22-letnia Monika od kilku tygodni pracowała w pizzerii Gemini w Milanówku. Gdy 13 października 2001 roku skończyła zmianę, wsiadła na rower i pojechała do domu. Nigdy do niego nie dotarła.
Daleko od pizzerii nie mieszkała. Ona przyjechała na rowerze i na rowerze wracała. Nawet tego dnia nie było dużo ludzi, także ona (wyszła - red.) chyba przed 22, bo jeszcze miałam ucznia, po którego przyjechał tata samochodem i mówi: 'Jak chcesz, ja cię mogę podrzucić'. A ona mówi, że nie, "ja mam tutaj blisko, ja jestem na rowerze, nie, dziękuję'. I to wszystko
- opowiadała właścicielka pizzerii Gemini w podcaście "Morderstwo (nie)doskonałe".
Kolejnego dnia rano, około godziny 10, do drzwi matki Moniki zapukało dwóch mężczyzn. Powiedzieli, że pracują z 22-latką w pizzerii i zapytali, czy kobieta wróciła na noc do domu. Z zeznań pani Marii wynika, że kiedy powiedziała, że nie, byli zdziwieni, ale zadowoleni. Chwilę później wsiedli do samochodu i odjechali.
Więcej podobnych artykułów przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl
Matka Moniki była zaskoczona. Niedługo po wizycie niezapowiedzianych gości poszła do pizzerii, żeby dowiedzieć się, co się stało z jej córką. Na miejscu zastała dwóch policjantów, którzy rozmawiali o Monice z personelem. Wezwał ich właściciel lokalu, który mówił potem w sądzie, że zdecydował się na ten krok, bo jego pracownicy, którzy rozmawiali panią Marią, przekazali mu telefonicznie, że dziewczyna nie wróciła do domu.
Matka spytała: 'Gdzie moja córka?', a oni na to, żeby poszła na komisariat i zgłosiła zaginięcie. 'Dziwne to było' - przyznała. Ale nie zastanawiała się nad tym. 'Co pani ustaliła w tej pizzerii?' - dopytywała sędzia. 'Nic w zasadzie. Tylko policja powiedziała mi, że nie może podjąć czynności poszukiwawczych, musi upłynąć jakiś czas' - odparła matka.
Jej wypowiedź czytamy w książce "Będziesz siedzieć. O polskim systemie niesprawiedliwości" autorstwa Violetty Krasnowskiej.
Pani Maria poszła na komisariat. Policjanci przyjęli zgłoszenie o zaginięciu, stworzyli rysopis Moniki, wpisali do dokumentów numer ramy jej roweru. Do poszukiwań przystąpili jednak dopiero dzień później.
Bliscy Moniki, jej współpracownicy i sąsiedzi zaczęli szukać od razu. Dość szybko znaleziono rower 22-latki, który leżał w krzakach przy trasie z pizzerii do domu zaginionej. Zdjęto z niego ślady linii papilarnych Moniki i jeszcze jednej osoby.
Gdy sprawa nabrała rozgłosu, na policję zgłosiła się zakonnica Józefa S., która zeznała, że wieczorem 13 października widziała z okna swojego domu kogoś na rowerze i dwa samochody, z których wysiadło kilku mężczyzn. Chwilę później usłyszała brzęk upadającego roweru i czyjś krzyk, a następnie zobaczyła, że mężczyźni wpychają coś na tylne siedzenie jednego z aut.
Policji udało się znaleźć oba samochody. Okazało się, że jeden z nich należał do człowieka, który został skazany za udział w zbiorowym gwałcie. Co więcej, w obu pojazdach znaleziono ślady krwi. Mimo to nie przeprowadzono badań porównawczych DNA z kodem generycznym Moniki - pisze "Gazeta Wyborcza".
Funkcjonariusze przeszukali pizzerię i okolice, ale nie znaleźli niczego, co pchnęłoby śledztwo do przodu. Przesłuchali setki świadków, ale i to nie przyniosło przełomu. Ciało Moniki znaleziono dopiero po dziewięciu miesiącach, w lipcu 2002 roku. Znaleźli je robotnicy pracujący przy jednej z posesji przy ul. Królewskiej, którzy zauważyli ludzkie szczątki w nieużywanej studni.
Ubranie było zbutwiałe, zaś samo ciało w stanie daleko posuniętego rozkładu. Nigdy nie dowiemy się, w jakich okolicznościach dziewczyna zginęła. Wiemy jedno: sama do studni nie wpadła
- mówiła Krystyna Paszek z Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim, której słowa cytuje "Życie Warszawy".
Żeby upewnić się, że znalezione zwłoki należą do Moniki, prokuratura zleciła badania DNA oraz tzw. superprojekcję, która polega na komputerowym odtworzeniu wyglądu zmarłego poprzez nałożenie zdjęcia na czaszkę. Trwało to rok, ale pozwoliło potwierdzić, że ciało, które leżało w studni, to zaginiona 22-latka.
Gdy Milanówek obiegła wieść, że znaleziono ciało Moniki, zaczęto się zastanawiać, jak to się stało, że policja nie znalazła go w czasie, gdy przeszukiwała okolice pizzerii. Okazało się, że funkcjonariusze sprawdzali posesję przy ul. Królewskiej. Mało tego - jeden z mundurowych prawie wpadł do nieużywanej studni. Wówczas jednak zwłok w niej nie było. Czy to oznacza, że w czasie akcji poszukiwawczej Monika jeszcze żyła? A może ktoś porzucił jej ciało w studni dopiero gdy policja przerwała poszukiwania?
Po tym, jak odnaleziono zwłoki Moniki, funkcjonariusze zatrzymali 23-letniego Ukraińca. Ustalili, że w chwili zaginięcia młodej kobiety Witalij S. mieszkał w domu, przy którym znajdowała się studnia, w której później znaleziono zwłoki. Co więcej, to jego odciski palców znaleziono na rowerze Moniki. To wystarczyło, by oskarżyć go o zabójstwo. Prokurator Monika Żurawiecka domagała się dla niego 15 lat więzienia.
Witalij S. wyjaśnił wymiarowi sprawiedliwości, że jego ślady znalazły się na rowerze, bo po tym, jak Monika zaginęła, zobaczył go w krzakach, wsiadł na niego i chciał odjechać, ale wystraszył się, że ktoś go zobaczy i oskarży o kradzież, dlatego zrezygnował i zostawił rower na miejscu. Sąd uznał, że nie ma wystarczających dowodów na to, że Ukrainiec jest winny śmierci Moniki i po pierwszej rozprawie zwolnił go z aresztu. 23-latek obiecał, że zostanie w Milanówku i będzie czekał na ostateczny werdykt w tej sprawie, ale gdy tylko odzyskał paszport, wyjechał z Polski. Na granicy zatrzymała go straż graniczna. Okazało się, że w Ukrainie ciąży na nim wyrok za włamania.
Ostateczny wyrok sądu w sprawie zabójstwa Moniki mówi, że Witalij S. jest niewinny. Wymiar sprawiedliwości uznał, że odciski palców na rowerze 22-latki to niewystarczający dowód na to, że Ukrainiec zabił młodą kobietę. Portal NaTemat.pl pisze, że sąd wskazywał także, iż policja i prokuratura zignorowały wiele śladów, które mogły doprowadzić do rozwiązania zagadki. Chodzi m.in. o ślady krwi, które znaleziono w dwóch samochodach oraz zniszczony biustonosz, który leżał na dnie studni.