. Brak konkretnych informacji sprawił, że sprawa zaginięcia Jerzego bardzo szybko trafiła do archiwum

Podejrzenia sąsiadów i rodziny zaginionego wzbudziła Hanna, która po pewnym czasie zaczęła się spotykać z innym mężczyzną. Najpierw po kryjomu, ale po urodzeniu ich dziecka już jawnie. Ojciec Jerzego ponownie zgłosił sprawę po siedmiu latach od zaginięcia, czyli w 2003 r. Poinformował funkcjonariuszy, że mężczyzna prawdopodobnie nie żyje, a za jego śmierć odpowiada Hanna. Twierdził, że kobieta od dłuższego czasu planowała pozbycie się męża, aby mogła zacząć nowe życie. Mówił też, że Hanna podawała Jerzemy środki, które miały otruć mężczyznę.

Sąsiedzi przyznali, że przed zaginięciem widywali cieślę w dziwnym stanie. Był otumaniony, ślinił się i zachowywał się nienaturalnie.  Po kilku dniach mu przechodziło, jednak sytuacja się powtarzała. O podobnym zachowaniu mężczyzny wspominała także jego siostra. Powiedziała, że przed zaginięciem znalazła Jerzego w łóżku. Mężczyzna prawie nie dawał znaku życia. Próbowała go wybudzić, jednak jej się to nie udało. Brat wyglądał, jakby był po zażyciu środków psychotropowych. Podczas ponownego przesłuchania sąsiadów na jaw wyszły kolejne informacje, tym razem o podejrzanym ognisku, z którego wydobywał się czarny dym i ogromny smród.

Sprzeczne zeznania matki i syna. Kto zabił naprawdę?

Krakowski wydział Archiwum X, który po siedmiu latach zbadał sprawę zaginionego, zaczął ponownie przesłuchiwać członków rodziny Jerzego. Jego najstarszy syn złożył wówczas szokujące zeznanie. Krystian przyznał, że chce wyznać prawdę, ponieważ wyrzuty sumienia nie przestają go dręczyć. Podczas przesłuchania opowiedział, co wydarzyło się w czerwcu 1996 r.

12-letni wówczas Krystian słyszał kłótnię rodziców, po tym jak pijany i agresywny Jerzy wrócił do domu. Wszedł do kuchni, gdzie znajdowała się dwójka dorosłych i zobaczył, jak ojciec brutalnie bije matkę. Chłopiec postanowił zareagować. 

On stał tyłem do drzwi wejściowych do pokoju i trzymał mamę. Siekierę trzymałem oburącz, zamachnąłem się. Nie wiedziałem, skąd mam tyle siły, aby go uderzyć. Padł po tym jednym uderzeniu

- opowiedział 19-letni Krystian podczas przesłuchania w 2003 r. 

Gdy było po wszystkim, matka z synem doszli do wniosku, że sprawa nie może wyjść na jaw. Zdecydowali, że spalą zwłoki. Najpierw jednak przeciągnęli ciało do stodoły, gdzie leżało przykryte zakrwawioną pościelą przez dwa dni. Następnie zabrali zwłoki kilkadziesiąt metrów od domu, gdzie rozpalili ognisko. Wrzucili do niego stare ubrania i ciało Jerzego, a następnie polali je benzyną, aby wszystko spłonęło. Ogień i smród poczuli sąsiedzi, którzy pytali, co się dzieje. Hanna  odpowiedziała wówczas, że palą śmieci i stare ubrania. Po kilku godzinach, kiedy większość dowodów strawił ogień, zebrali resztki kości, włożyli je do worka i zakopali w lesie. Po dwóch latach mieli je wykopać, a następnie porąbać siekierą i spalić w domowym piecu. Resztę ponownie zakopali, tym razem w skarpie, która po pewnym czasie się osunęła, zabierając ze sobą ostatnie cząstki zwłok. 

Informacja o tym, że 12-letni chłopiec miał zamordować własnego ojca siekierą poprzez wymierzenie mu jednego ciosu w szyję, budziła wątpliwości funkcjonariuszy. W tym samym czasie przesłuchiwano również Hannę. Przez kilka dni porównywano zeznania, aby dotrzeć do prawdy. Kobieta podczas rozmowy ze służbami opowiedziała swoją wersję wydarzeń, która odbiegała od tego, co powiedział funkcjonariuszom Krystian. 

Hanna przyznała się do podawania mężowi środków uspokajających, przez co mężczyzna zachowywał się tak, jak opisywali to sąsiedzi. Kobieta robiła to, aby mężczyzna nie atakował jej ani dzieci. Hanna zeznała, że tej czerwcowej nocy, kiedy wróciła z pracy do domu, zobaczyła martwego męża leżącego w łóżku i zakrwawioną siekierę, która leżała obok. Powiedziała funkcjonariuszom, że spaliła zwłoki mężczyzny, aby pozbyć się dowodów. 

Krystian został ponownie przesłuchany. Zmienił swoje zeznania i powiedział śledczym, że to matka zamordowała ojca. Stwierdził, że gdy miał 12 lat, zobaczył, jak jego matka zakrada się do sypialni i zadaje ojcu śmiertelny cios siekierą w szyję. Gdy było po wszystkim, kobieta miała mu powiedzieć, że to będzie ich tajemnica. Syn i matka mieli wspólnie pozbyć się zwłok.

Hanna z czasem również zmieniła swoją wersję wydarzeń. Opowiedziała śledczym, że w domu wywiązała się awantura z Jerzym, który był pijany i agresywny. Bił ją, a następnie uderzył Krystiana. W tym momencie kobieta, chcąc ratować syna, chwyciła za siekierę i zadała jeden cios z szyję męża. Gdy Jerzy umarł, poinstruowała Krystiana, jak ma jej pomóc w ukrywaniu zwłok, a następniew pozbyciu się ich w ognisku. 

Rozbieżności w zeznaniach prawdopodobnie wiązały się z tym, że matka chciała chronić syna, a syn matkę. Po zakończeniu całej sprawy Krystian przyznał się, że okłamanie śledczych przyszło mu do głowy dopiero podczas przesłuchania. Pomyślał o swoim rodzeństwie, które miałoby zostać bez matki. Chciał chronić swoją rodzinę. Chłopiec w dniu morderstwa ojca miał 12 lat. Oznaczało to, że gdyby był winny, nie poniósłby za to kary, ponieważ przed sądem może stanąć osoba, która ukończyła 13. rok życia. 

 

Hanna napisała list do swoich dzieci. Prosiła, by Krystian wziął winę na siebie

1 października 2003 r. prokuratura w Zakopanem postawiła Hannie zarzut zabójstwa, do którego przyznała się podczas zeznań. Jednak tydzień później, kiedy zorganizowano wizję lokalną, aby odtworzyć wydarzenia z czerwca 1996 r., kobieta wycofała się ze swoich słów, a po kilku godzinach ponownie przyznała się do morderstwa.

Hannę aresztowano. Wysłała list do swoich dzieci, który został przechwycony przez służbę więzienną, przez co nigdy nie trafił do adresatów. Kobieta miała w nim napisać, że jej potomstwo powinno zeznać, że widziało, jak ich ojciec atakuje ją i ich. Poprosiła także 19-letniego wówczas Krystiana, aby wziął jednak winę na siebie. Wyciek treści listu sprawił, że sąd orzekł o próbie wpłynięcia Hanny na świadków, co mogłoby zaburzyć proces. Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej czerwcowej nocy?

Śledczy ustalili, że Krystian siedział w kuchni, kiedy pijany i agresywny ojciec wszedł do pomieszczenia. Jerzy uderzył syna i kazał mu iść spać. Chłopiec wykonał rozkaz, po czym mężczyzna również poszedł do łóżka. Wtedy Krystian poszedł posiedzieć z matką w kuchni. Zrozpaczona kobieta wyznała synowi, że jest wykończona psychicznie i dłużej nie da rady. Zaatakowała śpiącego męża siekierą, a następnie wtajemniczyła Krystiana w plan pozbycia się zwłok, co następnie wspólnie zrobili.

Prokuratura zażądała dla kobiety kary 8 lat więzienia. W 2004 r. Sąd w Nowym Sączu skazał Hannę na 6 lat pozbawienia wolności za morderstwo męża, do którego doszło poprzez przekroczenie granic obrony koniecznej. Podczas procesu wzięto pod uwagę okoliczności łagodzące, którymi było wieloletnie znęcanie się Jerzego nad żoną i dziećmi. Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok sądu I instancji. 

* Imiona wszystkich bohaterów opisywanej historii zostały zmienione.

Więcej o: